Srogi kolaż

Ursula Rucker bije hiphopowców ich własną bronią.
 
Pod staroegipskim słowem „ma’at” kryje się prawda. Także równowaga i harmonia we wszechświecie. I rzeczywiście, jak zawsze na płytach tej filadelfijskiej artystki i tutaj prawdy jest całe mnóstwo – nawet tej gorzkiej, niewygodnej, nierzadko bolesnej.
Bardziej poetka z krwi i kości niż wokalistka z prawdziwego zdarzenia, Ursula Rucker nie boi się poruszać w swojej twórczości tematów tabu. Zawzięcie dotyka spraw trudnych i na polu muzyki rozrywkowej raczej niepopularnych, jak AIDS, pedofilia, wojna czy łamanie praw człowieka. Jak zawsze nieustępliwa i bezkompromisowa, z podniesionym dumnie czołem przeciwstawia się fali męskiego szowinizmu, szczególnie tego w wydaniu jej rapujących kolegów. Niezmiennie świadoma własnej kobiecości i należnych jej praw, konsekwentnie wojuje feministycznym orężem. A gdy deklamuje, że „muzyka to tylko przemysł bez grosza artyzmu”, wiemy, że w poszukiwaniu prawdy gotowa jest nawet podpalić drzwi do własnego mieszkania. Kogo nie wystraszą gniewne treści, harmonię zgodną z dogmatem „ma’at” odnajdzie w muzyce – jak to zazwyczaj u tej niegdysiejszej współpracowniczki The Roots czy Jazzanovy, zatopionej w intrygującym kolażu jazzowej delikatności i zadziornego hiphopowego eksperymentu.

Bartek Winczewski

Ursula Rucker „Ma’at Mama”, K7
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)