Tracey Thorn

Klubowa młodzież niewiele znajdzie tu dla siebie. Prędzej dojrzali fani alternatywnego, minimalistycznego popu z sentymentalną nutą lat 80.
Żadnego z głosów nie brakowało mi w ostatnich latach tak bardzo jak jej właśnie. Pochłonięta wychowaniem dzieci i prowadzeniem domu, współautorka sukcesów popularnego duetu Everything But The Girl i hitu (nomen omen) „Missing”, już od końca ubiegłego wieku nie zaglądała na dłużej do studia, czasami tylko robiąc wyjątek dla wybranych producentów klubowej elektroniki. Stąd też oczekiwania, że stęsknionych jak ja słuchaczy brytyjska wokalistka zechce zaprosić na parkiet również przy okazji tego solowego powrotu na scenę.

I tu zaskoczenie – szczególnie dla tych, którzy wciąż mają w pamięci ostatnie taneczne dokonania macierzystej formacji Tracey. Za partnerów procesu twórczego ma wprawdzie międzynarodową śmietankę specjalistów od elektronicznych nowych brzmień, ale klubowa młodzież niewiele znajdzie tu dla siebie. Prędzej dojrzali fani alternatywnego, minimalistycznego popu z sentymentalną nutą lat 80. w tle. Zamiast kolekcji potencjalnych singlowych przebojów pani Thorn ma dla nich zestaw przeszywających smutkiem i chłodem pięknych piosenek o emocjonalnych rozterkach mieszkanki wielkiego miasta, która jest po czterdziestce. Próżno szukać też jakichś efektownych aranżacji i wysublimowanych muzycznych struktur, to są raczej wokalne miniatury, ale gdy ktoś ma głos tak wyjątkowy, jakiekolwiek studyjne fajerwerki są zbędne.

Bartek Winczewski/ Przekrój

Tracey Thorn „Out Of The Woods”, Virgin, 41’34, 64 ZŁ
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)