"Szczęście nadejdzie jutro". Fragment ósmy

Czy małżeństwo Oli i Romy ma szansę przetrwać?
/ 27.06.2007 10:33


8.

Tamara nie stawiła się do pracy. Zadzwoniłam do niej do domu.
— Nie dałam rady... — wybąkała.
— A jutro da pani radę? — spytałam tak, jak się pyta chorych psychicznie: łagodnie i ze świadomością, że odpowiedź może być nieadekwatna do pytania.
Tamara już dwa lata była moją gosposią. Ogólnie rzecz biorąc, nie miałam jej nic do zarzucenia.
— Tak — powiedziała niepewnie.
— W takim razie do jutra.
Chyba nie dojdzie do tego, że będę musiała przywieźć Sławę z daczy? Mam nadzieję, że Tamara jutro tu dotrze. Usłyszałam trzaśnięcie drzwi wejściowych. W naszym domu drzwi mają tendencję do trzaskania.

Pewnie Roma. Nareszcie. Złapałam pierwszą z brzegu myjkę i zaczęłam zawzięcie szorować szafkę kuchenną.
Roma zastygł na progu kuchni. Zdmuchnęłam z twarzy kosmyk włosów. Tamara zawsze tak robiła.
Tarłam szafkę, nie zwracając uwagi na Romę. "Zobacz, co potrafię!". Sądziłam, że milczy w zachwycie nad moimi gospodarskimi talentami.
— Musimy porozmawiać — odezwał się.
Przecierałam półki, nie odwracając głowy w jego kierunku. "Skrzywdzona i obrażona żona przy pracach domowych".
— Olu!
Rzadko zwracał się do mnie po imieniu. Pewnie zrobiło mu się wstyd, że on wraca z zabawy, a ja tu sprzątam całe mieszkanie. A w dodatku zaraz będę mu gotować obiad. I... Co jeszcze? Ach tak — prać jego rzeczy. I prasować. I? Wyprowadzę psa na spacer! Stop. Nie mamy psa.
Milczałam z urazą.

— Zostaw tę gąbkę! — wybuchnął Roma. — I tak nie umiesz niczego myć! Jeszcze coś zniszczysz...
Speszyłam się. Pomyślałam chwilę i wrzuciłam myjkę do zlewu.
Sięgnęłam po papierosy.
— No co?
— W Monako jest klinika, która się specjalizuje w leczeniu narkomanów. Uważam, że powinnaś...
— Co takiego? — wykrzyknęłam oburzona.
— Nie przerywaj. Daj mi dokończyć. Powinnaś tam pojechać. Nie zdajesz sobie sprawy, że to już za daleko zaszło. Nie chodzi mi o nas, tylko o ciebie.
— Bzdura. Zacząłeś tę rozmowę, żeby nie musieć się tłumaczyć, gdzie się szlajałeś trzy dni.
— Olu, pomyśl o Artiomie. Miał zapalenie otrzewnej, potem zrosty...
— O Artiomie? — wrzasnęłam — A ty jak często myślisz o Artiomie? Zapomniałeś złożyć mu życzenia imieninowe! Mimo że moja mama ci o tym przypominała! A spotkanie rodziców w szkole? Pojechałeś? A on czekał! Nic cię nie obchodzi. Kiedy ostatni raz zabrałeś go do kina?

Roma wyszedł. Biegłam za nim po mieszkaniu, ciągnąc swoje demaskatorskie przemówienie. Po kilku minutach zabrakło mi sił.
— Co? Nie masz nic do powiedzenia?
— Po prostu z tobą nie da się rozmawiać. Od razu zaczynasz wrzeszczeć.
— Gdzie byłeś przez te trzy dni? — wrzasnęłam.
— A ty gdzie wczoraj nocowałaś?
— Byłam na urodzinach u Andżeli!
— Nie zauważyłaś przypadkiem, że już od dawna wszędzie chodzisz sama?
— Roma, czego ty chcesz?
— Już niczego. Odchodzę.
— Dokąd? — W moim głosie nie było niepokoju. Raczej szyderstwo.
— Najpierw do hotelu. Potem zobaczę.
— Masz za dużo pieniędzy? Musisz je wydawać na hotel?
— Powiedz Tamarze, żeby mnie spakowała. Przyślę kierowcę po rzeczy.
— Zabieraj się! Wolna droga! I sam sobie proś Tamarę, o co chcesz! Ja mam swoją godność!
— Nie masz pojęcia o godności.
— Spotykasz się z jakąś kurwą!
— Skoro tak uważasz...
Na sekundę zamarłam. Poczułam, że skóra na mojej głowie oddziela się od czaszki. Pewnie włosy stanęły mi dęba.

