I po rewolucji

Arctic Monkeys - pospieszyli się.
Arctic Monkeys tak się rozpędzili, że trafili tam, gdzie ich miejsce – do grona średniaków.


Pospieszyli się. Najważniejsi zeszłoroczni debiutanci, internetowy fenomen, sensacyjne, wytarte etykietki. Sukces Arctic Monkeys – rozumiany w kontekście sprzedaży, bo artystycznie to zespół dość przereklamowany – rozpętał dyskusję wokół nowych form promocji muzyki, przepowiadał zmierzch wielkiej, zorganizowanej fonografii. Nie będzie żadnej rewolucji.

Arctic Monkeys to dziś zespół uwikłany w rynkowe zależności jak największe popowe gwiazdy. Nową płytę wydają niewiele ponad rok po poprzedniej, ale Londyn żyje już inną nowinką – wygrzebanym z tanecznej przeszłości stylem rave. Monkeys desperacko próbują wrócić do grona tych, którzy rockandrollowym dzieciakom serwują doznania pokoleniowe. Po swojej stronie mają sympatyczne, ale zarazem dość średnie piosenki. Wyszły im rzeczy utrzymane w wolniejszych tempach (z naciskiem na "Do Me A Favour"), wyszedł im singiel, z przebojami nie poszło już tak dobrze (z wyłączeniem "D Is For Dangerous").

Brzmią mocno, momentami wręcz potężnie. Bronią się teksty, wciąż kadrujące brytyjską codzienność. Kumple, dziewczyny, rozterki i rozczarowania młodości. Pewnie stać ich na więcej. Więcej niż świetny tytuł, który sugeruje jakąś perwersyjną, wstydliwą przyjemność. Ulubiony z najgorszych koszmarów? Nie, aż tak dobrze, niestety, nie jest.

AK/Przekrój
Fot. EMI

Arctic Monkeys, "Favourite Worst Nightmare", Domino/EMI, 34’45’’, 59,50 zł
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)