"Szczęście nadejdzie jutro". Fragment trzeci

Prezentujemy kolejny, trzeci fragment książki Oksany Robski.

3.

Andżela przyjechała białym porsche cayenne. Dzieciństwo spędziła pod Londynem, w szkole dla dziewcząt. Wbrew rozpowszechnionemu przekonaniu, że jeśli dzieci wyjeżdżają za granicę, to już nie wracają, Andżela postanowiła zamieszkać w Moskwie. Mama kupiła jej maturę i przedstawiła wybór studiowania na wydziale historycznym albo filologicznym Uniwersytetu Moskiewskiego. Andżela zadzwoniła do niej z gabinetu rektora: "Mama, jaką ja właściwie szkołę skończyłam, bo tu się nie mogą rozeznać!".

Szkolny zwyczaj podpalania marihuany przeszedł u Andżeli w trwałe zamiłowanie. Nauczyła swoich przyjaciół posługiwania się rurkami, butelkami i innymi przedmiotami używanymi przez angielskich uczniów.
Na jednej zorganizowanych przez siebie imprez Andżela zapoznała się z Maszką, a Maszka zapoznała ją z koko-dżambo. Dla Andżeli Maszka i koko-dżambo stały się kolejną rozrywką, tym bardziej że właśnie została wyrzucona z piątego roku studiów. Teraz miała zamiar dostać się na stosunki międzynarodowe, a jej ojciec gotów był wyłożyć na ten cel czterdzieści pięć tysięcy dolarów. Ale wcale nie zwalniało to Andżeli z konieczności uczenia się. Dlatego że za czterdzieści pięć tysięcy dolarów na tę najbardziej prestiżową uczelnię Moskwy przyjmowano wszystkich, a po pierwszej sesji pozostawiano na studiach tylko tych, którzy ją dobrze zaliczyli.

Ojciec Andżeli nie łudził się zbytnio, że jego córka będzie pilnie się uczyć. Miał jednak nadzieję, że zanim ją wyrzucą, zdąży wyjść za mąż za jakiegoś zdolnego kolegę z roku. I że wreszcie się ustatkuje. Andżela ukrywała przed ojcem, że ani myśli brać ślub wcześniej niż za dziesięć lat. A przynajmniej przed pierwszą operacją plastyczną.

Maszka usiadła na kolanach Antona.
— Dzwoniłam do Katii, właśnie przyleciał ktoś z Londynu. I ona go zabawia. Raczej dziś nie przyjedzie. Chyba że w nocy.
— Wy tu macie sabat próżniaczek, a kobieta ciężko pracuje — odparł Anton. W jego słowach pobrzmiewało prawdziwe współczucie.

Półtora roku wcześniej Anton sprzedał nocny klub i ogłosił, że "przechodzi na emeryturę". Podejrzewałam jednak, że za pieniądze ze sprzedaży jednego klubu długo na tej emeryturze nie pobędzie. O ile nie planował przeprowadzki do Tajlandii. Albo... W końcu nie wiedziałam wszystkiego o Antonie.
— Jedźmy na święta majowe do Peru — zaproponowała Maszka.
— Z plecakiem po górskich szczytach... manierka z wodą... wierny towarzysz wędrówki... — Anton mówił, jakby wyśpiewywał recytatyw.
— Doświadczony przewodnik... — podchwyciłam.
— Okulary przeciwsłoneczne... — ciągnął Anton.
— Romantycznie aż do bólu — skomentowałam.
— Bo co? — Maszka była urażona.
— Bo nic. Tylko weź pod uwagę, że ja nie będę targać twojego plecaka —Anton miał na sobie brązowe skarpetki z zielonymi wstawkami. Bardzo modne.
— Jakie szczyty? Andżela tam była. Wspaniałe hotele i krajobrazy. A z plecakami chodzą tylko tacy idioci jak ty.
Anton wykręcił Maszce ręce, a ona zapiszczała radośnie.
— Opowiedz, jak tam jest? — poprosiłam Andżelę.
— W restauracjach wszyscy zamawiają herbatę z koką.
— No nie! — zdziwiłam się.
— Koka to jest to, co mi się wydaje? — chciał się upewnić Anton.
— Tak, zupełnie legalnie. Właśnie przez te szczyty i przełęcze koka jest potrzebna, żeby normować ciśnienie. Sprzedają ją na każdym rogu. Tylko wywozić nie wolno.

