Ale z niej kochanka fot. Panthermedia

Ale z niej kochanka

Ciągnie mnie do lasek i miałem ich w swoim życiu całkiem sporo. Ale taka… lisica trafiła mi się po raz pierwszy!
/ 11.03.2011 15:06
Ale z niej kochanka fot. Panthermedia
Słyszałem gdzieś powiedzenie, które mnie zafrapowało: każdy człowiek ma dwie twarze – tę, którą na co dzień pokazuje światu, i tę drugą, skrywaną często nawet przed najbliższymi. Która z tych twarzy jest prawdziwa? A może prawdziwe są obie?

Mariolę poznałem w banalny sposób, poprzez internetowy portal randkowy dla samotnych. Napisała w swoim profilu, że jest wysoka, szczupła, ma 29 lat, kocie zielone oczy i płomiennorude włosy do pasa.
Pomyślałem sobie: „Kolejna panna z bujną wyobraźnią!”.
Byłem pewny, że jeśli się z nią umówię, okaże się, że Mariola ma metr sześćdziesiąt wzrostu, do szczupłej jest jej baaardzo daleko, a włosy nie są rude, tylko siwe. Może jedynie kolor oczu będzie się zgadzał. Uwierzcie mi, przerabiałem to już niejeden raz.
Pomyślicie pewnie: „Jaki płytki facet! Tylko wygląd się dla niego liczy…”.
Cóż, nie ukrywam, że wygląd mojej potencjalnej partnerki JEST dla mnie dość ważny. Może nie najważniejszy, ale jednak ona musi mieć w sobie to coś, żeby mnie, czterdziestoletniego faceta rozpalić. Nie po to zostałem singlem, żeby męczyć się z kimś, kto mnie nie pociąga, nie?
Tak jak wspomniałem, z początku byłem przekonany, że lalka ściemnia co do poziomu swojej atrakcyjności. Zresztą, gdyby pisała prawdę, to na pewno nie zainteresowałaby się kimś, bądź co bądź, w średnim wieku. Nie żebym uważał się za staruszka, co to, to nie!
Jednak doświadczenie w randkowaniu nauczyło mnie, że, niestety, w ostatnich latach kobiece wymagania dziwnie wzrosły i z niezrozumiałych dla mnie powodów zainteresowanie moją osobą spadało proporcjonalnie do liczby lat na karku.
Mimo to nawiązaliśmy z Mariolą kontakt mailowy i muszę powiedzieć, że ta lisica potrafiła w kilku zdaniach rozpalić mnie do czerwoności.
W końcu uznałem, że raz kozie śmierć – nawet jeśli jest szpetna, to dam jej szansę i zaproponuję schadzkę. Najwyżej w kulminacyjnym momencie zamknę oczy i wyobrażę sobie, że rzeczywiście trzymam w objęciach rudzielca o gibkim ciele.
Kiedy dała mi zielone światło, zaprosiłem ją na randkę, która – co uzgodniliśmy od razu – miała rozpocząć się w zacisznej kawiarence, a skończyć w hotelowym pokoju. Ona zaznaczyła, że do domu mnie nie zaprosi, dopóki nie zdobędę jej zaufania. Mówi się trudno! Pojechałem na spotkanie…

 
Ja byłem z Łodzi, ona z Warszawy.

Dotarłem w umówione miejsce kilka minut przed czasem. Rozejrzałem się po kawiarni, ale nie było tam żadnych kobiet, prócz dwóch emerytek sączących przy stoliku koktajl truskawkowy. Usiadłem, zamówiłem piwo i – wtedy weszła ona.
W drzwiach kawiarni ujrzałem zjawiskowo piękną kobietę w nieokreślonym wieku, wysoką, szczupłą, ale nie wychudzoną szkapę. Wyglądała jak bogini! Miała długie, wijące się rude włosy. Wprawdzie po chwili zorientowałem się, że to peruka, ale jak cudownie w niej wyglądała! Kolor oczu poznałem dopiero po kilku minutach rozmowy, kiedy zdjęła ciemne okulary. Powiedzieć, że jej oczy były zielone, to mało. One były szmaragdowe!
Wstałem jak we śnie, a ona podeszła, podała mi kocim ruchem rękę i powiedziała:
– Ty pewnie jesteś Tomek?
Zdecydowanie byłem Tomkiem! A nawet gdybym nim nie był, to w tamtym momencie z pewnością nie przyznałbym się do tego!
– Bardzo mi miło, czy mam przyjemność z Mariolą? – odparłem, czując, że robi mi się z podniecenia sucho w gardle.
Przeleciało mi przez głowę, że jeśli szybko nie przepłuczę go piwem, to stracę głos do reszty. Mariola roześmiała się beztrosko i z wdziękiem opadła na krzesło:
– Och, po co tak oficjalnie, przecież już się znamy z korespondencji internetowej. Przynajmniej ja mam wrażenie, że znam cię bardzo, ale to bardzo dobrze – dodała, zniżając głos i sprawiając, że zupełnie zapomniałem o przepłukaniu gardła piwem.
Przełknąłem ślinę.
– Czego się napijesz? – zapytałem, starając się nadać mojemu głosowi tembr, którego nie powstydziłby się żaden amant filmowy.
Średnio mi wyszło, najwyraźniej jednak Marioli to nie przeszkadzało, bo położyła swoją dłoń na mojej dłoni i wyszeptała:
– A może ugasimy nasze pragnienie już w hotelu? Jakoś mało tu… intymnie – dorzuciła, zerkając w stronę stolika, przy którym panie emerytki wyraźnie straciły zainteresowanie koktajlami, a skupiły się na obserwowaniu tego, co rozgrywało się między mną i rudą kocicą.
Jedna z pań wyjęła nawet z torebki okulary, a druga, z wypiekami na twarzy wyglądała, jakby za chwilę miała paść na zawał.
– Dobry pomysł, chodźmy stąd – podchwyciłem z zapałem.

