"Oko jadeitu"

Powieść o miłości i przebaczeniu w chińskich realiach.
Powieść chińskiej pisarki, Diane Wie Liang, pod tytulem "Oko jadeitu", to niezwykła podróż w głąb pewnej tajemnicy...


 
Mei jest atrakcyjną, nowoczesną i niezależną Chinką, prowadzi swój biznes, jest prywatnym detektywem. Ma własny samochód i sekretarza-mężczyznę. W trakcie poszukiwań drogocennego przedmiotu – oka jadeitu – z czasów dynastii Han, Mei odsłania mroczną przeszłość Chin z czasów rewolucji kulturalnej: obozy pracy, przypadki śmierci w niewyjaśnionych okolicznościach, niszczenie pamiątek kultury narodowej, a jednocześnie odkrywa przejmującą tajemnicę własnej rodziny.

To wspaniała powieść, łącząca elementy egzotyki z doskonale uchwyconym obrazem współczesnego, pełnego kontrastu Pekinu: jego zgiełku, hałasu, milionów rowerów, obskurnych melin, tanich barów, a z drugiej strony prężnych firm, luksusowych apartamentów i samochodów.
Poprzez bogatą galerię postaci od napływowych robotników po urzędników państwowych autorka opisuje często niełatwe relacje między okrutną komunistyczną przeszłością i w coraz większym stopniu kapitalistyczną teraźniejszością.
To niezwykle interesujące połączenie powieści obyczajowej, psychologicznej i kryminału w stylu Chandlera.

"Bez pamięci zakochałam się w książce Diane Wei Liang Oko jadeitu. Jak najlepsze książki, historia Liang jest ze mną od momentu jej przeczytania. Nie przestaję myśleć o jej bohaterach i ich sekretach" napisała MarySue Rucci, "Simon & Schuster".


O AUTORCE:
Diane Wei Liang urodziła się w Pekinie. Część dzieciństwa upłynęła jej w obozie pracy w odległym rejonie Chin. Kiedy rodzice zostali zwolnieni z obozu, Diane pojechała z matką do Pekinu, a ojciec wrócił do rodzinnego Szanghaju. Dopiero po dwunastu latach rodzice otrzymali od rządu zezwolenie na pobyt w jednym mieście.
Diane ukończyła z wyróżnieniem Uniwersytet Pekiński. W 1989 roku wzięła udział w demonstracji studentów na Placu Tiananmen. Rok później wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Zrobiła doktorat z zarządzania w Carnegie Mellon University. Przez 10 lat wykładała na uczelniach amerykańskich i brytyjskich, a obecnie poświęciła się całkowicie pisarstwu. W 2003 r. wydała książkę "Lake with no name", która jest wspomnieniem o Tiananmen. Mieszka w Londynie z mężem i dwojgiem dzieci. "Oko jadeitu", w Polsce wydane nakładem wydawnictwa Philip Wilson Warsaw, jest jej pierwszą powieścią.


A oto fragment tej historii:
Rozdział I

W rogu biura mieszczącego się w staroświeckim budynku w pekińskiej dzielnicy Chongyang buczał głośno wentylator, jak staruszek poirytowany swoją własną niemocą. Mei i Shao siedzieli na wprost siebie, po przeciwnych stronach biurka. Oboje pocili się niemiłosiernie. Na dworze świeciło słońce, zapiekając powietrze w twardy blok upału.

Pan Shao otarł czoło chusteczką. Nie chciał zdjąć marynarki.
– Pieniądze to żaden problem. – Odchrząknął głośno. – Ale musi pani zabrać się za to od ręki.
– W tej chwili prowadzę inne sprawy.
– Chce pani, żebym zapłacił więcej, czy o to chodzi? Chce pani dostać zaliczkę? Mogę dać pani już teraz tysiąc jenów – Shao sięgnął po portfel – Podróbki pojawiają się tak szybko, że nie nadążam z produkcją oryginałów, a są sprzedawane za połowę moich cen. Dziesięć lat pracowałem na swoje nazwisko, dziesięć lat pełne potu i krwi. Tylko nie chcę, żeby rozmawiała pani o tym ze swoimi dawnymi kolegami z ministerstwa, rozumiemy się? Chcę, żeby policja trzymała się od tego z daleka.
– Nie robi pan nic nielegalnego, prawda? – Mei zastanawiała się w duchu, dlaczego jest taki chętny do wypłacenia zaliczki. Było to coś zupełnie niezwykłego, szczególnie u tak przedsiębiorczego biznesmena jak pan Shao.
– Bardzo proszę, pani Wang. Co dzisiaj jest legalne, a co nie? Wie pani, jak to mówią: partia przeprowadza swoją strategię, a ludzie mają własne kontrstrategie.
Pan Shao wpatrzył się w Mei swymi wąskimi oczyma.
– Chińska medycyna jest jak magia. Przepisy są dobre dla produktów, które nie są skuteczne. Moje produkty leczą. To dlatego ludzie chcą je kupować.

