Zamaskowana królowa, Jorge Molist

Fakty historyczne zawarte w tej książce zostały oparte na relacji pochodzącej z dzieła „Cantar de la cruzada” napisanej w XIII wieku, autorstwa Gillermo de Tudela, Nawarczyka, żyjącego w czasach, w których rozgrywa się akcja powieści.
/ 04.10.2007 13:35
Fakty historyczne zawarte w tej książce zostały oparte na relacji pochodzącej z dzieła „Cantar de la cruzada” napisanej w XIII wieku, autorstwa Gillermo de Tudela, Nawarczyka, żyjącego w czasach, w których rozgrywa się akcja powieści.

FRAGMENT KSIĄŻKI

1 „El nom del Payre e del Filh e del Sant Espirit.”
[„W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego”]
Cantar de la cruzada, I-1 Początek

W jednej chwili miłosne uniesienie zastąpiła trwoga przed śmiercią. Za moją głowę wyznaczono nagrodę, a intruzi, którzy roztrzaskawszy drzwi, wdarli się do naszego pokoju, chcieli ją zdobyć. Z policzkiem przyciśniętym do ławy patrzyłam na desperacką walkę mojego rycerza i widziałam jak liny, którymi był spętany wbijały się w jego ciało z każdą daremną próbą przyjścia mi z pomocą. Wciąż nie rozumieliśmy zagadki, której byłam częścią i czując się bezpieczni, daliśmy się zaskoczyć. Nad moją głową zawisł miecz, a szyję wypełniło dziwne mrowienie, przeczucie nieuchronnego ciosu, preludium końca. Próbowałam się modlić, ale wnet mdlałam. I przez tę chwilę, gdy czas się zatrzymał wspomniałam, że zaledwie przed kilkoma tygodniami, byłam Bruną z Béziers i nazywano mnie Panną Słowik.

Działo się to słoneczną wiosną; byłam zakochana i bardzo szczęśliwa. Nie zdawałam sobie sprawy, że diabeł gotuje mi tragiczną przyszłość, że stanę się częścią odwiecznej tajemnicy, a moja miłość, kluczem do boleśnie pięknego świata, który miałam na zawsze utracić.
Cieszyłam się teraźniejszością, spoglądając przez okno na kwitnącą czereśnię rosnącą na patio mojego domu i przy akompaniamencie brzęczenia pszczół i dźwięków lutni nuciłam pieśń dworską zasłyszaną poprzedniej nocy.

Mój śpiew budził zazdrość u przechodniów i służby, którzy przystawali z uśmiechem, by posłuchać hymnu pierwszej miłości, tej, która rodzi się z pragnienia kochania, która ma w sobie siłę delikatnych pędów roślin budzących się wiosną do życia, siłę, która porusza słońce i księżyc, i sprawia, że bije serce.
Gdyby ktoś próbował mnie ostrzec, roześmiałabym się z niedowierzaniem. Cieszyłam się wiosną, byłam zakochana i bardzo szczęśliwa. Nic poza tym nie istniało.
Po chwili wspomnienia rozpłynęły się, spłoszone przez ostrze miecza, który miał przeciąć mi szyję i w końcu, wycieńczona, zdołałam wyszeptać modlitwę:

2 „Kýrie eléison,
Chríste eléison.”
[Panie, zmiłuj się,
Chryste, zmiłuj się.”]

