Grinderman „Grinderman”

Nowa grupa Nicka Cave’a pełna rockowo-bluesowego nerwu, z całą pewnością obudzi fanów przysypiających przy ostatnich albumach Australijczyka.
/ 16.03.2007 12:47
Gdy Cave zawitał ostatnio do Warszawy, na plakatach widniało wprawdzie jego nazwisko, ale na scenie oglądaliśmy już jego nowy projekt Grinderman. Dotychczasowy zespół Cave’a – The Bad Seeds – od lat zmierzał w stronę mrocznych ballad, coraz wolniejszego tempa i elegancji w stylu Leonarda Cohena. Nowa grupa, ognista, pełna rockowo-bluesowego nerwu, z całą pewnością obudzi więc fanów przysypiających przy ostatnich albumach Australijczyka (może z wyjątkiem „Abattoir Blues”, gdzie mieliśmy już sygnały znużenia dotychczasową formułą).

Cave dokonał tego, co próbował zrobić w swoim gabinecie premier Kaczyński – przeglądu kadr. Odsiał ziarno od plew, zmniejszył skład zespołu towarzyszącego do niezbędnego minimum, przeprowadził restrukturyzację, ekstrakcję czy co tam jeszcze. The Bad Seeds tłumaczy się jako „złe nasienie”, ale w wypadku Grindermana mamy do czynienia z nasieniem najgorszym. Sygnałem zmian było już wyrzucenie z grupy Blixy Bargelda, drugiej po liderze siły kreatywnej na pokładzie Bad Seeds. A była to operacja na miarę konfliktu premiera Kaczyńskiego z ministrem Dornem. Na zwolnione miejsce po prawicy Cave’a przeszedł – z drugiego planu do pierwszego szeregu – Warren Ellis, rewelacyjny improwizujący skrzypek (znany także z formacji Dirty Three), radykał z szaleństwem w oczach, który nie tylko wyglądem przypomina Antoniego Macierewicza.
Tu dochodzimy do kresu możliwych porównań, bo radykalizm w sztuce ma zupełnie inne skutki niż ten w polityce. I w przeciwieństwie do raportu o WSI pierwszy album Grindermana nie okazał się sztucznie napompowanym wydarzeniem medialnym. Przeciwnie: jest krótki (40 minut!), esencjonalny, pełen zgrzytów, ale dojrzale dawkowanych. Samo to, że nieruchawy ostatnio Cave wstał od fortepianu, który zaczął już traktować trochę jak pulpit sterowniczy, i chwycił za gitarę, zmieniło oblicze jego muzyki. Zdemokratyzował się sposób jej tworzenia – Grinderman to w większej mierze zespół niż lider z muzykami towarzyszącymi. Cave brzmi więc jak na swoich płytach z połowy lat 80., ale nie można powiedzieć, by cofnął się w rozwoju. Lider śpiewa o niebo lepiej niż 20 lat temu, Ellis wnosi improwizacyjny żywioł, a sekcja rytmiczna Sclavunos-Casey narzuca takie tempo, że fani z lat 80. mogliby przy tym zatańczyć pogo. Pod warunkiem że zestarzeli się tak dobrze jak muzycy The Bad Seeds.

Bartek Chaciński/ Przekrój

Grinderman „Grinderman”, Mute, 40’05, 59 zł
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)