"Szczęście nadejdzie jutro". Fragment dziesiąty

Prezentujemy ostatni fragment książki Oksany Robski. Ola u teściowej...


10.

Ubieranie się na wizytę u mojej teściowej to cały rytuał. Wybrałam spódnicę, za którą zapłaciłam kiedyś tysiąc sześćset dolarów (to były czasy!). Różowe kwiaty lotosu na białym tle. Carolina Herrera.

Kiedyś podarowałam kochankowi na walentynki piżamę Brioni za tysiąc dwieście. Jedwabną. Kupiłam ją w Centrum Handlowym "Moskwa". Nie mogłam się powstrzymać i zostawiłam paragon w pudełku. Szczyt snobizmu. A nuż nie wie, ile kosztuje piżama Brioni? Z okazji Dnia Kobiet przyniósł mi wielki bukiet róż. A na prima aprilis się rozstaliśmy.
Roma kolejny raz odniósł zwycięstwo nad konkurencją. Wcale o tym nie wiedząc. A może jednak się domyślał?

Jechałam z przyjacielską wizytą do teściowej. I do jej pięknego egzaltowanego męża. Mam nadzieję, że homoseksualizm nie jest dziedziczny. Roma w tańcu lubi kręcić tyłkiem. Co też mi chodzi po głowie?
Ich trawnik był starannie przystrzyżony. Ogrodnik w zielonym kombinezonie tropił z odkurzaczem pojedyncze liście. Wycie odkurzacza zagłuszało wszystkie inne dźwięki. Co jest lepsze: kilka romantycznych żółtych listków na klombie czy ten potworny hałas na całą okolicę? To kwestia smaku. Teściowa wolała hałas.
Sama wyglądała jak klomb — taka przystrzyżona i zadbana. I jesienna.

Oznajmiłam jej, że świetnie wygląda. Schlebianie teściowej weszło mi w nawyk. Wybuchnęła swoim słynnym basowym śmiechem. Właściwie dlaczego mnie nie kocha? W końcu jestem matką Artioma. Czy to nie wystarcza, aby zneutralizować fakt, że jestem też żoną jej syna?

Ogrodnik wyłączył odkurzacz. Spytał, czy może już iść. Z charakterystycznym tadżyckim akcentem. Teściową nazywał "Pani". Mnie też. Pracował tu od niedawna. Ale miałam wrażenie, że już go gdzieś widziałam. Ci Tadżycy przenoszą się z daczy na daczę po całej Rublowce.

Fioletowo-liliowy teść prezentował się bardzo prowokująco w towarzystwie moich dziewczyn — Madame i Erudytki. Zapewne ciągłe prowokowanie było jego reakcją obronną. Tylko na co — z jego milionami?
Stałyśmy z teściową, każda w innym rogu wielkiego zagraconego salonu. Żadna z nas nie kwapiła się do rozmowy. Na filmach tak właśnie wygląda początek pojedynku, kiedy przeciwnicy powoli zbliżają się do siebie. Pierwszy strzał teściowa oddała w powietrze. Bardzo szlachetnie z jej strony.
— Napijesz się?
Nie chciałam pić. Przyjechałam samochodem. Poza tym nie miałam ochoty na picie z teściową. Bałam się jej.
— Napiję.

Teściowa nigdy nie pudłowała. Wypiłyśmy butelkę Villa Antinori, rozmawiając o mojej spódnicy. Rozmawiając o jej spódnicy (dżinsowa od Armaniego), opróżniłyśmy drugą. Wydawało się, że nie mamy więcej tematów do rozmowy.
Otworzyłyśmy trzecią butelkę.
— Nie bój się, wróci do ciebie — powiedziała, kręcąc w palcach cienką nóżkę kieliszka.
Wcale się nie bałam. Ale miło było usłyszeć to od niej.
— A może nie wróci — odparłam, sama nie wiedząc, dlaczego to mówię. Pewnie żeby sprawić jej przyjemność.—W końcu nie byłam najlepszą żoną na świecie.
Zrobiło mi się żal i Romy, i mnie. Bardzo chciałam, żeby teściowa również mnie pożałowała.
— Matką też byłaś taką sobie — stwierdziła — pamiętasz? Zaraz po urodzeniu Artioma? Nie matką, tylko maciorą, możesz mi wierzyć.

Od samego początku nie znosiłam teściowej.
— Nie płacz. Wszystkie jesteśmy takie same — pocieszyła mnie matka Romy. Jak umiała. Trąciłyśmy się kieliszkami.
— Za nasze dzieci — powiedziałam.
— I za naszych facetów.
Kiwnęłam głową.

