POLECAMY

Purpurowe urodziny Open'era

Tegoroczna, jubileuszowa, bo 10 już edycja Heineken Open'er Festival wzbudzała skrajne emocje już od kilku miesięcy. Z jednej strony do głosu dochodzili niezadowoleni ze zróżnicowania stylistycznego amatorzy "alternatywnego" grania, z drugiej jednak jasnym dla wszystkich było, że ta edycja będzie wyjątkowa i na pewno przejdzie do historii. Tak też się stało, choć kilkudniowy jubileusz do najłatwiejszych nie należał.

Tegoroczna, jubileuszowa, bo 10 już edycja Heineken Open'er Festival wzbudzała skrajne emocje już od kilku miesięcy. Z jednej strony do głosu dochodzili niezadowoleni ze zróżnicowania stylistycznego amatorzy "alternatywnego" grania, z drugiej jednak jasnym dla wszystkich było, że ta edycja będzie wyjątkowa i na pewno przejdzie do historii. Tak też się stało, choć kilkudniowy jubileusz do najłatwiejszych nie należał.

 

30.06.2011 - Dzień 1.

Od wczesnych godzin porannych na ciągle jeszcze remontowanym dworcu kolejowym w Gdyni zaczęli pojawiać się wyposażeni w kalosze i kurtki przeciwdeszczowe sympatycy festiwalu. Prognozy były wszak bezlitosne - 4 dni potężnie i praktycznie nieprzerwanie padającego deszczu. Czwartek był jednak na Open'erze wyjątkowo słoneczny i suchy, co bardzo pozytywnie wpłynęło na i tak świetną atmosferę pierwszego dnia. Nie zmienił jej nawet znany jako jeden z najbardziej depresyjnych zespołów świata, uwielbiany w naszym kraju The National. Mistrzowie smutku zagrali na głównej scene poprawny i dobry, lecz daleki od zachwytów koncert. Było melodyjnie, było rockowo, ale czegoś zabrakło. W tym samym czasie na World Stage swój bardzo udany występ dawali odkryci niedawno w jednym z programów telewizyjnych ukraińsko-polscy i polsko-ukraińscy muzycy z Enej. Definiowani jako przedstawiciele reggae-rock-ska, niezwykle energiczni artyści porwali spragnionych pozytywnych wibracji melonamów już od pierwszej piosenki. Zespół bawił się chyba równie dobrze jak publiczność a oto przecież chodzi. Bardzo dobry występ.

Prawdziwą bombą a zarazem hucznym otwarciem jubileuszowego Open'era był jednak grający w tym roku na wszystkich chyba festiwalach świata Coldplay. Na taki koncert, pełen znanych wszystkim hitów i odpowiedniej oprawy wizualnej czekaliśmy bardzo długo. Bo choć zespół uwielbiamy jest w polsce od wielu lat, to dopiero teraz udało się go do kraju zaprosić. Było warto. Kolorowe lasery, fajerwerki, morze baniek mydlanych, wystrzelone w powietrze race na "Fix You" i sympatyczny Chris Martin to odpowiedni początek i solidna zaczęta do dalszego świętowania jubileuszu.

Koncert dnia - Coldplay

 

1.07.2011 - Dzień 2.

Dzień uznawany od początku za "najsłabszy" pod względem koncertowym, co nie do końca okazało się prawdą. Najsłabiej tego dnia grała tylko pogoda, którą uznać można za główną przyczynę raczej skromnej w porównaniu z czwartkiem, acz i tak kilkudziesięciotysięcznej frekwencji. Obfite ulewy unoszące się nad Trójmiastem skutecznie popusuły zabawę na otwartej przestrzeni. Wielka szkoda chociażby dla Moniki Brodki, której bardzo dobry występ musiał jednak w końcu ustąpić przed strugami lejącego się z nieba deszczu. Ci zniechęcni ukryli się w ogródkach gastronomicznych, ci odważniejsi udali się pod ogromny, ustawiony kilkanaście minut drogi piechotą lub kilka biegiem po mokrej trawie namiot, gdzie zaraz po mocno gitarowym koncercie British Sea Power "wybuchła" kolejna już tegoroczna artystyczna bomba. Na imię jej Cut Copy i nazwa ta długo nie schodziła z ust zachwyconych i oczarowanych energią frontmana, zupełnie przypadkowo chroniących się przed deszczem open'erowiczów.

Tymczasowy schron przeciwdeszczowy błyskawicznie zamienił się w najwyższej klasy dyskotekę, czego nie spodziewali się nawet członkowie australijskiej disco-punk-rockowej formacji. Nie sposób było nie bawić się świetnie. Mam nadzieję, że na jednej z kolejnych edycji Cut Copy zagra już na głównej scenie. Piątkowym koncertem na pewno na to zasłużyli. Klasa sama w sobie. O północy sceną główną ze wszystkich sił zawładnąć próbował unoszący się ciągle na fali zachwytów muzycy z zespołu Foals. Oryginalne, charyzmatyczne granie musi się podobać, melodie dopełnione świetnym wokalem brzmiały świeżo i interesująco. Szkoda tylko, że większość całkowicie przemoczonych fanów nie dotrwała do końca występu. Znów zawiniła pogoda.

Koncert dnia - Cut Copy

 

2.07.2011 - Dzień 3.

