Amerykanin w Berlinie

Pierwszy bard gejowskiej Ameryki zwiedza Europę - pojechał do Berlina poszukać inspiracji do nagrania piątej płyty.
Amerykanin w Berlinie fot. ONS

Rufus Wainwright miał dać się ponieść jednemu z kulturalnie najintensywniejszych dziś europejskich miast. Skończył, zwiedzając barokowe pałace. Szlachetną przeszłość potraktował jednak przewrotnie i w efekcie z towarzyszących albumowi zdjęć spogląda zamyślony, wsparty o zabytkowy kominek chłopak w bawarskich spodenkach. W kategoriach cudu zaczynam rozpatrywać to, że nie zaczął jodłować. Choć są momenty, kiedy wyje z imponującą brawurą.

Nowa płyta Wainwrighta wymaga determinacji i cierpliwości, bywa niewdzięczna i męcząca. Artysta jest pretensjonalny jak zawsze, kiedy na chwilę porzuca intymność wyznań adresowanych do przyjaciół i kochanków i zaczyna gorzko manifestować swoją niechęć do rodzinnego kraju. Z premedytacją egzaltowany, romantyczny, wciąż aranżuje swoje utwory z orkiestrowym rozmachem. Równocześnie irytuje i wzrusza – najlepsze w zestawie "Not Ready To Love" to ujmujący banał uniwersalny, bo istnieją konstrukcje, w których język angielski nie zna płci. Wainwright zaś nie zna granic i, prawdę mówiąc≠, właśnie za wymienione wyżej wady tak go uwielbiam.




Rufus Wainwright, "Release The Stars", Geffen, 55’16”, 54 zł


Angelika Kucińska/ Przekrój
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)