DROGA Z SAINT GILLES DO ARLÉS STYCZEŃ 1208 ROKU

Dojrzawszy wody Rodanu przez prześwity między rzadkimi drzewami zagajnika, Peyre z Castelnou, legat i opat Fontfredy odetchnął z ulgą i obracając się po raz kolejny w siodle upewnił się czy nie byli śledzeni. Nieopodal czekała łódź, która miała ich zabrać na drugi brzeg rzeki, do Arlés. Tam, na ziemiach króla Aragonii, podróż będzie mniej niebezpieczna.
Polecił grupie popędzić idące zmęczonym krokiem muły i pięciu zakonników spełniło polecenie. Przyjrzał się bacznie siódmemu zwierzęciu. Muł dźwigał na grzbiecie ładunek, na który z niepokojem oczekiwał Papież. Peyre błagał Ojca Świętego, aby pozwolił mu spalić jego zawartość, zaraz po tym jak hrabia Tolosy zgodzi się go przekazać, ale Innocenty III odmówił. Na własne oczy chciał zobaczyć to, przed czym drżał jego kościół.
Legat poczuł ciarki na plecach, nie wiedząc czy sprawił to przenikliwy chłód styczniowego popołudnia czy strach.
Tylko dzięki wzburzonym dyskusjom i najstraszniejszym groźbom – ekskomunika i wywłaszczenie z ziem – udało mu się nakłonić aroganckiego hrabię Tolosy do ustępstwa. Przytłoczony obowiązkiem przetransportowania tego do Rzymu nie potrafił jednak cieszyć się sukcesem.
– Zbyt duże ryzyko – mruczał pod nosem przyglądając się zawiniątku. – Zbyt duże ryzyko; Szatan jest potężny.
Zgodnie z radą ojca Dominik z Guzmán starał się przekroczyć ziemie heretyków nie zawracając na siebie uwagi. Podróżował więc bez zbędnych luksusów, jak zwykły zakonnik. Ostatnimi czasy Rzym ze zdwojoną siłą nawracał heretyków, wysyłając na ich ziemie dziesiątki kleryków głoszących chwałę Bożą, dlatego Peyre wierzył, że szary habit zdoła ukryć jego prawdziwą tożsamość.
Kiedy jednak usłyszał dudnienie kopyt za plecami i zobaczył czterech jeźdźców o twarzach skrytych pod przyłbicą, trzymających w rękach tarcze bez herbu, zrozumiał, że popełnił błąd odmawiając wzięcia ze sobą oddziału zbrojnego.
– Zatrzymać ich! – krzyknął. – W imię Boga!
Spiął ostrogami konia i chwyciwszy wodze siódmego muła usiłował pokonać galopem niewielką odległość dzielącą go od łodzi, na której miały ich oczekiwać straże.
Do eskorty towarzyszącej mu w niebezpiecznej misji Peyre wybrał byłych wojowników lub najemników, obecnie służących w jego opactwie. Zakonnicy wyciągnęli ukryte pod habitami szpady, starając się osłonić tyły.
– Stać! – krzyknął dowodzący oddziałem brat Benet. – Poselstwo Papieskie! Grozi wam ekskomunika, jeśli nie usłuchacie! Ani kroku dalej!
Jeźdźcy nie zatrzymali się jednak. Otoczyli duchownych i dzięki sile i zręczności swych wierzchowców przedarli się przez tylne straże. Jeden z nich, nie natrafiając na opór, rzucił się w stronę uciekającego Peyre. Zakonnik, usłyszawszy za plecami tętent kopyt, jeszcze mocniej spiął ostrogami brzuch zwierzęcia. Jeździec jednak prędko go dogonił i niczym kuropatwę przebił skrywaną za plecami włócznią. Duchowny poczuł brutalne uderzenie, a wraz z nim ból. Dotknąwszy rękoma brzucha natrafił na wielki żelazny kolec. Przy ciosie z tak małej odległości noszona pod habitem metalowa kolczuga okazała się niewystarczającą ochroną i włócznia przebiła ją przeszywając kręgosłup z przerażającym trzaskiem. Opat stracił przytomność nim osunął się na lodowatą ziemię.

Kiedy doszedł do siebie pamiętał wszystko. Leżał na czymś przypominającym siennik, w pomieszczeniu płonęły świece, a wokół zebrali się jego zakonnicy. Dotknął ręką brzucha w poszukiwaniu zabójczego kawałka żelaza, ale w jego miejscu odnalazł tylko szmaty nasączone krwią. Przeszył go ból. Poniżej rany nie czuł nic. Wiedział, że umiera i pragnął, aby śmierć nadeszła szybko. Chciał tylko zdążyć się wyspowiadać.
– Ładunek siódmego muła – mruknął. – Gdzie jest?
– Ukradli go, ojcze – odparł brat Benet, zmartwiony.
Opat przymknął oczy czując jak narasta w nim wściekłość. Znał odpowiedź, zanim zadał pytanie.
– Mój Boże, to dziedzictwo szatana – wyszeptał. – Powinienem był to spalić.
Wyspowiadawszy się, polecił Benetowi, aby udał się do Papieża opowiedzieć mu, co się wydarzyło i błagać o wybaczenie dla siebie, papieskiego legata, nieszczęsnego opata Fontfredy, którego dusza będzie cierpieć męki w czyśćcu za największą z porażek.
Przez zaniedbanie, którego się dopuścił, zło dalej będzie rządziło Oksytanią, a może nawet rozprzestrzeni się po całym świecie. Pomodlił się do Boga błagając o łaskę.
Gdy monotonię pogrzebowych pieśni przerwało przenikliwe pianie koguta, uczynił wysiłek próbując podnieść się z łóżka. Oddychał ciężko, otwierając szeroko usta. Zakonnicy pomylili się myśląc, że za chwilę wyda ostatnie tchnienie. Dławił go strach. Wydawało mu się, że w pianiu koguta słyszy chichot diabła, któremu udało się wymknąć ze szczelnie zawiązanego pakunku.
Mrucząc pod nosem „Vade retro, Satanás” upadł na siennik i wyzionął ducha.
Chwilę potem nastał dzień przynosząc ze sobą ciężkie chmury zwiastujące burzę.

