Maria Sadowska „Tribute To Komeda”

Sadowska chwyta się Komedy – ruch ambitny, ale nieprzemyślany.
Gdyby te piosenki napisano teraz, nie byłoby problemu, bo to przyjemna płyta w kategoriach jazzowego popu, a ten sprzedaje się w Polsce świetnie. Marysia Sadowska, tu już jako Maria, podjęła się jednak podjęcia na nowo tematów – głównie filmowych – Krzysztofa Komedy. Ale zabrakło jej jednorodnego pomysłu na Komedę, jaki mieliśmy choćby na poważnej i już historycznej „Litanii” Stańki.

Docenić trzeba autorski wkład Sadowskiej w przearanżowanie filmowych tematów i pracę Macieja „Envee” Golińskiego nad brzmieniem płyty. Ale gdy chodzi o efekty końcowe, nie jest już tak wesoło. Najlepiej gdy autorka pozostaje na bliskim sobie polu muzyki klubowej („Time 4 Love” i „Roman II”). Gorzej, gdy wpada w banalną jazzowo-funkową konfekcję („Crazy Girl”). A zupełnie źle, gdy po prostu stara się iść śladem genialnego kompozytora – wtedy widać przepaść, jaka dzieli jego bardzo charakterystyczną wizję i pozbawiony wyrazu świat współczesnych przeróbek. Słychać to w ambitnym skądinąd zabiegu, gdy Sadowska wgrywa własny wokal w archiwalne nagranie z Jazz Jamboree, a bardziej jeszcze – w przeróbce tematu „Kattorna” z płyty „Astigmatic”. Całe to tajemnicze, przydymione, swobodne i miękkie brzmienie zespołu Komedy sprzedane zostało w narzucającym się stylu rodem z telewizyjnej rozrywki. Albumowi patronuje wprawdzie Zofia Komeda, ale czy sam Komeda byłby zadowolony? To już nie mnie stwierdzać. Prawdę odnaleźć można, niestety, tylko na starych Powązkach, kwatera 18-VI-29.

Bartek Chaciński/ Przekrój

Maria Sadowska „Tribute To Komeda”, Sony BMG
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)