Nedjma - "Migdał. Opowieść intymna" - fragment 1.

Pierwsza powieść erotyczna napisana przez arabską kobietę. Ta opowieść to przede wszystkim opowieść o duchowości i cielesności.

Wyjątkowe świadectwo Badry, młodej arabskiej kobiety, która ośmieliła się złamać zakaz milczenia, aby opowiedzieć o spotkaniu z mężczyzną ogarniętym pasją, z mężczyzną wyrafinowanym, który pokazuje jej, czym jest namiętność, miłość wszechstronna, pełna żaru i głęboko zmysłowa.

Ta historia - piękna, poruszająca, czasami szorstka - to ewenement: po raz pierwszy bowiem muzułmanka łamie tabu i mówi o swojej seksualności. To dlatego ta książka o pełni rozkoszy jest także aktem politycznym, walką o wolność słowa i ciała kobiet arabskich.
Autorka żyje w jednym z krajów Maghrebu. Ma około czterdziestu lat. Pisze pod pseudonimem "Nedjma".

Prolog
Ta opowieść to przede wszystkim opowieść o duchowości i cielesności. Historia miłości nazwanej jej prawdziwym imieniem, często szorstkiej, takiej, która nie przejmuje się żadną moralnością, poza tą wypływającą z serca. W tej opowieści, gdzie mieszają się ze sobą modlitwa i nasienie, starałam się obalić mury, które oddzielają w dzisiejszych czasach to, co przynależne niebu, od tego, co ziemskie. Ciało i duszę, mistycyzm i erotyzm.
Tylko literatura posiada skuteczność "zabójczej broni". Dlatego jej użyłam. Wolna, szczera i radosna, z ambicją zwrócenia kobietom z mojej krwi prawa głosu, skonfiskowanego przez ich ojców, braci i mężów. Użyłam jej w hołdzie dawnej cywilizacji arabskiej, w której zmysłowość była widoczna nawet w architekturze, gdzie miłość pozbawiona była grzechu, gdzie dawać rozkosz i jej doznawać było obowiązkiem człowieka wierzącego.
Wznoszę te słowa jak kielich za zdrowie kobiet arabskich, dla których odzyskanie odebranego prawa głosu pozwoli przynajmniej w połowie uleczyć ich mężczyzn.

(...)
Znalazłam się w Tangerze po ośmiu godzinach podróży i nie stało się to pod wpływem nagłego impulsu. Moje życie zmierzało wprost ku katastrofie, jak szalony kołowrót, i aby je ratować, mogłam tylko wskoczyć do tego pociągu, który codziennie opuszcza dworzec w Imchouku dokładnie z wybiciem godziny czwartej rano.
Przez pięć lat słyszałam, jak przyjeżdżał, gwizdał i odjeżdżał, ale brakowało mi odwagi, aby przejść przez ulicę i przeskoczyć barierkę dworca, żeby raz na zawsze skończyć z poniżeniem i pogardą.
Tamtej nocy nie mogłam zmrużyć oka, rozgorączkowana, z sercem na czatach. Odgłosy domu wypływały z ciszy wciąż takie same: kaszel i odpluwanie Hmeda, szczekanie dwóch kundli, które pilnowały podwórza, i ochrypły śpiew jakiegoś ogłupiałego koguta. Przed wezwaniem na modlitwę na fajr(1) byłam już na nogach, zamotana w haik(2) z bawełny, uprasowany dwa dni wcześniej u Arem, mojej sąsiadki krawcowej, która miała żelazko na węgiel.
Zabrałam swój tobołek ukryty w glinianym garnku na kaszę kuskus, poklepałam po pyskach psy, które podbiegły, aby mnie obwąchać, dwoma skokami przebiegłam ulicę i skarpę, potem wskoczyłam do pociągu, do ostatniego wagonu prawie zupełnie pogrążonego w ciemności.
To mój szwagier postarał się o bilet dla mnie, a moja siostra dostarczyła mi go, ukrywając w stosie placków baghrir(3). Konduktor, który wszedł do przedziału, rzucił tylko okiem na bilet i skasował go ze spuszczonymi oczami, nie ośmielając się zbyt długo na mnie patrzeć.