3 „De lai de Monpeslier entro fis a Bordela
o manda tot destruire, si vas lui se revela”
[Od murów Montpellier aż po Burdeos
(Papież) nakazał zniszczyć każdego, kto stanie mu na drodze.]
Cantar de la cruzada, I-5

RZYM, MARZEC 1208 ROKU

Skończywszy modlitwę Papież Innocenty III w majestatycznym geście uniósł dłonie odziane w białe rękawiczki, na których skrzył się pierścień z rubinem. Dwunastu kardynałów, otaczających Ojca Świętego odpowiedziało chóralnie „Amen”. Na głowach mieli mitry ciężkie od szlachetnych kamieni, a ubrani byli w ornaty wyszywane brylantami i wykończone złotem, platyną i perłami.
Dziesiątki świec oświetlały grube ściany romańskiej świątyni, jednak Papież skierował się w stronę gromnicy stojącej na długim kandelabrze po środku centralnej nawy. Zatrzymał się i władczym gestem wziął z rąk jednego z zakonników przyrząd do gaszenia świec. Następnie zdecydowanym ruchem uniósł narzędzie nad jedyną czarną świecą znajdującą się w kościele. Na gromnicy widniało imię, które Innocenty wymówił gasząc świecę:
– Raimon VI, Hrabia Tolosy.
Papież ceremonialnym gestem zdusił płomień metalowym przyrządem, a gdy świeca zgasła zakończył rytuał ekskomuniki.
Hrabia Tolosy przestał należeć do społeczności katolickiej. Nie zostanie odtąd wpuszczony do żadnego kościoła, nie dostąpi sakramentów, chrześcijanie nie będą mogli utrzymywać z nim kontaktu, udzielić pomocy, a nawet pogrzebu. Jego ciało pożrą hieny. Każdy będzie mógł odebrać mu dobra i ziemie, gdyż utracił prawo ich posiadania.
Nieustępliwe spojrzenie niebieskich oczu Arnalda Amalrica, legata papieskiego i opata generalnego potężnego Zakonu Cystersów, zatrzymało się na ojcu Dominiku z Guzmán, który wytrzymał jego wzrok.
Spór, który prowadzili od bardzo dawna, rozstrzygał się właśnie na korzyść opata.

Dwa lata wcześniej, wiosną 1206 roku, legaci papiescy, Arnaldo Amalric i Peyre z Castelnou zdali sobie sprawę, że kazania głoszone przeciwko Katarom poniosły porażkę. Rozczarowani cystersi spotkali się w Montpellier z dwoma przybyszami z dalekich stron: byli to Diego, biskup Osmy i Dominik z Guzmán.
Dwaj duchowni wracali właśnie z podróży po północy Europy, gdzie na polecenie króla Kastylii udali się z misją dyplomatyczną, i przybyli odwiedzić Papieża z prośbą, aby pozwolił im zostać misjonarzami w krajach bałtyckich, w których żyło tak wielu pogan. Innocenty III wzruszony wiarą Kastylijczyków, zapragnął, aby głosili Słowo Boże w Oksytanii.
W Montpellier, Dominik i jego biskup przekonali papieskich legatów, aby na jakiś czas porzucili przepych i wystawność bogatego Zakonu Cystersów i głosili kazania tak jak Katarowie i Waldensi. W ubóstwie i skromności, zgodnie z nauką Chrystusa.
Poruszeni entuzjazmem Kastylijczyków, a jeszcze bardziej poparciem Papieża, legaci poszli śladem Dominika i jego biskupa głosząc słowo Boże na ziemiach Oksytanii, akceptując nawet publiczne dyskusje z heretykami i Żydami, czasem na głównych placach miast innym razem na zamkach.
Jednakże po kilku latach znoszenia ubóstwa, poniżenia i pogardy, legaci Arnaldo i Peyre doszli do wniosku, że osiągnięte korzyści nie były wystarczające, i że herezja niepokojąco się rozprzestrzeniała. Postanowili więc powrócić do dawnych zwyczajów opartych na każe boskiej, groźbie i zastraszeniu.
Dominik z Guzmán poszedł zupełnie inną drogą. Po śmierci swego biskupa Diego, założył Zakon Kaznodziejów, aby dalej w skromności i ubóstwie głosić słowo Boże i miłość bliźniego.

