Młodzi, zdolni, alternatywni

Młodzi, zdolni, alternatywni

Nowa fala polskiego rocka dochodzi do głosu. Podobnego ruchu na tej scenie nie było od lat 80. Ambicje młodzieży sięgają podboju świata. Problem w tym, by publiczność miała jeszcze ambicje kupować ich płyty.
/ 31.08.2007 14:35
Młodzi, zdolni, alternatywni

Wkrótce druga edycja Off Festivalu – dużej mysłowickiej imprezy, która wydaje się kluczowa dla nowej rockowej młodzieży w Polsce. Jej organizator i dyrektor artystyczny, lider Myslovitz Artur Rojek, już drugi rok udostępnia festiwalową scenę zjawisku robiącemu wrażenie drugiej tak silnej fali od czasów lat 80. Od tamtej epoki młodzi programowo się odcinają: zamiast grzęznąć w skansenie, chcą doganiać światowe trendy.
Ale podobieństwa pozostają. Tak jak rock lat 80. obecna gitarowa scena rozwija się dwutorowo. Niegdyś z jednej strony pojawiły się zespoły nawiązujące do modnych wówczas brzmień postpunkowych i nowej fali (Klaus Mitffoch i Lech Janerka, Republika, wczesny Kult), z drugiej natrętnie promowano komercyjnych grafomanów (Bajm).
Po 20 latach podziały w polskiej muzyce wyglądają podobnie. Z jednej strony Cool Kids Of Death i The Car Is On Fire, z drugiej – pretensjonalna, siermiężna Coma i harcerski Happysad. Wstyd chwalić się nimi w świecie, trzeba jednak przyznać, że do polskiej publiczności to te ostatnie grupy przemawiają skuteczniej.
Nowa scena rockowa nie narodziła się ani dziś, ani wczoraj. Kolejne ciekawe grupy pojawiają się u nas od pięciu–sześciu lat. Ale to w tym roku szykuje się mały przełom, gdyż najważniejsze z młodych zespołów jesienią wydadzą debiutanckie płyty. – Jestem pod wrażeniem poziomu artystycznego niektórych debiutantów. Są na czasie, mają dobry warsztat i nie boją się emocji – mówi Artur Rojek.

Od "coolek" do "carsów"
Pionierscy Cool Kids Of Death debiutowali w 2001 roku, czyli dokładnie wtedy, kiedy brytyjski rynek zachłystywał się renesansem muzyki gitarowej. Wprawdzie wyrosło wokół nich oddzielne rockowe środowisko, ale prezentujące się na wspólnych koncertach z CKOD początkujące grupy, jak wrocławska Lili Marlene, warszawska Rotofobia czy krakowski żeński kwartet Andy, okazały się niespełnionymi nadziejami. Najbliżej powtórzenia sukcesu łodzian był startujący dopiero kilka lat później stołeczny The Car Is On Fire (zespół przechodzi właśnie problemy składowe – z grupy odszedł wokalista Borys Dejnarowicz), ulubiony zespół polskich dziennikarzy muzycznych.
Oblicze polskiego rocka kształtuje dziś głównie pokolenie urodzone w latach 80., czyli jeszcze młodsi od CKOD – zespoły takie jak Muchy, Out Of Tune, Vixo, Hatifnats, Popo czy The Mothers. Wspierają ich starsi, cierpliwie czekający na swoją szansę muzycy formacji L. Stadt czy Psychocukier. Estetycznie wszyscy nawiązują do nurtu indie (od angielskiego independent – niezależny), celując w gusta publiczności wychowanej przez modne brytyjskie media: telewizję MTV2 i tygodnik "New Musical Express". Widać tu nie tylko pokrewieństwo artystyczne, bo sposób przedostawania się wymienionych grup do świadomości fanów również był niezależny. Te zespoły dotarły do publiczności nie za sprawą składanek kompilowanych przez popularnych radiowców czy publikacji takich jak ta. Polskie indie oddolnie animowali w większości rówieśnicy muzyków – dzieciaki odpowiedzialne za odbywające się w wielu polskich miastach imprezy z gitarowymi przebojami połączone z występami młodych zdolnych. Właściwie bez żadnego wsparcia oficjalnych mediów, bo do promocji kolejnych wydarzeń i zespołów wykorzystywano głównie fora i społeczności internetowe takie jak MySpace. Dobrym przykładem jest właśnie Out Of Tune, warszawski kwartet, który dzięki wysokiej aktywności w sieci zgromadził wokół siebie grupę stałych fanów, co do dziś owocuje świetną frekwencją na koncertach.

