"Szczęście nadejdzie jutro". Fragment szósty

Oksana wydaje paredziesiąt tysięcy rubli przez jeden dzień. Głównie na ciuchy...
/ 20.06.2007 10:46


6.

Przyjechałam do "Aldo Coppola". W Hotelu Słowiańskim.
Lena Burgozlijewa krytycznie popatrzyła na moją fryzurę.
— Siadaj — ruchem głowy wskazała mi fotel.
Lena była gwiazdą. I wiedziała o tym. Dzięki temu inni też mogli się o tym dowiedzieć.
— Czego chcesz dzisiaj? — zapytała, spoglądając na mnie znad wąskich okularów przeciwsłonecznych.
W salonie nie było okien, a zatem również światła słonecznego, ale Lena się tym nie przejmowała.
— Nie wiem. Chcę być piękna.
Lena filozoficznie chrząknęła. Gdybym jej nie znała, to bym się obraziła.
Wskazała kogoś stojącego za jej plecami:
— Proszę umyć głowę.
W "Aldo Coppola" mistrzowie nie zniżają się do takich drobiazgów.
— Ma pani suche włosy. Może zastosujemy kurację? — zaproponowała ruda asystentka Leny.
Wiedziałam, że kuracja to kolejna pozycja na rachunku. A poza tym wcale jej nie potrzebowałam. Mam zdrowe włosy. Przy każdym myciu zużywam masę różnych odżywek i balsamów.
— Niech będzie — dałam za wygraną. Wolałam się zgodzić, niż tracić czas na wyjaśnienia.
Po dwudziestu minutach stosowania szamponów, płukanek, masaży i ampułek moja głowa była umyta. Naturalnie — gdyby Burgozlijewa robiła to sama, nie starczyłoby jej czasu na strzyżenie i modelowanie.
Nie brakuje jej talentu. Wyszłam z salonu bardzo zadowolona z siebie. I z mojej nowej, krótszej fryzury. I z rozjaśnienia włosów.

Przechodząc obok japońskiej restauracji, postanowiłam coś przekąsić. To idealne miejsce na samotny obiad. Nie sposób się nudzić.
Wkoło kręci się pełno ludzi. Wystrojone dziewczyny idą wybierać urodzinowe brylanty w salonie "Mercury"; obcokrajowcy biegną boso na hotelowy basen (kretyni, przecież w każdym pokoju są klapki); młodzieńcy w wąskich garniturach z ważnymi minami rozmawiają przez komórki; ekspedientki defilują po korytarzu, demonstrując swoje drogie stroje służbowe. A przy tym jedzenie jest dobre.
Zjadłam węgorza na ryżu, sushi "California" bez majonezu, wypiłam zieloną herbatę i colę. Poprosiłam o rachunek.
— Jest u was moja karta rabatowa.
Kelnerka najwyraźniej była nowa, więc podałam jej swoje nazwisko. W tej restauracji kartę rabatową można trzymać na miejscu — to bardzo wygodne. Nie trzeba się martwić, że została w innej torebce albo w samochodzie.
Kelnerka po chwili wróciła i uprzejmie oznajmiła mi, że nie może udzielić rabatu, bo karta nie jest moja.
— Jak to "nie moja"? — oburzyłam się. — Przecież już kilka lat tu przychodzę.
Niewysoka dziewczyna siedząca przy sąsiednim stoliku popatrzyła na mnie z pogardą.
— Przedwczoraj obsługiwałam duży stół i oni zgłosili, że to jest ich karta — wyjaśniła kelnerka. Skośnooka, ale wiadomo, że nie Japonka.
— Nie wiem, jaki stół i kto co zgłosił, ale to jest moje nazwisko. I moja karta. Niech pani poprosi menedżera.