Odgłosy zażartej polemiki, wypowiedziane kilka godzin wcześniej, wciąż rozbrzmiewały w sklepieniach kościoła:
– Wasze metody zawiodły, ojcze Dominiku – Arnaldo, opat cystersów, podniósł głos. Spod jego bogatych szat wystawały trzewiki z dobrej skóry. Zobaczywszy je, Dominik jeszcze dotkliwiej odczuł chłód kamiennych płyt pod bosymi stopami. – Wysyłamy dziesiątki misjonarzy, a mimo to heretyków nie ubywa, a wręcz jest ich z każdym dniem coraz więcej.
– Wysyłacie niedoświadczonych zakonników, przyzwyczajonych do modłów i litanii za murami klasztorów, którzy ignorują rzeczywistość wsi, nie potrafią głosić Słowa Bożego na południu kraju – odpowiadał Dominik. – Jedni przyjechali na mułach, inni na koniach, nie znali nawet języka prostych ludzi. Chcieli nawrócić Oksytańczyków z plebsu, zwracając się do nich po łacinie lub w języku oíl! Przecież oni nie rozumieją ani słowa!
– Prawdziwe słowo Boże, powinno być zrozumiałe dla prawych ludzi, niezależnie od tego w jakim języku zostanie wypowiedziane. – osądził Arnaldo, unosząc głowę.
– Heretycy głoszący kazania przybywają jako wędrowni tkacze, medycy lub szewcy, pracują pośród ludzi, rozmawiają z nimi w ich języku, przekonują ich. Nie gnębią ich podatkami na budowę kościołów i utrzymanie kleryków, gdyż ci utrzymują się z własnej pracy. Dają przykład umartwienia, jedzą tylko warzywa i ryby...
Na ścianie za Arnaldo wisiał wielki obraz. Ogromny anioł zagłady ważył dusze, przedstawione jako setki głów wystających z szerokich szal rzymskiej wagi. Diabeł próbował ściągnąć nieszczęśników do piekła. Twarde kreski w stylu romańskim, podstawowe kolory oddzielone czarnymi liniami, nadawały scenie mocy i dramatyzmu. Dominik identyfikował się z aniołem, wybawcą dusz, i z przerażeniem pomyślał, że jego przeciwnik był tym podstępnym diabłem i właśnie z nim wygrywał.
– Od lat głosicie kazania, tak jak to robią heretycy, Dominiku. Razem z Peyre z Castelnou pomagaliśmy wam, i na nic się to nie zdało – opat cystersów rozpoczął atak.
– Nawróciliśmy wielu ludzi i nawrócimy jeszcze więcej – przekonywał Dominik.
Jednak gdy wymienił spojrzenia z Papieżem, zobaczył w jego oczach współczucie dla siebie, a nie dla ludzi Oksytanii i wiedział już, że los przestał mu sprzyjać i że zostanie pokonany.
– Znacznie mniej niż tamci – odparł Arnaldo, podnosząc głos. – Nie możemy już dłużej czekać. Spalimy heretyków i odpowiemy mieczem każdemu, kto się sprzeciwi! Ogniem i mieczem.
Kardynałowie zakończyli dyskusję. Zabójstwo legata Peyre z Castelnou zaćmiło im umysły i przerażeni niepohamowanym rozprzestrzenianiem się herezji, a jeszcze bardziej kradzieżą siódmego muła razem z „dziedzictwem szatana”, przystali na propozycje opata Arnaldo. Raimon VI, hrabia Tolosy miał zostać wyklęty jako winny śmierci Peyre. Możni panowie z północy zostaną wezwani do krucjaty przeciwko południu.
Wówczas Innocenty III wstał z tronu i rozkładając ręce wypowiedział przerażającą klątwę, wydając w ten sposób zbiorowy wyrok śmierci:
– Od murów Montpellier aż po Burdeos, rozkazuje zniszczyć każdego, kto się mi sprzeciwi. Ogłaszam Bożą Krucjatę.
Dwunastu kardynałów odpowiedziało chóralnie „amen”. Podnieśli w górę ręce w białych rękawiczkach i zaintonowali „Veni creator spiritus”.
Dominik opuścił oczy mokre od łez i odsuwając się od Arnaldo, złożył ręce do modlitwy. Prosił, aby Pan wybaczył mu, że nie był w stanie powstrzymać tego, co nadchodziło.
Śmierć i spustoszenie rozpoczynały swój taniec. Diabeł przeważył szalę.

