Manson też człowiek

Demoniczny artysta ze złamanym sercem podąża w kierunku krainy łagodności...
10004047.jpg
Rozwód szkodzi. Rozstanie z tancerką Ditą Von Teese i późniejsza zaciekła walka o prawa do kolekcji wypchanych zwierząt ewidentnie odbiły się na twórczości Briana Warnera działającego pod pseudonimem Marilyn Manson.

Cesarz niedobrego smaku pokazał ludzkie oblicze. Złagodniał. "Eat Me, Drink Me" to motoryczny, ponury electro-rock, ale już bez industrialnych naleciałości. Momentami całkiem przebojowy, momentami zupełnie nijaki. Inspirowany dokonaniami klasyków: Davida Bowie i Gary’ego Numana, choć to wpływy absolutnie nienachalne, bo skutecznie zdeformowane hałaśliwą produkcją. Jednak to nie kierunek muzyczny zaskakuje tu najbardziej, ale teksty o miłości podszyte rozgoryczeniem, dla niepoznaki tylko ubrane w ograne gastronomiczne metafory i mroczną symbolikę. Krew, wampiry, piekło, "kolejny pogrzeb, kolejna dziewczyna we łzach". Jednak nie ma już prowokacji, nie ma Mansona dewianta i ekshibicjonisty. I oto potwór sklejony z fobii, paranoi i psychicznych odchyleń Ameryki zaczyna potwornie nas nudzić.

Angelika Kucińska/ Przekrój

Marilyn Manson "Eat Me, Drink Me", Interscope, 56’32’’, 28,50 zł (polska cena)
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)