Musiał mnie wziąć za nową żonę wujka Slimana, która zakrywa twarz w taki sposób, aby brano ją za mieszczankę. Jeśliby mnie rozpoznał, wyrzuciłby mnie z pociągu i zaalarmowałby rodzinę mojego męża, która z pewnością utopiłaby mnie w jakiejś studni.
Dziś wieczór ten sam konduktor, przepędzając muchy zlatujące się do szklanki jego zimnej, gorzkiej herbaty, opowie o mojej ucieczce swojemu przyjacielowi, nauczycielowi Issie.
Przedział pozostał zupełnie pusty aż do Zamy, gdzie pociąg znieruchomiał na stacji na dobry kwadrans. Do przedziału wsiadł tęgi mężczyzna z bendirem(4) u boku i dwiema kobietami. Kobiety były w niebieskich i czerwonych mélia(5), obwieszone biżuterią i pokryte tatuażami. Zaczęły coś do siebie szeptać z ustami zakrytymi ajar(6). Raz po raz wybuchały stłumionym śmiechem, a potem podniosły głosy, ośmielone tym, że w przedziale nie było obcych mężczyzn.
Muzykant wyjął z kieszeni swojej dżelaby butelkę. Wypił trzy szybkie łyki, nie odrywając od niej ust, pogłaskał z czułością swój bendir i zagrał melodię frywolną i trochę rubaszną, którą często śpiewali nomadowie podczas żniw.
Kobiety natychmiast zaczęły tańczyć, puszczając do mnie po łobuzersku oko. Za każdym poruszeniem bioder ocierały się frędzlami pasów w kolorze tęczy o tors mężczyzny. Moja posępna mina musiała je zdenerwować, bo przez dalszą część podróży po prostu mnie ignorowały.
Nie nudziłam się ani minuty aż do Medjela, gdzie trio wysiadło, hałaśliwe i już pijane, prawdopodobnie udając się na uroczystości ślubne jakiegoś bogacza.
Musiałam jeszcze dwie godziny jechać autobusem, żeby dotrzeć do Tangeru. Już z daleka widziałam skały wybrzeża, białe fasady domów oraz maszty statków cumujących przy nabrzeżu. Nie byłam głodna ani spragniona. Ja tylko się bałam. Trzeba to wyraźnie powiedzieć, bałam się siebie.
Był ponury, wietrzny wtorek. Wiał piaszczysty wiatr przynoszący migrenę i zgryzotę, taki, jaki może wiać tylko we wrześniu.
Miałam ze sobą trzydzieści dirhem, prawdziwy majątek, i mogłam swobodnie przywołać jedną z tych zielono-czarnych taksówek jeżdżących wzdłuż eleganckich ulic Tangeru, miasta o wyglądzie nieprzyjaznym, cokolwiek by o tym mówił mój starszy brat, kiedy wracał do wioski obładowany tkaninami dla mojego ojca. Zawsze podejrzewałam, że Habib trochę kłamie po to, aby wszystko upiększyć, tak jak robią to wszyscy z Imchouku, prześcigając się w opowiadaniu bajek o hulankach i prostytutkach. W księdze rachunków, jaką prowadzi Wszechwieczny, mężczyzna jest z pewnością zaksięgowany w pozycji fanfaron.
Nie wzięłam taksówki. Miałam adres ciotki Selmy, nagryzmolony na skrawku papieru w kratkę, skrawku wyrwanym z zeszytu małego Abdelhakima, tego samego, który wskoczył do mojego małżeńskiego łoża w moją noc poślubną, aby odczynić zły los i sprawić, żebym wydała na świat spadkobiercę tego śmierdziela, mojego męża.
Wysiadając z autobusu, zachwiałam się oślepiona słońcem i kłębami kurzu. Jakiś tragarz siedzący pod topolą popatrzył na mnie z bezmyślnym wyrazem twarzy, na głowie miał zatłuszczony fez, jego szalik poplamiony był przeżutym tytoniem. To właśnie jego zapytałam o drogę, pewna, że taki biedak nie będzie szukał zaczepki z kobietą, która ma zawoalowaną twarz, ani nie będzie jej niepokoił.
- Ulica Vérité, mówisz? Cóż, za bardzo nie wiem, kuzynko!
- Powiedziano mi, że to blisko Mouley Abdeslam.
- To niedaleko stąd. Pójdziesz bulwarem w górę, przejdziesz przez Grand Socco i wejdziesz do dzielnicy muzułmańskiej. Tam z pewnością ktoś ci pomoże odnaleźć tę ulicę.
To był człowiek ze wsi, człowiek tej samej rasy, brat, jego akcent, akcent człowieka urodzonego w maleńkiej wiosce, sprawił, że zrobiło mi się ciepło na sercu. Okazało się, że w Tangerze także mówiono dialektem zapadłych wiosek.
Oddaliłam się niepewnie, zrobiłam kilka kroków w kierunku, który wskazał mi tragarz, kiedy jakiś młody mężczyzna, w kombinezonie kierowcy i pięknym szalu, z zarozumiałą miną zagrodził mi drogę.
- Nie bój się. Słyszałem, jak pytasz o drogę tego tragarza Hasouna. Mieszkam w tej dzielnicy i mogę cię zaprowadzić pod adres, którego szukasz. Wiesz, Tanger to niebezpieczne miasto, i tak piękne kobiety jak ty nigdy nie chodzą tu same.
Zaskoczona i zbita z tropu jego zuchwalstwem nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Mając dwie trzecie twarzy zasłonięte chustą, oburzona, spiorunowałam go wzrokiem. Wybuchnął śmiechem.
- Nie patrz tak na mnie, bo zaraz padnę martwy! Przyjechałaś ze wsi. To widać jak dwa razy dwa cztery! Odprowadzę cię tylko. Nie mogę pozwolić, żeby ouliyya(7) spacerowała po Tangerze bez opieki. Nie musisz mi odpowiadać. Idź za mną, to wystarczy, i alik aman Allah, Bóg ma cię w swojej opiece.

(1) Fajr - wschód słońca
(2) Haik - chusta z bawełny lub lnu noszona w niektórych regionach Maghrebu
(3) Baghrir - różnorodne placki
(4) Bendir - instrument perkusyjny
(5) Mélia - tradycyjny wiejski ubiór kobiet z krajów Maghrebu
(6) Ajar - tkanina zakrywająca dolną połowę twarzy
(7) Ouliyya (liczba mnoga oulaya) - określenie kobiety, w domyśle "bezbronnej kobiety lub kobiety bez ochrony".
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)