Parsknął cichym śmieszkiem, ale nie udało mu się rozładować napięcia. Mei trudno było ocenić, czy Shao jest cwanym biznesmenem czy zwykłym oszustem.
– Nie lubię policji – bez urazy, panno Wang, wiem, że kiedyś była pani jedną z nich. Kiedy zaczynałem, sprzedawałem na ulicach zioła. Policja zawsze siedziała mi na karku, konfiskowali mi towar i zabierali na posterunek, jakbym był jakimś przestępcą.

(...)

Rozdział II

Tej nocy obudziła Mei gwałtowna burza. Cienkie szyby okienne w jej mieszkaniu łomotały. Błyskało raz po raz, strzelały pioruny, a potem toczyły się z hukiem po niebie. Całą przestrzeń dookoła niej wypełnił odgłos padającego deszczu, przywołując na myśl zagubione wspomnienia.

Myślała o dawnych kolegach ze studiów i o tym, kogo spośród nich może zobaczyć następnego dnia. Przypomniała sobie Wróbelka Li, niedużego, ponurego chłopca, który grał na gitarze. Myślała o Guangu, olbrzymie o wzroście ponad metr dziewięćdziesiąt i niewyparzonej gębie. Przyszła jej na myśl także okrągła twarz Starszej Siostry Hui. Przypomniała sobie zagracony pokoik w akademiku z czterema pryczami do spania. Przypomniała sobie kasztanowiec za oknem i głośnik na jednej z gałęzi, który codziennie o wpół do siódmej rano buchał głośną muzyką. Przypomniała sobie, jacy byli wtedy młodzi.

Burza powoli cichła. Deszcz nadal padał, lecz już monotonnym rytmem. Mei kręciła się niespokojnie w pościeli. Oczyma wyobraźni widziała teraz przed sobą świątynny dziedziniec. Ściemniało się, więc Guang rozpalał mały palnik benzynowy. To było wtedy, kiedy jej grupa wybrała się na weekend w Góry Zachodnie. Dotarli na miejsce przed świtem, stawiając ostrożnie kroki i przyświecając sobie latarkami. Szli wzdłuż ścieżki, która – jak się okazało w świetle dnia – wiodła tuż nad stromą, kilkusetmetrową przepaścią. Kazano im trzymać się za ręce i iść gęsiego.

Mei trzymała wtedy za rękę Yapinga. Czuła na skórze jego ciepły dotyk. Myśli zaczęły się rozbiegać; odpływała w sen. Doszli na szczyt, a tam świeciło słońce. Kiedy się rozejrzeli, widzieli dookoła tylko bezkresne, porośnięte azaliami góry. Tylko że teraz już nie trzymała za rękę Yapinga.

Miała sześć lat. Trzymała za rękę własnego ojca. Schodzili w dół długim, górskim szlakiem, prowadzeni przez jednego ze strażników z obozu pracy. Za nimi, jak miotany wiatrem liść, przemykała się stara kobieta, która przyjechała tu w odwiedziny do syna, a teraz wracała do domu. Miała zabrać Mei aż do samego Qunmingu, stolicy Yunnanu. Tam miała ją spotkać znajoma matki, która jechała pociągiem do Pekinu.

Na ramieniu ojca spoczywał szary węzełek, który krył w środku wszystko, co posiadała: ubrania, dwa standardowe ręczniki, wydawane każdemu w obozie pracy, szczoteczkę do zębów, aluminiowy kubek i małe zabawki z drutu, kartonu oraz zakrętek z tubek po paście do zębów. Był tam też notesik, który ojciec zrobił z pożółkłych kartek papieru, jakie udało mu się znaleźć. W tym notesie zapisał z pamięci wiersze z okresu dynastii Tang. Między stroniczkami Mei starannie ułożyła zebrane przez siebie liście.

Gawędzili, jak to ojciec z córką, o chwilach, jakie razem spędzili oraz o tych, jakie jeszcze przyjdzie im razem spędzić. Mei przeciągała palcami po mijanych kwiatach azalii, wprawiając czerwone płatki w radosny, motyli taniec.

W południe dotarli do bitej drogi u podnóża góry. Przy urwistej skale wpadał do niewielkiej sadzawki chłodny wodospad, który później spływał przez na wpół zasypaną betonową rurę do znajdującej się w dole rzeki. Czekali przy tym wodospadzie. Zza drzew dobiegał śpiew ptaków. Przed nimi rozciągała się droga, biegnąca wśród urwistych, rozpalonych południowymi kolorami skał.

