Czarnowidze

Interpol kontra Editors, czyli pojedynek mazgajów. Pierwsi przetarli szlak drugim, drudzy – przyznając się do inspiracji – ugruntowali pozycję pierwszych.

Amerykański Interpol pogodził masy (dwie poprzednie płyty zespołu osiągnęły imponujący sprzedażowy pułap miliona egzemplarzy) i wymagającą publiczność. Debiutujący kilka lat później brytyjscy Editors musieli udźwignąć zarzuty podwójnej wtórności – byli nowym Interpolem, który przecież był nowym Joy Division. Nowe płyty obu zespołów (trzecia Interpolu, druga Editors) ukazują się dziś w odstępie ledwie dwóch tygodni. Jednak nie łączy ich już nic.

Interpolowi udało się uchwycić esencję dotychczasowych dokonań: posępna melodyka debiutu sąsiaduje tu z tanecznym podbiciem odważnie przetestowanym na "Antics". Editors wzbogacili brzmienie i zmienili kurs. Już tylko głęboka, beznamiętna maniera wokalisty trzyma grupę blisko Joy Division. U Editors całość tonie w epickiej melancholii U2 ze starych czasów, ale brakuje im mocnych, dobrych piosenek. Interpol, choć oczywisty, nadrabia kompozytorskim wyczuciem. Zresztą wystarczy spojrzeć na tytuły: Editors apokaliptycznie wieszczą początek końca, gdy narcystyczny Interpol domaga się podziwu.

Angelika Kucińska/ Przekrój

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/12 lat temu
moja siostra jest nerwowa na swojego chłopaka