Doskoczyłam do Romy. Dawno tego nie robiłam. Najpierw trzeba trochę rozluźnić rękę. Wymierzyłam mu siarczysty policzek.
Znowu się zamachnęłam, ale Roma chwycił mnie za przegub dłoni.
— Uspokój się. Nikogo nie mam.
— Spieprzaj stąd!
Myśli, że odchodzi? To ja go wyrzucam z domu!
— Nawet nie wiesz, jak mi działasz na nerwy.
Wyszedł.
Pierwszy raz był wobec mnie ordynarny. Usiadłam na kanapie. Wcisnęłam guzik pilota. "Działam mu na nerwy".
Może naprawdę tak jest?
Pomyślałam, że właśnie opuścił mnie mąż. Hm. Zgodnie z tradycyjnym modelem zachowania powinnam teraz płakać, zawodzić i rwać włosy z głowy.

Miałam poczucie, że tę partię przegrałam. I czekam na rewanż.
Dokąd on pójdzie? I po co? Żeby dać mi nauczkę? Przecież chciał, żebym pojechała do Monako.
A może jednak kogoś ma.
Mężczyźni nie odchodzą, jeśli nie mają do kogo. W każdym razie żadna z moich znajomych nie była w stanie tak zaleźć mężowi za skórę, żeby ten wyprowadził się do hotelu.
Myśl, że Roma ma kochankę, wydała mi się absurdalna. Podobno kobiety zawsze wyczuwają takie rzeczy. A ja niczego nie wyczułam.
Chyba że chodzi o jakąś prostytutkę.
Mimo wszystko Roma jest zbyt dobrze wychowany, żeby porzucić rodzinę dla prostytutki. Muszę coś zrobić. Tylko co?

Zadzwoniłam do Katii.
— Mąż mnie zostawił — oznajmiłam i z ciekawością czekałam na jej reakcję. Ale takiej reakcji się nie spodziewałam.
— Tak?
Ani śladu zaskoczenia.
— Czuję się, jakbym właśnie ci powiedziała, że na śniadanie jadłam jajecznicę. Z dwóch jajek.
— W sumie można było to przewidzieć.
— Można było przewidzieć, że Roma mnie porzuci?
— No, tak. Przecież ostatnio mieliście dość luźne układy. A faceci tego nie lubią.
— Katia, powiedz szczerze: masz zamiar mi współczuć czy nie?
— Przyjadę do ciebie, chcesz? — moja przyjaciółka w końcu się opamiętała.
Skąd mi przyszło do głowy, że ona jest moją przyjaciółką?
— Nie. Nie chcę.
— A co robisz?
— Sprzątam kuchnię. Gosposia dziś nie przyszła.
— Aha.
Znowu się nie zdziwiła. Jakbym codziennie coś sprzątała.
Obeszłam całe mieszkanie. Miałam mętlik w głowie.
Z szafki na książki wyjęłam puderniczkę. Tak naprawdę było to stylizowane na puderniczkę opakowanie po kremie Renaissance Cellulaire Yves Rochera. Lubię kremy tej firmy. I Cell Cosmet.
Dla mnie było to coś więcej niż tylko pudełko po kremie. To był mój żelazny zapas. Kokaina świetnie sobie radzi z mętlikiem w głowie. Położyłam się i cichutko zapłakałam. Może lepiej będzie pojechać do Andżeli.

Oksana Robski, "Szczęście nadejdzie jutro", z języka rosyjskiego przełożyła: Katarzyna Maria Janowska, premiera: 5 lipca 2007, Wydawnictwo Literackie.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)