— Chociaż mojego to trudno nazwać facetem. Z faceta jest w nim tyle, że pieniądze zarabia. I krew mi psuje. A poza tym...
Spojrzała na mnie bezradnie i dopiła wino. Łapczywie. Jakby wlewała w siebie eliksir życia. Albo lekarstwo. Albo truciznę.
Ściemniło się. Nawet odkurzacz za oknem ucichł.
— Bo nie można go traktować jak faceta — powiedziałam. — Lepiej jak przyjaciółkę. Fajnie — można porozmawiać o depilacji, implantach i kosmetykach.
Teściowa zaczęła gapić się na mnie z niedowierzaniem.
— Oczywiście — wzruszyłam ramionami — w końcu najważniejsze, żeby nie odszedł. Mam rację? W pewnym wieku... — zerknęłam na nią z niepokojem, ale przytaknęła mi z rezygnacją — człowiekowi potrzebna jest stabilizacja finansowa i żeby miał przy sobie kogoś bliskiego...
— To kara za moją młodość — nieoczekiwanie zaśmiała się teściowa. — Myślisz, że ty sobie używałaś? To ja sobie używałam! Jeszcze jak!—Wstała, mało brakowało, a przewróciłaby stół. Podeszła do telewizora. Po ruchu warg poznałam, że przeklina.
— Mam! — Wzięła pilota i włączyła MUZ-TV. Filip Kirkorow śpiewał coś chwytającego za serce. Teściowa zaczęła płynnie poruszać ramionami, rękami i biodrami.

"Jak się zestarzeję, za nic w świecie nie będę tańczyć" — obiecałam sobie w myślach.
— Chodź tutaj! — zawołała i razem wykonałyśmy taniec z Pulp Fiction. Mnie przypadła rola Travolty. Teściowa zatykała nos dwoma palcami, dopóki nie padła na podłogę.
Patrząc na nią z góry, pomyślałam, że to tylko stara pijana kobieta. Której już od dawna nie kocha mąż.
— Ja sama! — odepchnęła moją rękę i wstała z trudem. — To mówisz, żeby o depilacji i implantach?
— Jasne — kiwnęłam głową.
— Ja jestem tylko po to, żeby kochać mnie... — zabuczała teściowa.Potem odśpiewałyśmy "Dla nas to dopiero początek". Grupy Zwierzaki. Następnie się objęłyśmy i wyznały sobie miłość.
— Zostań na noc — powiedziała teściowa — inaczej jutro pomyślisz, że ci się to przyśniło. Jeszcze trochę się poobejmowałyśmy, po czym poszłam spać do pokoju gościnnego.
To znaczy — chyba poszłam. Skoro się tam obudziłam następnego ranka.

Wczorajszy ogrodnik już od kilku minut coś mi opowiadał. Nic nie rozumiałam. Zdawało mi się, że wyje odkurzacz. A wyło w mojej głowie. Nagle wszystko ucichło. Pozostał tylko głos Tadżyka.
— Pani, chcę spytać, palić liście czy je wywieźć za dom?

Słyszałam już ten głos. Znowu poczułam nogi na swoim ciele i lepkie palce na piersiach. Opowiadałam im kawały. A oni zastanawiali się, co ze mną zrobić. Nie pomyliłabym tego głosu z żadnym innym.
Przyglądałam mu się w milczeniu. Krzyczeć? Niech go złapią i pobiją. Albo skopią — na dobre. Aż się udławi własną krwią.
Tadżyk stał i uśmiechał się z zakłopotaniem.
— To co, Pani?
Nie poznał mnie? Może my dla nich wyglądamy jednakowo, jak oni dla nas? Byli wtedy na herze albo na czymś podobnym; ja miałam worek na głowie. A mój głos?
Nie, nie poznał. Patrzy na mnie tępymi niewinnymi oczkami.

— Ten ogrodnik wyrzucił mnie z samochodu — powiedziałam teściowej. Podniosła na mnie wzrok. Nie starając się go skupić. Machnęła ręką.
— Poznałam jego głos!
Też będę miała takie kace w jej wieku?
— Nikita, uspokój się! Masz białą gorączkę.
Teściowa teatralnym gestem położyła sobie dłoń na czole.
— Ale ja go poznałam! Naprawdę mamie nie przeszkadza, że po domu chodzą bandyci? I narkomani?
— Narkomani? — teściowa opadła na fotel i uśmiechnęła się — Co to, to tak... Do mnie pije?
— Oliwa pomaga. Jedna łyżka — powiedziałam, idąc w stronę drzwi.
— Co?
— Przed piciem. Potem się nie ma kaca.
— Nikita, idź do lekarza.
— Do widzenia.

Wsiadłam do samochodu i włączyłam muzykę. Wiatr kołysał sosnami, na ogrodzeniu siedziały wrony.
Wrony z bliska wydają się bardzo szczupłe. Mają sportową sylwetkę — z powodu długich łap.
Być może kiedyś otworzę klub fitness, a wtedy wrona będzie moim logo. Do tego slogan: " Jeśli nie umiesz latać, to znaczy, że nie musisz".

Oksana Robski, "Szczęście nadejdzie jutro", z języka rosyjskiego przełożyła: Katarzyna Maria Janowska, premiera: 5 lipca 2007, Wydawnictwo Literackie.


Fot. copyright Astrel


Fot. copyright Astrel


Fot. copyright Astrel
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)