Jak daleko biegnie ta droga? – zastanawiała się Mei. Jak daleko ciągną się te drzewa, ogromne góry i rzeka? Czas płynął sobie niespiesznie. W oddali pojawił się stary autobus. Patrzyli, jak się przybliża, aż wreszcie zatrzymał się przed nimi z hałasem.

Ojciec Mei przekazał węzełek kierowcy autobusu, który umieścił go na dachu wraz z resztą bagaży. Staruszka, do której Mei miała się zwracać "Stara Mamo", wzięła dziewczynkę za rękę.
– Proszę się nie martwić, towarzyszu Wang. Mała Mei przy mnie nie zginie. – Stara Mama zaczęła wsiadać do autobusu.
Ojciec Mei nie chciał jej puścić.
– Powiedz mamie i siostrze, że za nimi tęsknię. Powiedz im, że niedługo wrócę.
– Autobus odjeżdża! – krzyknął kierowca, wsiadając z powrotem do swojej kabiny. Stara Mama pospiesznie wciągnęła Mei do środka.
– Badź grzeczna, Mei – wołał ojciec. – Sluchaj się Starej Mamy. Zobaczymy się w Pekinie! Obiecuję.

Autobus zaniósł się kaszlem i zadrżał. Mei pobiegła do zabłoconego tylnego okna i uklękła na drewnianym siedzeniu. Zaczęła wymachiwać gorączkowo drobnymi ramionkami.
– Do widzenia! – wrzasnęła, uśmiechając się tak szeroko, jakby w środku miała słońce, które nigdy nie zgaśnie. – Do zobaczenia w Pekinie, Baba!
Droga zaczęła odciągać wstecz ojca i strażnika, z początku powoli, kiedy machał jej na pożegnanie, potem coraz szybciej. W końcu obaj skurczyli się w dwie zagubione figurki. Zielone skały pochylały się nad nimi, jakby miały je za chwilę zgnieść. A potem autobus wjechał w zakręt i figurki zniknęły.

Obudziła się. Do malutkiego mieszkanka, które wynajmowała w pobliżu obwodnicy, wdarł się oślepiający słoneczny blask. Nigdy więcej nie widziała już swego ojca, po tym jak się pożegnali przy tamtej bitej drodze, dwadzieścia trzy lata temu.

Mei odwróciła głowę, by spojrzeć na tykający na szafce nocnej budzik. Było już późno. Ale nie mogła wstać. Czuła się tak, jakby ktoś pozbawił ją całej woli. Obok zegarka stała niewielka biało-czarna fotografia ojca. Przez lata zdjęcie wypłowiało i pożółkło. Po śmierci Baby Mama wyrzuciła wszystko, co po nim pozostało: rękopisy, zdjęcia i książki. Mei udało się ocalić tylko ten jeden portrecik. Nosiła go przy sobie, ukryty wśród kartek "Jane Eyre" przez wszystkie lata szkoły z internatem, a potem studiów. Nikomu nie pokazywała tego zdjęcia, z nikim też nie rozmawiała o ojcu. To był jej sekret, jej miłość, jej ból.

Widziała teraz, jak ojciec uśmiecha się do niej zza oprawy. Słyszała, jak serce wybija pozbawiony echa rytm. Myślała o niespełnionym szczęściu.

Burza przyniosła ze sobą świeższe powietrze i znośniejszą temperaturę tłumom zakupowiczów, zapełniających chodniki wzdłuż Uniwersyteckiej Drogi. Sklepy z odzieżą, salony fryzjerskie oraz supermarkety nęciły przechodniów nowymi trendami i obniżkami cen. Sprzedawcy warzyw i owoców, przed którymi piętrzyły się na wózkach wysokie sterty towarów, wykrzykiwali na całe gardło ceny. Jakaś chłopka w szerokich spodniach wymachiwała słomianym wachlarzem nad wielką stertą melonów. Powróciły też muchy.

Przystanąwszy na światłach na Skrzyżowaniu Trzech Wsi, Mei zabębniła palcami o kierownicę. Nie mogła sobie pozwolić na takie przystanki, była okropnie spóźniona. Za dużo czasu spędziła myjąc, susząc i układając swe długie, proste włosy. Umalowała się, a potem starła z twarzy makijaż.
Czym się tak przejmowała? Pokręciła nad sobą głową. Kiedy była studentką, nigdy jej to nie obchodziło. Wtedy była outsiderką, która wcale nie pragnęła znaleźć się w środku. Co się teraz zmieniło?

Materiały: Wydawnictwo Philip Wilson Warsaw.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)