4 „Rossinyol que vas a França, rossinyol,
encomana’m a la mare, rossinyol.”
[Słowiku odlatujący do Francji, słowiku,
pozdrów mą matkę, słowiku]
Piosenka ludowa

BÉZIERES, MARZEC 1209 ROKU

Stanęliśmy naprzeciw siebie i nasze spojrzenia się przecięły. Kiedy na mnie patrzył, jego źrenice rozszerzyły się i uderzył mnie błysk jego ciemnych oczu. Nie mogłam złapać tchu. Zauważyłam, że się uśmiechał i na moich ustach także pojawił się uśmiech. Trwaliśmy tak przez chwilę, która wydawała nam się wiecznością. Szłam pod rękę z kuzynką Guillemmą, która, zauważywszy moje zauroczenie, niegodne młodej damy, pociągnęła mnie, brutalnie przerywając czar, który nas owładnął.
– Na miłość boską, Bruno – zganiła mnie kuzynka, – Co się z tobą dzieje?
Gdy prysł czar spojrzenia i uśmiechu, zdałam sobie sprawę, że nie byłam w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiedziałam, co się ze mną działo. Coś ściskało mą pierś, a serce biło jak szalone. Nigdy wcześniej tak się nie czułam
Zima nie ustępowała i wielki salon na zamku mego ojca, senescala w mieście wicehrabiego Trencavela, był pełen gości. W kominku palił się ogień.
Usiadłam obok kuzynki, mojej bony i innych dam. Słuchałyśmy śpiewu miejscowego trubadura, ale nie zwracałam na niego uwagi. Całe moje zainteresowanie skupiało się na nieznajomym. Młodzieniec był wysoki i wyróżniał się spośród grupy stojącej w głębi sali. Spoglądałam na niego ukradkiem, aż nagle jego wzrok napotkał moje spojrzenie. Przyłapana na gorącym uczynku, niemal podskoczyłam ze strachu, jakbyśmy się dotknęli i natychmiast odwróciłam oczy. Uświadomiłam sobie, że moje policzki oblewają się rumieńcem, a serce bije jak szalone. Co się ze mną działo? Na dłoniach poczułam kropelki zimnego potu.
– To Hugo z Mataplany – szepnęła kuzynka, której uwadze nie umknęło moje zawstydzenie.
– Znasz go? – dopytywałam się zniecierpliwiona
Guillemma była ode mnie o kilka lat starsza i miała większe doświadczenie i znajomości.
– Tylko z widzenia, ale dużo o nim słyszałam.
– Niech mi kuzynka opowie, skąd pochodzi?
– Myślę, że jest Aragończykiem albo Katalończykiem i wygląda na szlachcica – odpowiedziała cichutko. – Nie radzę kuzynce się z nim zadawać. Mówią, że jest groźny, że coś ukrywa i zachowuje się tajemniczo.
Bona szturchnęła mnie łokciem i surowym gestem nakazała nam zamilknąć. Ostrzeżenie kuzynki zwiększyło tylko moje zainteresowanie przystojnym młodzieńcem i po chwili znowu zaczęłam posyłać mu ukradkowe spojrzenia.
I tak oto udając, że na siebie nie patrzymy, zaczęliśmy zabawną grę w kotka i myszkę. Choć moje policzki oblewały się rumieńcem, odczuwałam przyjemność. Zdałam sobie sprawę, że nie byłam mu obojętna.
Miejscowy pieśniarz z ukłonem zakończył występ i gdy tylko oklaski ucichły zdziwiona zobaczyłam, że niejaki Hugo z Mataplany usadawiał się pośrodku salonu, trzymając w ręku gitarę. Był trubadurem! Skłoniwszy głowę poprosił mego ojca o pozwolenie i wszyscy w milczeniu oczekiwali, aż zacznie grać. Mauretańskie pochodzenie instrumentu, rzadkiego na naszych terenach, wzmagało zainteresowanie słuchaczy. Ze spokojem zagrał parę dźwięków i nastroiwszy kilka strun zaintonował nieznaną, lecz piękną i żwawą melodię. Po chwili zaczął śpiewać głosem mocnym i ciepłym. Pieśń opowiadała o walkach chrześcijańskich rycerzy królestw Hiszpanii przeciwko muzułmanom przy południowej granicy i uświadomiłam sobie, że pochodził z południa.
Młodzieniec był śmiały; nie tak jak inni trubadurzy, którzy patrzą w sufit, odwracając wzrok, gdy śpiewają o damach i romansach. On szukał wzrokiem spojrzeń publiczności, a przede wszystkim mojego, uśmiechając się, gdy pozwalał na to sens słów.
Potem zaśpiewał nieznany romans. Już wcześniej zatrzymywał na mnie wzrok, jednak teraz jego spojrzenia były dłuższe i wybierał strofy wychwalające ukochaną. Zdawało się, że śpiewa je dla mnie. A ja, chociaż zarumieniona z wrażenia i drżąca jak nigdy przedtem, nie uciekałam wzrokiem.
– Czemu kuzynka uważa, że jest niebezpieczny? – nie mogłam przestać szeptać.
– Powiadają, że tworzy dobre satyry – odparła – i że kobiety go uwielbiają, za to mężczyźni nie przepadają za nim. Jego wyjazdy i powroty do miasta wydają się dziwne. Ma w sobie coś niepokojącego. Jest inny niż wszyscy.
Zamilkłam, aby chłonąć go wszystkimi pięcioma zmysłami, choć nie byłam w stanie przestać myśleć o ostrzeżeniach przed tajemnicą i niebezpieczeństwem.
