Z pamiętnika przyszłej niedoszłej synowej

Jestem ostatnią osobą, która powinna doradzać jak postępować z teściową. Ba, nie powinnam nawet doradzać jak przebywać z nią w jednym pokoju, przynajmniej nie bez reakcji złości, opcjonalnych łez i grania na emocjach. Przez niemalże 7 lat, póki co jeszcze nieformalnego związku, niejednokrotnie wychodziłam z tych starć pokonana, czasami jednak udawało mi się wygrać.
/ 02.01.2010 23:35
Jestem ostatnią osobą, która powinna doradzać jak postępować z teściową. Ba, nie powinnam nawet doradzać jak przebywać z nią w jednym pokoju, przynajmniej nie bez reakcji złości, opcjonalnych łez i grania na emocjach. Przez niemalże 7 lat, póki co jeszcze nieformalnego związku, niejednokrotnie wychodziłam z tych starć pokonana, czasami jednak udawało mi się wygrać.

I z perspektywy czasu wiem chyba, jakie grzechy popełniłam - grzechy, które z potencjalnej przyjaciółki zrobiły ze mnie wroga numer jeden. Nie, nie żałuję wszystkich, kilka popełniłabym z premedytacją ponownie, ale w obliczu Ducha Świąt jestem w stanie spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.

Z pamiętnika przyszłej niedoszłej synowej

Nie mamy ślubu
„Grzech” co prawda nasz wspólny, która jednak teściowa nie będzie za to swoiste zejście syna na złą drogę winić synowej. Opcjonalnie także jej rodziny, nie wyznającej tych samych „wartości” co ona sama. Statystyka dowodzi, że coraz mniej Polaków chodzi do kościoła, cały czas jednak pokutują u nas katolickie, demonstrowane niemalże na pokaz zasady. Nie jest moim zamiarem atakować czyjeś wyznanie, ale to co dzieje się w domach rzadko kiedy ma cokolwiek wspólnego z religią. Co z tego, że on i ona mieszkają ze sobą od niemalże 5 lat, ba mają wspólne dziecko, w katolickim domu mają spać w osobnych łóżkach i udawać, że są niemalże obcy. Dodam, że właściciele tego katolickiego domu już dawno nie widzieli kościoła, lata świetlne wcześniej odwiedzając go jedynie dwa razy w roku, na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Ale zasada zasadą. Co z tego, że „młodzi” planują ślub, kiedy to co chcą zorganizować ma być jedynie cywilną uroczystością, na dodatek z maksymalnie 20 osobami a nie setkami, rok wcześniej spraszanych i w większości od wieków niewidzianych gości? Wszystko to jakieś gorsze, jak słyszę. Przez te lata przyzwyczaiłam się, że jestem bezpośrednio odpowiedzialna za degenerację moralną jej ukochanego syna, obniżone wartości religijne (do kościoła nie chodził od czasów jak go znam) i rodzinne w stosunku do tych jakie wcześniej prezentował. Jej twierdzenia niewiele mają wspólnego z rzeczywistością, ale czy komukolwiek udało się kiedyś przekonać do swojego punktu widzenia teściową?

Poświęcam własnej mamie więcej czasu
Konflikt stary jak świat, podlegający gwałtownej eskalacji, kiedy pojawi się dziecko. Jeśli na dodatek matka kobiety (jak moja) zajmuje się tym dzieckiem na co dzień, wtedy z całości robi się niemalże mała wojna. Dlaczego nie przywozicie wnuka na widzenia? Dlaczego zajmuje się nim tylko jedna babcia? Dlaczego chodzicie do jednych rodziców niemalże codziennie, a do drugich tylko od święta? Czasami zastanawiam się czy – wzorem pań sprzątających toalety – nie powinniśmy wozić ze sobą grafiku gdzie skrupulatnie notowalibyśmy każdą wizytę, czas jej trwania i dokładny jej przebieg. Na koniec przedstawialibyśmy raport, tak aby w nadchodzącym miesiącu móc skorygować nierówność czasu poświęconego danym rodzicom. Nie pomagają racjonalne argumenty, chociażby takie, że z własną mamą zawsze będę bardziej zżyta, że fakt iż mieszka pół kilometra ode mnie znacznie ułatwia codzienną opiekę nad dzieckiem. Fakt, nie chcę codziennie ciągać Juniora przez pół miasta jedynie dla satysfakcji teściowej, na dodatek jest mi to zupełnie nie po drodze. I wreszcie mam jeszcze jeden argument, ale niech to zostanie w sekrecie. Ja jej już po prostu nie lubię.