Dzień, który na zawsze zmienił zawrówno Open'era jak historię polskich scen muzycznych. Od minionej soboty wiadomo już, że nie ma w polsce rzeczy niemożliwych a opowieści o najlepszej, open'erowej publiczności to nie tylko czysta kurtuazja. Jeden z największych ekscentryków świata, Prince zagrał w Polsce i mało tego - świetnie się przy tym bawił, co nie zdarza się często. Nieoficjalnie mówi się już o rekordzie frekwencji, nieznane są jednak dokładne liczby. Takiego finału nie spodziewał się jednak nikt.

Euforia udzieliła się tego dnia wszystkim i każdy próbował przedostać się jak najbliżej sceny, by na własne oczy zobaczyć legendarnego muzyka. W pewnym momencie sytuacja zaczęła nawet wymykać się spod kontroli, kilkunaście osób wymagało interwencji lekarskiej, kilkaset kolejnych uniknęło tego tylko dzięki przytomnej reakcji organizatorów, rozdających w czasie koncertu dziesiątki butelek z wodą. Gdyby temperatura nie była tego dnia wyższa, niż się spodziewano, mogłoby dojść do tragedii. Ale tak właśnie fani wyobrażali sobie ten dzień - zabawa absolutna, na którą w tej części Europy czekano o wiele za długo. Prince był w wyśmienitym humorze i ani na chwilę nie przestał interesować się publicznością. Flirtował, adorował i kokietował, lecz przede wszystkim sam nie oszczędzał się w tańcu. Swój największy hit, "Purple Rain" wygrywał na gitarze aż 11 minut, purpurowo-złote confetti spadło na rozśpiewany tłum a ten zachwycony, kilkukrotnie domagał się powrotu Prince'a na scenę. Ekscentryczny artysta na zawsze zamknął chyba usta nadbałtyckim krytykom, choć zeszłoroczna i aktualna trasa koncertowa po Europie pokazują, że może jeszcze więcej, niż zaprezentował w sobotę. Być może będzie okazja by na własne oczy zobaczyć legendarne, kilkugodzinne(!) występy Księcia, gdyż za kulisami już zaczęto mówić o powrocie artysty na kolejny występ w naszym kraju.

Koncert Prince'a zapamiętany zostanie nie tylko jako najważniejszy i na pewno najlepszy występ w 10-letniej historii Open'era, ale i jako jedno z najważniejszych wydarzeń muzycznych polski w ogóle. Do czasu kolejnego przyjazdu muzyka nad Bałtyk...

Koncert dnia - Prince...i długo, długo nic.

 

3.07.2011 - Dzień ostatni

Choć po brawurowym koncercie Prince'a pole namiotowe znacznie opustoszało, na fanów czekało tego dnia jeszcze wiele świetnych koncertów przy ostatecznie dobrej pogodzie. Największym zaskoczeniem okazał się grający pod ogromnym, festiwalowym namiotem James Blake. Artysta, choć od początku kariery słynący z pięknego głosu i niezwykłej, muzycznej kreatywności oczarował publiczność oryginalnymi aranżacjami, zupełnie czasem niepodobnymi do tych, jakie znamy z oficjalnie wydawanych produkcji. Fani tłumnie stawili się pod okazałym zadaszeniem, choć o 22.00 na głównej scenie zagrać mieli słynni indie-rockowi giganci, The Strokes. Maraton świetnych występów rozpoczął Blake, czarując wokalem i aranżacjami, The Strokes dołączyli do stawki doskonale bawiąc publiczność typowo "open'erowym", alternatywnym graniem, by niedługo potem oddać część zachwytów na rzecz zeszłorocznej sensacji - wszechstronnych muzyków z grupy Hurts.

Festiwalowy namiot okazał się za mały, koncert zaś - za krótki. Hurts udowodnili jednak, że mają w repertuarze utwory świetnie nadające się nie tylko do stacji radiowych, ale i na wielkie, masowe imprezy skupiające wokół siebie wymagających fanów. O północy główną sceną zawładnąć próbowała zapraszana już kilka razy do Polski M.I.A. Pogłoski o jej absolutnym braku zdolności wokalnych okazały się smutną prawdą, jednakże energiczne show i przeraźliwe, acz stosunkowo rytmiczne krzyki wystarczyły, by roztańczona publiczność przymknęła na takie braki oko. Finałem tegorocznej edycji Heineken Open'er Festival miał być artysta, który zawładnie wyobraźnią i nogami tych, którzy mają jeszcze siłę tańczyć. Deadmau5, bo o nim mowa, to zjawisko samo w sobie. Ukryty za nieco przerażającą maską przypominającą kształtem głowę Myszki Miki dj wykonał show, jakiego nie udało się zrobić ani Moby'emu, ani The Chemical Brothers, którzy swoje szanse mieli kilka lat temu. Rytmiczne, ozdobione absolutnie genialnymi wizualizacjami sety uczyniły tego młodego twórcę jednym z najbardziej pożądanych headliner'ów tego lata. Polska dołączyła do krajów, które przekonały się dlaczego.

Koncert dnia - James Blake, The Strokes, Hurts, Deadmau5

10 edycja Heineken Open'er Festival stała się już wspomnieniem. Wspomnieniem za to niezwykle pozytywnym. Stali bywalcy festiwalu na pewno nie byli rozczarowani, debiutanci natomiast nie kryli zachwytu. Nic w tym dziwnego, organizacja festiwalu należy do najlepszych na kontynencie, co nie umyka uwadze zagranicznych firm przygotowujących letnie festiwale. Od lat mamy powód do dumy i mocny akcent na muzycznej mapie Europy. Oby tak dalej. Do zobaczenia w przyszłym roku.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)