Skończywszy grać, Hugo z Mataplany pośród oklasków wycofał się w kąt salonu. Gdy ponownie spojrzał w stronę sali, zobaczyłam zdziwienie malujące się na jego twarzy, na widok kuglarza zajmującego miejsce na scenie.
To byłam ja.
Powiadają, że tylko w Oksytanii i Akwitanii niektóre damy jak trubadurzy układały pieśni, ale tylko nieliczne prezentowały je publicznie niczym kuglarze. Nie było takiego zwyczaju na północy: ani we Francji, ani w Burgundii, ani we Flandrii czy w Niemczech. Zdziwiony wyraz twarzy młodzieńca dowodził, że podobne zwyczaje nie były także popularne na południu.
Ojciec, szczególnie po śmierci matki i mojego jedynego brata, uczył mnie wielu rzeczy, których nauczyłby syna, gdyby go nie stracił. Ponieważ uwielbiałam muzykę, pozwalał mi wraz z kuzynką bawić się z kuglarzami i trubadurami, którzy nocowali w naszym domu, zawsze jednak pod bacznym okiem bony. Większość wędrownych artystów uważało, że poezja jest bogactwem, którym powinny się cieszyć także damy i chętnie uczyli swych sztuczek młodziutką córkę gospodarza, bardzo ciekawą tych lekcji.
Paź przyniósł taboret, na którym usiadłam, ostrożnie rozkładając szeroką, haftowaną spódnicę, jakbym chciała zająć całe wolne miejsce pośrodku salonu. Chłopiec podał też podnóżek, abym mogła postawić stopę i oprzeć lutnię na nodze. Ojciec, siedząc w pierwszym rzędzie, w honorowej części szerokiej sali, przyglądał mi się z czułością i z dumą słuchał komplementów i pochwał ze strony zaproszonych gości.
Siedząc na taborecie byłam odwrócona plecami do części sali, kuglarz z południa znajdował się także poza zasięgiem mojego wzroku. Ucieszyło mnie to, nasze spojrzenia spotkały się zbyt wiele razy i wiedziałam, że gdyby stał przede mną, moje oczy szukałyby jego wzroku. Uspokoiwszy emocje, delikatnie dotknęłam smyczkiem strun instrumentu i zaczęłam śpiewać przy akompaniamencie jego słodkiej muzyki. Pośród publiczności byli znajomi, serdeczni mi ludzie, którzy śpiewali razem ze mną pierwsze pieśni, gdy jednak zabrzmiały akordy trzeciej melodii wszyscy ucichli:
Słowiku odlatujący do Francji, słowiku,
Pozdrów mą matkę, słowiku.
Wiedziano, że była to piosnka mojej matki, i że rzadko ją śpiewałam. Jednak uczucie, jakie wkładałam w ten utwór i emocje, jakie budził u słuchaczy były tak wielkie, że nazywano mnie Panną Słowik. Nikt więcej nie wykonywał tej pieśni, była tylko moja.
Nie wiem, co sprawiło, że wykonałam ją tej nocy. Być może chęć podarowania czegoś wyjątkowego szlachetnemu młodzieńcowi, który zniewalał mnie uśmiechem.
Mój występ był ostatnim koncertem wieczoru i zebrani goście po gromkich oklaskach, przyszli mi pogratulować. Rozmawiali ze mną, ja jednak nie słuchałam ich słów. Cała moja uwaga skupiała się na mym kuglarzu, stojącym w głębi, w otoczeniu innych cudzoziemców. On także szukał mnie wzrokiem i byłam przekonana, że chciał ze mną porozmawiać, nie wiedząc jak to zrobić. Wówczas podeszła moja bona i bez skrupułów pociągnęła mnie i mą kuzynkę Guillemmę w stronę drugiego krańca pomieszczenia, gdzie znajdowały się drzwi prowadzące do pokoi.
– Zwróciłaś już na siebie uwagę, patrząc tyle na tego cudzoziemca – powiedziała w swym ojczystym języku oíl. – Czas udać się na odpoczynek.
Nim przekroczyłam próg, wyrwałam się mej prześladowczyni i odwróciłam się, by jeszcze raz zobaczyć młodzieńca i nasze spojrzenia po raz ostatni się spotkały. Położył dłoń na piersi i pozdrowił mnie skinieniem głowy. Oczy zaszły mi mgłą, gdy zatrwożona pomyślałam, że go tracę, nie nacieszywszy się w pełni spotkaniem.
– Czy go jeszcze zobaczę? – zastanawiałam się, strapiona.
Gdy byłyśmy już w sypialni, tak długo wypytywałam kuzynkę, aż opowiedziała mi wszystko, co wiedziała o młodzieńcu. Wiedziała niewiele. Hugo często odwiedzał Béziers i był już wcześniej w naszym domu, jednak wówczas nie zwróciłam na niego uwagi. Powiadano, że jego wyjazdy i powroty były tajemnicze, i że podróżował zbyt skromnie jak na szlachcica, jeśli w rzeczywistości nim był. Podobno był też zuchwały, czasem zaczepny i zabiegał o względy wielu dam. Nie przywiązywałam jednak uwagi do tych opowieści, a możliwość zobaczenia go znowu napełniała mnie radością, rozbudzając wyobraźnię. Czyż by to była miłość? Czy możliwe, że on poczuje do mnie to samo?