Musiałam się podpisać, żeby mogli porównać podpis. Menedżerka mnie przeprosiła. Kto jak kto, ale ona powinna była mnie rozpoznać.
Ciekawe, kto tu hulał moim kosztem? Pewnie jakaś moja psiapsiółka, która nieraz słyszała, jak proszę o kartę, postanowiła z niej skorzystać. Szkoda tylko, że mnie nie uprzedziła.
Dziewczyny przy sąsiednim stoliku już nie było. Musiałam się jakoś pocieszyć. Zaszłam do "Danaty" i kupiłam sobie kurtkę dżinsową. Z koronkami na rękawach i szkiełkami imitującymi brylanty. Czterysta dwadzieścia dolarów przed upustem. Upust — dziesięć procent. Jestem ich stałą klientką.

Kurtka tylko zaostrzyła mój apetyt na zakupy. Wsiadłam w samochód i pojechałam do "Soho". W poszukiwaniu pozytywnych emocji zawsze podążam tym samym szlakiem. Lubię, kiedy sprzedawcy znają mój gust i moje wymiary. Kiedy kelnerzy wiedzą, jaki piję aperitif i co jem na obiad. Kiedy fryzjerka farbuje mi włosy i układa je zgodnie z moimi upodobaniami. Kiedy manikiurzystka pamięta,jaki jest mój ulubiony kolor lakieru i kształt paznokci. A kierowca dostosowuje muzykę w samochodzie do mojego nastroju. Dzięki temu człowiek może poczuć, że coś znaczy.

Wcale nie jestem przeciwna spontanicznym kontaktom. Lubię pogadać z taksówkarzami. Nasi taksówkarze mają ogromną wiedzę. W końcu przez cały dzień słuchają radia.

Spodnie z od Lanvina — czekoladowe w liliowe paski — niosłam do przymierzalni tak, jak zwierzę taszczy do nory swoją zdobycz. Wróciłam na salę. Długo przesuwałam wieszaki dwoma palcami. Z obojętną twarzą i świecącymi oczami. Zatrzymałam się przy plisowanej spódnicy Diane von Furstenberg. Sprzedawczyni przyniosła mi do niej żółty kaszmirowy kardigan Jil Sander. Wcale nie pasował.

Zaczęłam oglądać męskie ubrania. Wyobraziłam sobie Romę w czarnej koszuli z głową byka na piersi. Jil Sander. W klubie "First".
Spodobał mi się czerwony sweter z białym paskiem wokół wycięcia. Elegancki. Klasyczny. I niedrogi. Siedem tysięcy rubli.
Ciekawe, jaki Roma nosi teraz rozmiar? Już dawno mu nic nie kupowałam.
Sprzedawca pokazał mi dwa rozmiary swetra. Pomyślałam, że jeden z nich powinien pasować, i odłożyłam go na bok.
— W razie czego może pani wymienić — uspokoił mnie sprzedawca.
"Romie pewnie spodobałby się Calvin Klein — pomyślałam — Beżowy kardigan z dwoma suwakami. Siedemnaście tysięcy. Droższy niż czerwony Jil Sander. A niech to!".
W żaden sposób nie mogłam zdecydować, który z nich wybrałby Roma. Może wziąć obydwa? "Powie, że szastam pieniędzmi. I że ma już pełno ubrań".
— Lepiej przyślę męża — uśmiechnęłam się do sprzedawcy.
"I jeszcze powie, że dwadzieścia cztery tysiące mógłby lepiej wydać". Byłam coraz bardziej zirytowana.
"Koniec z tym. Niech sam się troszczy o siebie". Znowu popsuł mi się humor.

Wróciłam do działu damskiego.
Kupiłam szyfonową spódnicę ze szkiełkami Oskara de la Renty za osiemdziesiąt tysięcy czterysta sześćdziesiąt rubli. Seledynową. Bardzo ładną. Może tylko trochę za drogą.

Oksana Robski, "Szczęście nadejdzie jutro", z języka rosyjskiego przełożyła: Katarzyna Maria Janowska, premiera: 5 lipca 2007, Wydawnictwo Literackie.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)