Zbyt zachodni na Polskę
Gitarowa młodzież prezentuje spore gatunkowe zróżnicowanie i dobrą orientację w nowych trendach na świecie – do tych mają dostęp o niebo lepszy niż ich starsi koledzy z lat 80. Hatifnats, warszawska sensacja, która zwraca uwagę przede wszystkim androginicznym głosem wokalisty i gęstym, "dusznym" brzmieniem gitar, za wzór wzięła sobie jeden z najlepszych alternatywnych gatunków lat 90., czyli shoegaze. Vixo to z kolei reprezentacja melodyjnej odmiany punk rocka. W podobnej stylistyce tworzy warszawski Renton. Natomiast wywodzący się z łódzkiej sceny L. Stadt, najwięksi profesjonaliści w tym zestawie, czerpie głównie z surowego garażowego rocka.
Krajowe indie niejedną ma twarz, choć w większości mówi tym samym językiem – po angielsku. To wynik przeświadczenia, że jest się częścią globalnego, a nie tylko lokalnego rynku. To ostatnie jednak może być zarówno zaletą, jak i wadą.
– Polska staje się krajem otwartym, młodzi muzycy nie mają kompleksów, mają łatwy dostęp do muzyki z całego świata, stajemy się częścią globalnego
show-biznesu – komentuje Artur Rojek. – Nie należy przy tym zapominać o pewnym niebezpieczeństwie. Większość z tych zespołów, śpiewając po angielsku, niby nie przekreśla definitywnie swoich szans, nawet w starciu z zagraniczną konkurencją, ale stawia się w trudnej sytuacji. Kariera na Zachodzie jest dla polskiego wykonawcy wciąż nieosiągalna, z drugiej strony – młodzi mogą się okazać zbyt "zachodni", by zrobić karierę w Polsce.
Gdzieś pomiędzy próbują funkcjonować poznańskie Muchy. Anglojęzyczne teksty stanowią zdecydowaną mniejszość w ich dorobku. Swego czasu muzycy zadeklarowali, że grają bigbit, a jeden z ich utworów opiera się na dialogach z "Niewinnych czarodziejów" Andrzeja Wajdy. Konsekwentnie poruszają się w konwencji miejskiej, młodzieżowej liryki. "Zakochuję się tramwajach / Zakochuję się na mieście / Potem tydzień chodzę przez sen / Jem brudny śnieg" – śpiewa wokalista Michał Wiraszko w jednej z najlepszych piosenek tria. Muchy to zdecydowanie jedyny w tej chwili młody zespół przykładający tak dużą wagę do treści utworów, choć obrana estetyka do najprostszych nie należy, więc i im nie udaje się uniknąć banału.
O czym śpiewają pozostali? CKOD wielokrotnie uciekali w stronę tematyki socjologicznej, pokoleniowej. Reszta młodej alternatywy zdaje się całkowicie niewrażliwa na rzeczywistość. Tematyka tekstów koncentruje się wokół relacji damsko-męskich, z małym zastrzeżeniem – nawet u imprezowych Out Of Tune w tych osobistych wyznaniach więcej jest młodzieńczej frustracji niż beztroski.

Ale rynek jest okrutny
Muchom wciąż ciąży etykietka "najlepszego zespołu bez kontraktu płytowego". Do tej pory branża ignorowała gitarową alternatywę – Cool Kids Of Death i The Car Is On Fire to wyjątki potwierdzające smutną regułę. Powodów jest kilka. Nie udało się zbudować w Polsce prężnego rynku wydawców niezależnych, a mniejsze firmy typu Sonic czy Isound wydają niewiele płyt polskich wykonawców, koncentrując się na dystrybucji muzyki zachodniej.
Giganci myślą wyłącznie kategoriami korzyści finansowych, stąd wsparcie dla łatwej Comy, która zresztą osiągnęła komercyjny sukces. Polityka wydawców jest prosta – hasło "rock" w katalogu musi występować, ale najlepiej, by młodzi mieli już wypromowane nazwiska. To dlatego fonografia ma słabość do dzieci muzycznych dinozaurów, takich jak Patrycja Markowska czy bracia Cugowscy. Z tych samych powodów rosną zastępy gwiazd – pokroju Macieja Silskiego czy Szymona Wydry – wyłonionych z telewizyjnych castingów.
Alternatywni, choć ich muzyka także może przyciągnąć masowego odbiorcę, nie mieli dotąd gdzie się pokazać. Największe krajowe rockowo zorientowane festiwale nie stwarzają im wielu okazji. Nadzieją są więc nowe sceny na gdyńskim Open’erze czy właśnie Off Festivalu. Bez koncertów i przebojowych piosenek z polskimi tekstami, które polubią media, nie ma mowy o sukcesie sprzedażowym. A z tym do tej pory jest najgorzej. Pierwsza płyta Cool Kids Of Death, mimo że osiągnęła bardzo dobry – biorąc pod uwagę rodzaj muzyki i warunki krajowego rynku – wynik 10 tysięcy egzemplarzy, i tak sprzedała się dwa razy gorzej niż debiut Comy. Klęskę sprzedażową poniósł The Car Is On Fire, pozostając na poziomie kilku tysięcy sprzedanych albumów. To nie wróży najlepiej najbliższym debiutom, czyli zapowiedzianym na jesień płytom Much, Out Of Tune, Rentona i Vixo. Pozytywnych sygnałów zmian szukajmy więc gdzie indziej. Sława tej fali rozchodzi się spontanicznie, pocztą pantoflową, poprzez internetowe fora, wracające do małych klubów imprezy rockowe i rosnące powoli kręgi zainteresowanych słuchaczy. Warto przyglądać się (i przysłuchiwać), co z tego wyniknie.

Angelika Kucińska/ Przekrój
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/29.08.2007 21:21
Chciaąłbym żeby ta nowa fala była tak utalentowana jak "stara". Nie wiem, co wy o tym sądzicie, ale moim zdaniem młodzi polscy artyści są dużo gorsi technicznie od dinozaurów rocka!