RECENZJA Marty Mizuro

Jest rok 1209. W hiszpańskim miasteczku Béziers dorasta kilkunastoletnia Bruna, zwana Panną Słowik Beztroskie życie rozpieszczonej jedynaczki, która właśnie zakochała się w młodym trubadurze, Hugonie, zmienia się dosłownie z dnia na dzień. Twierdza Béziers staje się pierwszym celem ataku krucjaty rozpętanej w wyniku intrygi legata papieskiego Arnaldo Almarica. Wyprawa podjęta przez chrześcijańskim rycerzy ma być rzekomo skierowana przeciwko heretykom, których wspiera ojciec Bruny. W rzeczywistości wymierzona jest w znacznie groźniejszego wroga: tajemniczy Zakon Syjonu, przechowujący dokumenty mogące zachwiać chrześcijaństwem i zmienić losy świata. Nie oznacza to wcale, że zmienić na gorsze. Co więc zawiera ładunek siódmego muła i jaki jest jego związek z rodziną Bruny? Dlaczego wiele osób czyha na życie dziewczyny? Co sprawi, że główny prześladowca Panny Słowik, Gullermo, stanie się jej najżarliwszym obrońcą?

Sensacyjna intryga, na której opiera się powieść Jorge Molista, jest wprawdzie istotna dla rozwoju akcji, ale hiszpański autor rozgrywa ją inaczej niż to ma miejsce w modnym dziś nurcie „powieści o poszukiwaniu księgi”. „Zamaskowana królowa”, zainspirowana średniowieczną „Pieśnią o Krucjacie” Gillermo de Tuleda, osadzona została wyłącznie w realiach początku XIII wieku, a większość jej bohaterów żyła naprawdę. Przy czym chodzi nie tylko o władców czy dostojników kościelnych, ale również takie postaci jak Hugo z Montalpany czy Pani Wilczyca z Cabaret. „Zamaskowana królowa” jest więc przede wszystkim powieścią historyczną z elementami powieści sensacyjnej, fantastyki i gotyckiej.

