Natasza Socha "Ketchup" - fragment 2

— Adasz, come do mnie na chwilkę — miły, troszkę zniekształcony głos Thomasa Fiuta oderwał mnie od komputera i kazał pognać w stronę gabinetu szefa.

— Adasz, come do mnie na chwilkę — miły, troszkę zniekształcony głos Thomasa Fiuta oderwał mnie od komputera i kazał pognać w stronę gabinetu szefa, gabinetu urządzonego w modnym odcieniu écru. Tak na marginesie — bardzo lubię układać usta w dzióbek, kiedy wymawiam słówko „écru”. Pognanie zajęło mi około minuty lub, jak kto woli, około sześćdziesięciu sekund, podczas których byłem jeszcze specjalistą do spraw marketingu w Firmie produkującej pralinki wielosmakowe oraz ulubieńcem szefa. Czyż nie od niego słyszałem setki razy, że najwyższy czas zrobić mnie wspólnikiem i silniej związać z Firmą, której nazwa była może i głupia, ale przynajmniej jednoznaczna, a brzmiała Czar Praliny? Czy to nie Thomas Fiut obiecywał, że za parę lat wróci do Stanów, skąd pochodzi, choć jak wiadomo pochodził też odrobinę z Polski, a wtedy ja, nie kto inny zajmie jego miejsce? Czy nie dlatego właśnie wziąłem kredyt na mieszkanie i już niedługo miałem przeprowadzić się do snobistycznej i ekskluzywnej dzielnicy Wielkiego Miasta, czyli na osiedle Miętowe?
Sześćdziesiąt sekund. Chwilę później Thomas Fiut zadał pierwszy cios.
— Adasz, musimy się rozstać — oznajmił na samym wstępie, zanim moje pośladki zetknęły się ze skórzanym obiciem fotela w modnym kolorze écru. Zakończyłem jednak proces siadania, gdyż tak było po prostu wygodniej i znieruchomiałem. Być może Fiutowi zaproponowano rolę filmowego amanta, który zrywa z ukochaną i wybiera życie pustelnika. Być może trenuje w pracy... Jak się jednak dość szybko okazało, myślenie moje było błędne, a nawet rzekłbym, idiotyczne. Fiutowi niczego nie zaproponowano. Niczego nie odgrywał. Po prostu wbijał mi nóż w serce, tak jak robią to setki tysięcy pracodawców na całym świecie, bez owijania w bawełnę, udawania, że jest im przykro, i pocieszania, że jakoś to będzie.
— Ja cię bardzo lubię, ale nam się nie uda.
„Czy my ze sobą śpimy? — przemknęło przez moją głowę. — Czy planowaliśmy wspólną przyszłość pod jednym dachem i wspólne mycie pleców w marmurowej wannie? Co on u diabła pieprzy?”
Przez moment wyglądałem na człowieka, który zupełnie nie rozumie, co się do niego mówi, dlatego też Thomas Fiut klepnął mnie w ramię, sprawdzając, czy się nie zaciąłem jak króliczek, któremu podstępnie wyjęto z dupki baterie Duracell, a następnie podał mi szklankę wody, z której bezczelnie wcześniej sam pił.
„Udław się tym” — pomyślałem nieuprzejmie, ale judaszowy napój przyjąłem, bo głupio tak patrzeć na szklankę, kiedy ktoś wpycha ci ją w rękę.
— Adasz, ty się wypaliłesz. Ty już nie pracujesz na najwyższych obrotach, jak kiedyś. Zauważyłem też, że ziewnąłeś wczoraj co najmniej cztery razy przed lunchem i trzy razy po. Na dodatek masz pogniecioną koszulę. Dostrzegam też siatki pod oczami...


„Chyba wory, pajacu — poprawiłem go w myślach, gdyż odjęło mi na moment mowę, co bywa rzadkością, a jednak — wory zaś mam dlatego, że od kilkunastu miesięcy po prostu się nie wysypiam. Jak zresztą nikt w tej Firmie”.
— Jednym słowem, Adasz, adieu, jak mówią zdaje się Francuzi, ale być może jakaś inna nacja też. Dostaniesz miesięczną odprawę i możesz zatrzymać telefon komórkowy, tym bardziej, że to już nieaktualny model. Rachunki jednakże od dzisiaj płacisz szam. I wpadaj od czasu do czasu, to sobie pogadamy, choć oczywiszcie mówię to czysto kurtuazyjnie, bo nie wyobrażam szobie, że mógłbym znaleźć dla ciebie czas, szkoro mam go zbyt mało dla szamego siebie. — Thomas Fiut ponownie błysnął białym zębem i wyciągnął na pożegnanie rękę. Będąc nadal lekko zamurowanym, a nawet zamroczonym, wsadziłem w nią szklankę z niedopitą wodą, odwróciłem się na pięcie i skierowałem w stronę drzwi, stąpając po dywanie w modnym kolorze écru. Od dzisiaj nienawidzę tego słowa. Koloru również. „To chyba sen — pomyślałem — albo żart. Albo test na inteligencję. Albo fragment programu »Mamy cię!«” W tym samym momencie nadzieje moje rozwiały się jak poranna mgła, że użyję zwrotu poety romantycznego, bowiem w drzwiach minąłem blondynka, który prawdopodobnie nigdy w życiu nie ziewnął, a jego koszulę wyprasowała baba z magla i to co najmniej z czterdzieści razy. Równie dobrze mógł oblać się betonem. Blondynek właśnie wskakiwał na moje miejsce i robił to bez cienia wstydu. Nie pozostało mi nic innego, jak przeszyć go wzrokiem okrutnym i drapieżnym, ale to, co zobaczyłem, tylko mnie dobiło. Oto blondynek siedzi w bankowym pokoiku miłej pani od kredytów i załatwia szmal na dwupoziomowy apartament. Oto blondynek w salonie samochodowym lubieżnie dotyka chromowych klamek najnowszego modelu toyoty i smakowicie przygląda się skórzanej tapicerce, a ociekającą z pyska ślinę podniecenia ociera jedwabną chusteczką. Oto zamawia przepiórki w sosie malinowym, łapane o poranku w pierwszych promykach słońca, a na koniec udaje się prosto w objęcia Ewy Piling, która naciera jego ciało olejkiem kokosowym, a następnie delikatnie masuje w nagrodę za kreatywność i tak dalej.
Tymczasem ja, Adaś Jebutko, wypadam jak śrubka z wielkiej machiny Czaru Praliny. Mam trzydzieści cztery lata i ostatni miesiąc będę dostawał wypłatę. Jest marzec. Temperatura sięga piętnastu stopni i w zasadzie powinienem z tego powodu oszaleć ze szczęścia, bo ostatnie trzy tygodnie lało, a słońce, jak wiadomo, ogrzewa nasze myśli i nastraja pozytywnie do życia, tak przynajmniej pisze prasa. Mnie nie ogrzałby sam bóg Re, nawet gdyby wlazł do mojego łóżka. Ludzie uważają, że wiosna to najpiękniejsza pora roku. Ja, w tej właśnie sekundzie lub, jak kto woli okamgnieniu, szczerze ją znienawidziłem.


Tagi: powieść
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)