Duchowy brat Cobaina

Kolejne pośmiertne wydawnictwo Elliotta Smitha, jednego z najlepszych amerykańskich autorów lat 90.
Duchowy brat Cobaina
Od muzycznego podziemia, przez nieoczekiwaną eksplozję popularności, po samobójczy finał. Taką drogę przeszedł Elliott Smith, nieżyjący od czterech lat neurotyczny poeta z Omaha.

W pewien sposób powielił schemat zapisany przez Kurta Cobaina. Obaj byli ofiarami dysfunkcyjnych rodzin i więźniami niechcianej sławy, obaj w prostej, gitarowej muzyce zamknęli osobiste dramaty, obaj kształtowali amerykańską scenę niezależną lat 90. Cobain – wrzaskiem, Smith – przez zaciśnięte zęby. Ale pokrewieństwo emocji było oczywiste: smutek, złość, strach, beznadzieja.

Na dwupłytowym "New Moon" zebrano niepublikowane wcześniej nagrania Smitha bądź alternatywne, nieznane wersje tych upublicznionych. To już drugi pośmiertny album muzyka. O ile jednak "From a Basement on the Hill" powstał na krótko przed dwoma tragicznymi ciosami w serce, które Smith zadał sam sobie, o tyle "New Moon" odsyła do początków kariery, do niewdzięcznego debiutu i przełomowego "Either/Or". To najważniejszy okres w twórczości Smitha, surowy, jeszcze przed sojuszem z dużą wytwórnią i nominacją do Oscara.

Zgłoszenie "Miss Misery", utworu nagranego na potrzeby "Buntownika z wyboru" Gusa Van Santa, do najważniejszej nagrody branży filmowej niespecjalnie wzruszyło Smitha. Mało tego: niechętny widowiskowym, oficjalnym galom odmówił występu na oscarowej ceremonii. Zgodził się na to, kiedy zagrożono, że kompozycja tak czy inaczej zostanie wykonana, najwyżej przez kogoś innego. Uwierało go wszystko – i nieskazitelna biel eleganckiego garnituru, i gwiazdorska publiczność. Zresztą zawsze mówił z pozycji emocjonalnego wyrzutka – o rozbitym domu, ojczymie tyranie, pokręconych związkach i alkoholowym nałogu. Dziś w tych utworach szuka się ukrytych sygnałów, zapowiedzi fatalnego końca.

"New Moon", choć jest retrospektywnym, pośmiertnym wydaniem, nie ustępuje albumom wydawanym przez artystę za życia. Zaspokoi oczekiwania zdeklarowanych fanów, ale i tych, którzy muzykę Smitha dopiero odkrywają. Może to w jakimś sensie nieetyczne ujawniać utwory, których nie opublikował
za życia autor, ale – po prawdzie – kto nie chciałby przeczytać odnalezionych po latach brakujących kartek pamiętnika?

Angelika Kucińska/ Przekrój
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)