"Opowieść ojca. Przez mongolskie stepy w poszukiwaniu cudu" - We-Dwoje.pl recenzuje

Gdy w grę wchodzi zdrowie dziecka rodzice są w stanie zrobić rzeczy, o których nigdy im się w życiu nie śniło, na przykład udać się w niezwykłą podróż w głąb mongolskich stepów...

Gdy w grę wchodzi zdrowie dziecka rodzice są w stanie zrobić rzeczy, o których nigdy im się w życiu nie śniło, na przykład udać się w niezwykłą podróż w głąb mongolskich stepów...

U Rowana, kilkuletniego synka Ruperta Isaacsona, zdiagnozowano autyzm, chorobę, której nie da się całkowicie wyleczyć. Medycyna konwencjonalna rozkłada ręce. Leczenie farmakologiczne nie przynosi bowiem oczekiwanych rezultatów. Pozostaje terapia behawioralna, specjalna edukacja i hipoterapia. Ta ostatnia, czyli obcowanie z końmi, działa na autystyczne dzieci wyjątkowo uspokajająco. Oddziałowuje równocześnie na ich rozwój ruchowy, społeczny, sensoryczny oraz psychikę. Spotkanie z klaczą Betsy rzeczywiście miało na Rowana bardzo pozytywny wpływ. To na jej grzebiecie albo tuż obok niej chłopiec zaczął mówić i komentować otoczenie, czego nie robił nigdzie indziej. Tylko w towarzystwie konia typowo autystyczny bełkot ustępował miejsca w miarę logicznym, krótkim zdaniom albo poleceniom. Pozytywnie wpłynęło też na chłopca przypadkowe spotkanie z szamanami.

Rupert Isaacson w ciągu wielu lat pracy dziennikarskiej wśród Buszmenów niejednokrotnie zetknął się z rozmaitymi rodzajami uzdrawiania metodami naturalnymi. Widząc więc dobroczynny wpływ konia, jak i szamanów na zachowanie Rowana zaczął zastanawiać się nad tym, czy dałoby się w jakiś sposób połączyć jazdę konną i szamańską medycynę. I właśnie w ten sposób narodził się w jego głowie pomysł wyruszenia do Mongolii – kraju, z którego de facto pochodzą konie i w którym je udomowiono, a także w którym należy doszukiwać się początków szamanizmu. Czyste szaleństwo? Może. Jak jednak mawiał François de La Rochefoucauld - kto żyje bez szaleństwa, mniej jest rozsądny, niż mniema. Rupert Isaacson postanowił zaufać przeczuciu. Razem z żoną i synem ruszył na spotkanie z szamanami Tulcharów, ludem pasterzy reniferów, których szamańskie tradycje liczą tysiące lat. Czego się bowiem nie robi z miłości do dziecka.

„Opowieść ojca. Przez mongolskie stepy w poszukiwaniu cudu” to książka zupełnie inna od zawodzeń Jodie Picoult. Nie twierdzę, że nie lubię jej powieści, jednak czy po przeczytaniu „Bez mojej zgody” nie czuliście się znużeni historią zawartą w „Kruchej jak lód”? Kolejna smutna, przygnębiająca opowieść, po przeczytaniu której odechciewa się żyć, bo po co, skoro świat jest taki okrutny. Tymczasem Rupert Isaacson serwuje nam coś z zupełnie innej bajki. Bez ogródek pisze o trudach podróży, o tym, jak ciężko było zapanować nad atakami złości, humorami i zachciankami syna. Otwarcie przyznaje się do chwil zwątpienia, których doświadczył razem z żoną. A mimo to czytając tę książkę częściej zamiast łez w oczach pojawia się uśmiech na twarzy. „Opowieść ojca. Przez mongolskie stepy w poszukiwaniu cudu”  to przepiękna, a nawet nieco magiczna opowieść o przekraczaniu granic, o wielkiej miłości ojca do syna, o niesamowitej przygodzie, która na zawsze odmieniła życie Rowana i jego bliskich. Napawa optymizmem. Napisana lekkim piórem sprawia, że ciężko się od niej oderwać. Czyta się ją jednym tchem, choć czasem wypadałoby robić trochę przerw, aby dłużej rozkoszować się urokiem mongolskich stepów. Rupert Isaacson daje nadzieję milionom rodziców walczących o zdrowie swoich dzieci, bo wiara czyni przecież cuda. 

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)