Andżela siedziała na szezlongu w swoim malinowym biustonoszu. Na oko nosiła rozmiar D.
— Skoro tak, to jedziemy — zdecydował Anton.
— Ja nie mogę, jadę na Cypr. Roma jeszcze nie zarobił na Peru. — Chciałam, żeby to zabrzmiało wesoło, ale chyba mi nie wyszło. Wszyscy wychwycili irytację w moim głosie.
— To nic, pojedziemy na Nowy Rok! — Maszka najwyraźniej starała się mnie pocieszyć. Ale humor zupełnie mi się popsuł. Nie mieliśmy żadnych problemów, to Roma musiał je stworzyć.
— W sumie tutaj też nie możemy narzekać na wyżywienie — Anton wysypał koks na jednorazowy talerz z napisem "Happy birthday" i rysunkami zabawnych klaunów. Talerz został pewnie z urodzin Artioma. Za pomocą karty kredytowej Anton zręcznie podzielił kopczyk na cztery równe kreski. Przypominały małe urodzinowe ciasteczka. Wziął się za rozpalanie grilla, a Maszka zaczęła robić szaszłyki.

Pojechałam z Andżelą do Żukowki po wino. Fioletowy top włożyła dopiero przed supermarketem. Było w niej coś, co kazało łysemu mężczyźnie przepuścić ją do kasy bez kolejki. Z pięcioma butelkami białego wina w rękach wyglądała tak romantycznie, jakby trzymała bukiet rumianków.
Przy Andżeli czułam się niższa i jakaś kanciasta. Miałam ochotę podskoczyć. Łysy szedł za nami aż do cayenne. Ale podejść nie miał odwagi. Szaszłyki były niesmaczne, bo nie zamarynowaliśmy mięsa.
Maszka zaniosła je do sąsiadów dla psa, a dla nas zostały ogórki i ukraińska słonina. Moja gosposia nas poczęstowała. Przywiózł to jej mąż. Jako ubranie robocze kupiłam mu czerwony kombinezon Ferrari, w którym właśnie z dumą przechadzał się po działce. Nic nie robił, żeby się nie pobrudzić.
— Chyba mu gorąco... — powiedziała Maszka ze współczuciem. Wzruszyłam ramionami:
— Za to dobrze wygląda.
Po ciemnej i mroźnej zimie wciąganie koksu na słońcu miało szczególny urok. I świeżość nowego doświadczenia.

W nocy przyjechała Katia. Przywiozła półtora grama koksu i szampana. Przydzieliłam wszystkim pokoje. Maszka i Andżela ulokowały się razem. Jeszcze przed północą zauważyłam ich nieobecność. Anton pojechał z Katią do kasyna w Żukowce.
Otworzyłam drzwi pokoju Maszy. Byłam pewna, że dziewczyny jeszcze nie śpią.
W pierwszej chwili miałam wrażenie, że nie ja ich, ale one mnie przyłapały na czymś nieprzyzwoitym. Nie żebym się zawstydziła...
Albo wystraszyła... Jak kosmonauci przed startem rakiety. Którzy przecież niejedno wiedzą o kosmosie. Ale... po prostu nigdy tam nie byli.
Andżela przyciągnęła mnie do siebie. Dziwna rzecz — kobiece piersi są bardzo miękkie. Moje własne zawsze odczuwałam inaczej. W pokoju było ciemno. Twarze rozpoznawałam tylko wtedy, kiedy zbliżały się do mojej twarzy. Przez cały czas czułam na ciele dotyk włosów. Miękkich i jedwabistych.
Miałam wrażenie, że już to kiedyś przeżyłam — na jawie, we śnie albo w wyobraźni. A zarazem, że nigdy niczego podobnego nie doznałam.

Kiedy kobiety się kochają, nie zdzierają z siebie ubrania. Materiał miękko ześlizguje się z ich ciał. A jeśli pozostaje na ciele, nie przeszkadza, lecz staje się równie ważny i potrzebny, jak wszystko, co się odczuwa przez skórę.
Dotyk dłoni, włosów, jedwabnej bielizny, warg — jest inny niż w seksie małżeńskim. To rozstanie z niewinnością. Takie, jakie wyobraża sobie każda dorastająca dziewczyna. Jakie nie przeradza się o świcie w gorycz niespełnionych nadziei.
Pewnego razu, kiedy byłam jeszcze dziewczynką, przyglądałam się mojej starszej i bardziej dojrzałej fizycznie koleżance niezrozumiałą dla mnie samej nieśmiałą żądzą. Odwzajemniła moje spojrzenie. Wiedziałam, że mnie rozumie. Od razu zaczęłyśmy rozmawiać o chłopakach.

Szalona noc.
Jeśli wcześniej miałam jakieś kompleksy, to tej nocy się od nich uwolniłam. Jeśli istniało dla mnie jakieś tabu, to tej nocy zniknęło na zawsze.

Oksana Robski, "Szczęście nadejdzie jutro", z języka rosyjskiego przełożyła: Katarzyna Maria Janowska, premiera: 5 lipca 2007, Wydawnictwo Literackie.

Oksana-Robski.jpg
Oksana Robski
Fot. Rosman
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)