Wyspy pieprzowe

Nowy tom Różyckiego to znowu podróż, ale w zupełnie inne strony.
Dwa lata temu Tomasz Różycki zaskoczył poematem „Dwanaście stacji”. Ta rymowana proza powstała ponoć jako żart, a okazała się całkiem poważną, choć i śmieszną opowieścią o Śląsku i przesiedleńcach ze Wschodu.

W efekcie doczekała się Nagrody Kościelskich. Teraz ukazał się nowy, piąty już, tom wierszy autora „Vaterlandu”. Dla tych, którzy znają tylko „Dwanaście stacji”, będzie zaskoczeniem, bo to zupełnie inny język, choć podobne poczucie humoru i wyczulenie na brzmienie słów. W spisie treści uderzają tytuły jak z powieści przygodowej albo sklepu kolonialnego: „Kreole i Metysi”, „Wyspy Pieprzowe”, „Buszmeni i zwiadowcy”, „Ognie Świętego Elma”, „Latający holender”, „Perkal i korale”, „Cynamon i goździki”. Jako tło pojawiają się tu nie tylko wyobrażone kolonie hiszpańskie czy brytyjskie, ale i zwykłe letnie kolonie, które prawie każdy choć raz przeżył w dzieciństwie. Właśnie ono jest tu szczególnie ważne, bo, jak czytamy, „nic więcej nie mamy ponad własne dzieciństwo”. Najważniejsze kolonie w tej książce to własne państwo, które chłopiec rysuje, posiada, w którym panuje. Trochę jak ten, kto pisze i przez to sprawuje władzę absolutną nad swoim światem. „Kolonie” okazują się więc bardzo ciekawą próbą połączenia dziecinnego spojrzenia upojonego krainami wyobraźni ze spojrzeniem dorosłego, który zna żal, „melancholię złudzeń”, utratę, bolesną przeszłość, nocną miłość kochanków i „świat, który zabija”.

Justyna Sobolewska/ Przekrój

Tomasz Różycki „Kolonie”, Znak, Kraków 2006
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)