POLECAMY

Złośliwość rzeczy martwych...

Jak na złość, żaden ze sprzętów w moim domu ani myśli się zepsuć. Lodówka cichutko mruczy w tle, ekspres do kawy nie wydaje niepotrzebnych trzasków, pralka posłusznie przywraca moje ubrania do stanu używalności - nawet suszarka i toster bez słowa sprzeciwu wypełniają swoje obowiązki. To się nazywa… złośliwość rzeczy martwych!
Jak na złość, żaden ze sprzętów w moim domu ani myśli się zepsuć. Lodówka cichutko mruczy w tle, ekspres do kawy nie wydaje niepotrzebnych trzasków, pralka posłusznie przywraca moje ubrania do stanu używalności - nawet suszarka i toster bez słowa sprzeciwu wypełniają swoje obowiązki. To się nazywa… złośliwość rzeczy martwych!

Od kilku dni czekam bowiem na strajk. Odmówienie posłuszeństwa któregoś z tych wiecznie zawodzących przedmiotów, które psują się zawsze wtedy, kiedy najmniej spodziewamy się ataku z ich strony. Tylko że kiedy trzeba, wszystkie działają bez zastrzeżeń.

Tak to już w życiu jest. Nic nie dzieje się wtedy, kiedy byśmy tego oczekiwali. Konto świeci pustkami? Nie wiemy, jak powiązać koniec z końcem? Na listę wydatków koniecznych, aczkolwiek niemile widzianych, zaraz musimy wpisać wizytę hydraulika, elektryka czy kominiarza. Z ciężkim bólem serca gościmy u siebie pana „złotą rączkę”, co po pięciu minutach zerkania na naszą pralkę z uśmiechem stwierdza, że nic poważnego – raz dwa, i po problemie! Ani się obejrzymy, a już pan wychodzi, zostawiając nas z portfelem szczuplejszym o banknot pięćdziesięciozłotowy i kosztownym w naprawie sprzętem, co okazał się jedynie lekko rozregulowanym urządzeniem. WystaZłośliwość rzeczy martwych...;rczyło bowiem delikatnie docisnąć bęben, by pralka znów wróciła do swego regularnego rytmu. Skąd jednak mogliśmy wiedzieć, że to tak proste? Szkolna nauka ograniczała się do rozkładania pantofelka na czynniki pierwsze, zamiast koncentrować na bardziej praktycznej wiedzy z zakresu wymiany zepsutych korków, bezpieczników czy kabelków. Stąd też i teraz, w życiu dorosłym, czuję się wciąż jak kaleka życiowa! Bez chłopa dziś ani rusz…

Teraz jednak czekam z utęsknieniem, aż będę mogła wykonać telefon do któregoś z zakładów, wzywając pilnie pana, by naprawił lodówkę, kuchenkę czy też inny złośliwy sprzęt. I to nie dlatego, że właśnie wróciłam od fryzjera, robiąc się na bóstwo, a w firmie obok zatrudnili młodego mężczyznę o wyglądzie przypominającym hollywoodzkiego aktora. Nie! Powód jest bardziej prozaiczny – okazuje się, że… jestem ubezpieczona od tzw. „pomocy w domu”. Niestety, tylko przez rok, więc mam dwanaście miesięcy, by cieszyć się z wizyty pana „złotej rączki”, która kosztować mnie będzie tyle, co telefon pod podany na umowie numer telefonu. Satysfakcja gwarantowana, zwrot pieniędzy… szkoda by przepadło! Koszt naprawy pokryje bowiem firma, co mnie ubezpieczyła. Może zgrzytać coś w którymś ze sprzętów RTV, może urządzenie AGD zamilknąć na chwilę, a już bez niepotrzebnego stresu zawołam kogoś do pomocy, nie zastanawiając się wcześniej przez godzinę, czy któryś ze znajomych nie poradziłby sobie z naprawą zepsutego dziadostwa. Wiadome, kolega pomocy nie odmówi, policzy jedynie koszty materiałów, nie robocizny, i dodatkowo dotrzyma nam towarzystwa przy kawie. Tylko po drugim takim telefonie już coraz trudniej wykręca się numer do przyjaciela…

Za to ubezpieczonym dobrze być! Teraz nie muszę się obawiać lądowania statku powietrznego na dachu kamienicy, w której mieszkam. Mam to czarno na białym w umowie. Nie straszny mi grad, pękanie mrozowe czy huragan. Ani myślę ze strachem wpatrywać się w niebo pokryte chmurami burzowymi, które przecinają jasne błyskawice. Przez ten jeden rok nie tylko ja będę spać spokojnie – także wszystkie urządzenia mogą cieszyć się myślą, że nie zostaną oddane na złom, jeśli tylko na moment zapomną w jakim celu je nabyłam. Niech się buntują i strajkują. Co tam! Ciśnienia mi to nie podniesie (zaś ubezpieczenie obejmuje i szkody wyrządzone działaniem podciśnienia!).

Nie rozumiem tylko, czemu jeszcze nic się nie zepsuło. Minął dzień, drugi, trzeci… a tu chciałoby się zadzwonić po pana od wszystkiego, ale niczego nie ma do naprawy.
Pech!

Anna Curyło
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (3)
/7 lat temu
Wolna wola jest tylko iluzją. Oto co tak naprawdę zdecydowało i wciąż decyduje o was, waszym życiu i tym, kim jesteście. http://radioamator.elektroda.eu/przypadek.html
/10 lat temu
aluzja do firm ubezpieczeniowych trafna, bo ubezpieczenie obejmuje to co niemozliwe, anie to co moze sie zdarzyc
/10 lat temu
hehe co za nostalgiczny felieton