Owe domieszki można traktować jako ukłon w stronę miłośników literatury spod znaku „Kodu Leonarda da Vinci”, trzeba jednak podkreślić, że swoim dziełem Molist przypomina o tym, iż wzorzec takiej powieści wypracowany został o wiele wcześniej. Punktem odniesienia dla hiszpańskiego jest raczej literatura dawniejszych wieków – począwszy od dzieł z opisywanej przez niego epoki, a skończywszy na XIX wiecznych realizacjach spod znaku „płaszcza i szpady”.

Przy czym łączy on świetnie poprowadzoną, pełną zwrotów akcję z refleksją głębszej natury. Rzekomy rodowód Bruny można uznać za pretekst do opowieści o sporach religijnych, których istotą był wypracowanie oblicza chrześcijaństwa i dogmatów wiary. Molista z nie ukrywaną sympatią mówi nie tylko o odszczepieńcach dążących do nowej egzegezy Pisma Świętego, takich jak katarzy, ale również o reformatorach czerpiących przykład z myśli heretyckiej, sprzeciwiających się szerzeniu religii przemocą oraz postulujących pokorę, ubóstwo i „wyjście do ludu”. Orędownikiem tej postawy jest przede wszystkim Dominik z Guzman, założyciel zakonu dominikanów. Który w późniejszych czasach odegrał niechlubną rolę jako trzon Świętej Inkwizycji, co kłóciło się z naukami głoszonymi przez ojca-założyciela, tak pięknie przypomnianego i zrehabilitowanego w tej książce. To właśnie Dominik staje się przewodnikiem jednego z głównych bohaterów, Gullerma, który ze zwolennika krucjaty zamienia się w jej przeciwnika, nie tylko pod wpływem miłości do Bruny. Chodzi więc o przeciwstawienie pacyfistycznie nastawionych sekt zbrodniczym „sługom bożym”, zgodnie zresztą z historycznymi realiami, sumienne pokazanie, na czym w rzeczywistości polegał ich spór i jakimi pobudkami kierował się Kościół. Molista wraca zatem na szlaki właściwe prawdzie historycznej, a nie spiskowej teorii dziejów – i to jest jedna z zalet jego powieści.

Drugą, według mnie, jest wspaniały wątek miłosny, który ma przebieg nie mniej sensacyjny od intrygi quasi-kryminalnej. Rywalizacja pomiędzy rycerzami-kochankami platonicznymi o uczucia niezdecydowanej damy to wprawdzie nie oryginalny wątek romansowy, ale Molista rozwija go jednak bardzo pomysłowo – doprowadzając do tego, że rywale ze śmiertelnych wrogów stają się przyjaciółmi, co dodatkowo zwiększa rozterki ich wybranki. Ewolucja relacji pomiędzy Hugonem i Gullermem a także dylemat Bruny nadają całości charakter bardziej komiczny niż tragiczny – do czasu, kiedy los okrutnie go rozwiązuje. Dodać jeszcze trzeba, że rozgrywka odbywa się według reguł Fin’Amor, miłosnego kodeksu zasad obowiązującego damę i rycerza. Kodeksu, którego trudno przestrzegać, gdy do głosu dochodzi gorące uczucie. Przybliżenie zasad gry jest dla autora okazją, by ukazać cały koloryt epoki, w tym przypadku stawiając na akcenty jasne i wesołe. Przy czym w finale powieści okazuje się, że owa gra nie jest ozdobnikiem. Kierując się odruchem serca, bohaterowie wypadają z niej, łamiąc przy tym reguły znacznie mniej niepoważne, a zarazem powieściowy schemat. To miłość okazuje się skarbem, którego szukają.

Warto jeszcze wspomnieć o wspaniałym rysunku tła akcji – inkrustowaniu tła akcji utworami z epoki, opisach architektury i wnętrz czy strategii bitewnych, strojów itd. A także ładnie poprowadzonej stylizacji językowej, ważnej dla oddania ducha czasu, ale w żadnym razie niesprawiającej, że powieść wydaje się anachroniczna.