Źle wychowuję dziecko
Pewnie niejedna synowa słyszała to, co ja słyszę niemalże na co dzień. Oczywiście nie bezpośrednio ale przekazywane przez obrażoną mamusię jej synkowi, który – współczuję – staje się bezpośrednim i mimowolnym odbiorcą tych żalów. Jak mogłam nie zrobić jeszcze tego? Dlaczego pozwalam na tamto? Jak mogłam pozwolić na owo? Dlaczego karmię go wtedy, kiedy nie wolno a nie karmię kiedy powinnam? Dlaczego śpi w takich a nie innych porach? Na szczęście Junior ma też moje geny i – kto wie czy nie trochę na złość - zęby wyrosły mu w innej kolejności niż przewidziała to teściowa. MÓJ SYN. Ja sama przyłapuję się czasami, że robię rzeczy tylko dlatego, że wiem iż ONA by tego nie zaaprobowała. Wstyd się przyznać? Pewnie troszkę. Ale w takich małych przyjemnościach ja odnajduję swoją małą satysfakcję.

Nie uległam
Czy naprawdę ktoś kiedyś powiedział z przekonaniem, że to ja mam starać się zaskarbić miłość teściowej? A ona może do woli tępić mnie werbalnie, przekonana o swojej nieustającej racji? Przekonana, że cokolwiek nie powie, ja powinnam znieść to w pokorze i biblijnie nadstawić drugi policzek? Wierzę i zawsze wierzyłam, że drugą osobę trzeba traktować dokładnie tak jak sama chciałabym być traktowana. Najwyraźniej moja przyszła niedoszła teściowa nie podziela mojego poglądu a ja niekoniecznie chcę być jej męczennicą. Konflikt konfliktów. Kiedy zadzwoniła do mnie aby powiedzieć, że „jeśli o nią chodzi, to ja mogę sobie skoczyć z mostu” rozłączyłam połączenie. Następnych nie odebrałam. Później dowiedziałam się, jak źle się zachowuję, jaka jestem niewdzięczna, jaka jestem, jaka być powinnam, wszystko z dość dosadnymi słowami. Innych sytuacji nie cytuję, w trosce o nieletnich czytelników.

I wreszcie: pewnie obie chcemy dobrze
Ale lepiej jeśli będziemy chcieć dobrze osobno. Trudniej obrażać się, czy kogoś jeśli dzieli nas chociaż kilka kilometrów. Tolerować się trzeba, tolerujmy się jednak najwyżej przez telefon. Ja przyznaję się bez bicia. Jestem stronnicza. Ba, jestem pewnie i złośliwa. Pewnie moja teściowa też mogłaby napisać o mnie słów kilka.
Moje słowa są dla mnie świąteczną terapią. Piszę je w Boże Narodzenie, korzystając z drzemki, w którą w końcu zapadł Junior. Pewnie w niestosownej dla dzieci w jego wieku godzinie ale cholera, zmęczony był. M. pojechał do mamusi. Na pierogi. Pewnie więc wkrótce znowu zrobię sobie literacką sesję terapeutyczną.

Marta Czabała

P.S. Wszyscy, którzy macie dobre teściowe. Zazdroszczę.