Wymknęliśmy się do pobliskiego hotelu, gdzie spędziłem najbardziej upojne cztery godziny w moim życiu.
W pewnym momencie przeraziłem się, kiedy zobaczyłem, że Mariola wyjmuje ze swojej torebki skórzany pejcz, ale mój strach trwał bardzo krótko, a potem było już tylko bardzo, bardzo, bardzo przyjemnie.
Między jednym uderzeniem pejcza a drugim – muszę powiedzieć, że nigdy nie spodziewałem się tak wielkiej siły w tak szczupłej kobiecie! – dziękowałem mojej szczęśliwej gwieździe, myśląc: „Chwilo, trwaj! Trwaj jak najdłużej”.
W życiu nie widziałem tak długich nóg ani tak kształtnych i jędrnych piersi, i to będących dziełem natury (ostatecznie chirurga plastycznego, który jest geniuszem); nigdy żadna kobieta nie reagowała tak spontanicznie na moje pieszczoty!
Niestety, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy, a więc nasza szalona randka również dobiegła końca. W pewnym momencie Mariola spojrzała na zegarek i syknęła okropnie niezadowolona:
– Cholera, Marek mnie zabije, jeśli się spóźnię. Muszę lecieć!
– Marek? – zapytałem, starając się nadać mojemu głosowi obojętny ton. – Czy to twój… chłopak?
– Marek to mój mąż – odparła, a widząc, że mina mi trochę zrzedła, dodała ze śmiechem: – Głuptasie, chyba nie będziesz zazdrosny, co? Zresztą, nie układa nam się ostatnio z Markiem… Zwłaszcza w łóżku ciężko jest mu mnie zadowolić.
– To po co z nim jesteś? – zaśmiałem się nieszczerze, bo mimo wszystko mam swoje zasady i z mężatkami raczej się nie umawiam.
Naciągnąłem spodnie na obolałe ciało i dodałem, siląc się na dowcip:
– Wiesz, Mariolka, jakby co, to ja go chętnie zastąpię.
Roześmiała się w sposób, który trochę mnie dotknął, lecz szybko jej wybaczyłem, kiedy oplotła mnie w pasie swoimi smukłymi, gładkimi jak jedwab ramionami i powiedziała pojednawczo:
– Ty to ty, a Marek to Marek. Z nim… nie mogłabym robić tego wszystkiego – dodała, machając mi przed oczami pejczem, który potem schowała do torby.
– Dlaczego nie? Myślę, że mało który facet odmówiłby takiej kobiecie jak ty.
– Mój Marek to tradycjonalista, niestety – powiedziała smutno. – On nigdy nie lubił takich zabaw.
– No cóż, nikt nie jest doskonały, ale teraz już wiesz, że na mnie zawsze możesz liczyć – powiedziałem zachęcającym tonem.
– Taaak – odparła przeciągle, lecz dało się odczuć, że myślami jest już daleko.
Wyglądała na lekko zdenerwowaną faktem, że już tak późno. Poprosiła, żebym poczekał kwadrans po jej wyjściu, zanim opuszczę hotelowy pokój.
Włożyła ciemne okulary, potrząsnęła rudą grzywą włosów, po raz ostatni pocałowała mnie, wgryzając mi się namiętnie w już i tak nieźle pokąsaną dolną wargę, a potem ulotniła się niczym zjawa.
Miałem dwa kwadranse na to, by ochłonąć, ogarnąć się i – podobnie jak ona – niepostrzeżenie wymknąć z hotelu. Udzieliła mi się ta atmosfera konspiracji, chociaż teraz, gdy o tym myślę, wydaje mi się to raczej śmieszne.

Tego samego dnia, po powrocie do Łodzi, włączyłem w domu komputer i pocztę. Znalazłem nową wiadomość od Marioli, w której podziękowała mi za miły wieczór, zaznaczając, że to było nasze pierwsze i zarazem ostatnie spotkanie, gdyż nie interesują jej dłuższe znajomości.
Nie powiem, byłem niesamowicie rozczarowany, choć po przemyśleniu sprawy doszedłem do wniosku, że może tak będzie lepiej. Całe ciało miałem w siniakach po tej namiętnej randce i ledwo mogłem chodzić. Nie wiem, jak długo dałbym radę dotrzymać kroku czerwonowłosej lisicy. Ona była po prostu nienasycona!
Z drugiej strony miałem jednak nadzieję, że zmieni zdanie i da się namówić na choćby jeszcze jedną schadzkę.
Żeby łatwiej zapomnieć, rzuciłem się w pracę. Udało mi się też odnowić znajomość z kolegą z liceum, który tak jak ja pracuje w branży tekstylnej. Byłem pewien, że nadal mieszka w Anglii, ale Tyczka – tak go nazywaliśmy w szkole ze względu na wysoki wzrost – powiedział, że życie na obczyźnie znudziło mu się i że rozkręca teraz biznes w Warszawie. Pomyślałem, że miło będzie powspominać stare szkolne dzieje i przy okazji pogadać o interesach.


Tyczka obiecał, że skrzyknie kilka osób z naszej dawnej klasy i urządzi grilla w swojej podwarszawskiej willi.
Tak też się stało. Tydzień później zajechałem swoją nową mazdą pod wskazany adres. W ogródku rozstawiono grill, już z daleka poznałem Tyczkę uwijającego się przy kiełbaskach. Byłem pierwszy, reszta jeszcze nie dotarła. Nasze radosne powitanie przerwało nadejście pani domu.
Tyczka pierwszy zauważył żonę nadchodzącą ku nam od strony altanki, w której chłodziły się napoje wyskokowe.
– A oto i moja najdroższa małżonka – powiedział z dumą. – Mario, przedstawiam ci Tomasza. Tomku, oto Marysia, światło moich oczu…
Odwróciłem się w kierunku szczupłej kobiecej postaci. Słońce przez chwilę oślepiło mnie, tak że nie byłem w stanie szybko oszacować, czy laska kumpla jest w moim typie i czy powinienem mu zazdrościć, czy raczej współczuć.
Kiedy podeszła bliżej i podała mi kocim ruchem rękę, zamarłem. Przede mną stała wysoka, szczupła, krótkowłosa brunetka. Za okularami w jasnych oprawkach kryły się szare oczy. Patrzyła na mnie z grzecznym, chociaż powściągliwym uśmiechem.
A ja myślałem gorączkowo. Ta figura… Piersi… Te kocie ruchy… Ale przecież tamta miała inne włosy. Prawda! Miała perukę… Ale oczy! Oczy miała zielone jak kot!
To nie możliwe, żeby to była…
– Miło mi pana poznać. Przyjaciele Marka są moimi przyjaciółmi.
Ten głos! To ona! Mariola!
Oczy… Ach, przecież mogła mieć wtedy soczewki kontaktowe, pewnie dlatego były tak intensywnie szmaragdowe!
Poczułem strużkę potu na karku, a ona  podeszła do Tyczki – zupełnie wyleciało mi z głowy, że kumpel ma na imię Marek! – i pocałowała go delikatnie w policzek.
– Przygotuję więcej kanapek kochanie, a ty zajmij się naszym miłym gościem. – powiedziała łagodnym tonem.
Marek spojrzał ciepło za odchodzącą w stronę domu żoną.
– Widzisz, człowiek się ustatkował, żona, dom, firma. Gdzie te czasy, kiedy wychodziliśmy na balangi szaleć do białego rana albo przynajmniej do tej godziny, którą wyznaczyli nam rodzice…
– Żartujesz? – wytrzeszczyłem na niego oczy. – Taka babka ci się trafiła, a ty narzekasz!?
Spojrzał na mnie z lekkim rozbawieniem i zdziwieniem.
– Marysia? Kochana jest. To wspaniała, dobra dziewczyna, ale… wiesz, czasami żałuję, że… – spojrzał za siebie i zniżył głos do szeptu – nie wybrałem jednak Kingi. Pamiętasz tę pulchną blondynkę z IIb? Leciała na mnie, ale w końcu uznałem, że Marysia będzie się bardziej nadawała na żonę. No, i nadaje się, ale… – zachichotał obleśnie. – Wiesz, najlepiej jednak sprawdza się w kuchni i w salonie. W łóżku to byś z nią, chłopie, nie zaszalał.
Zakrztusiłem się własną śliną. Chętnie bym coś powiedział, uznałem jednak, że lepiej nie wyprowadzać Tyczki z błędu.
Spojrzałem w stronę domu, z którego właśnie wyszła Mariola – Marysia.
Niosła tacę, na której piętrzyły się kanapki. Jej piersi falowały pod materiałem bluzeczki, długie rzęsy rzucały cienie na zarumienione (z wysiłku? emocji?) policzki.
Podeszła do mnie tym swoim kocim krokiem, którego nie da się z niczym pomylić, i uśmiechnęła się, mówiąc uprzejmie:
– Poczęstuj się, proszę. I nie wahaj się sięgnąć po dokładkę…
– Nie zawaham się – odparłem z równie uprzejmym uśmiechem.
I nie wiem, kogo mi było w tamtym momencie bardziej żal: jej, Tyczki, czy moich ciągle jeszcze obolałych pośladków.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)