Natasza Socha "Ketchup" - fragment 1.

Wykończył mnie pewien złamany fiut i choć określenie to jest brzydkie i niecenzuralne, tak właśnie myślę o swoim szefie ja, Adaś Jebutko.
 
Rozdział I, z którego wynika, iż stoję na życiowym zakręcie, bo właśnie wyleciałem z Firmy
Brad Pitt śmierdzi.
Nie jest to bynajmniej żadna prowokacja ani próba skompromitowania aktora, uznanego przez magazyn „People” za najpiękniejszego wśród przedstawicieli obu płci. Newsa, że Brad Pitt śmierdzi, podały trzy niezależne gazety, informując zszokowanych czytelników, iż chłopina nie przepada za mydłem, a co do bielizny, to nigdy jej nie pierze, tylko po wielokrotnym użyciu wyrzuca i kupuje nową. W normalnej sytuacji uznałbym ten fakt za zabawny, by nie rzec przekomiczny. Niestety w moim obecnym stanie ducha niewiele rzeczy potrafi mnie rozśmieszyć. Pozwól, drogi czytelniku, że krótko się przedstawię. Jestem Adaś Jebutko, mam trzydzieści cztery lata, ciemne włosy, zielone oczy z domieszką beżu oraz — według mojej byłej dziewczyny, zresztą jedynej, jaką miałem — trochę za duży nos. Z natury jestem człowiekiem czystym i umytym (co do bielizny, to zmieniam ją codziennie, a brudną piorę, bo tak nauczono mnie w domu), ale jednocześnie bardzo nieszczęśliwym i już wyjaśniam dlaczego. Otóż od dwóch tygodni siedzę w worku z napisem „bezrobotni” i kiwam się raz w przód, raz w tył, jak dziecko z chorobą sierocą. Jeszcze w marcu nosiłem jedwabne skarpetki za, być może absurdalną dla wielu osób, cenę dwustu złotych, jedwabny krawat za jakieś pół pensji krajowej oraz garnitur za siedem. Pachniałem drogo, ostrzyżony byłem jeszcze drożej, a moje ciało relaksująco wymasowano w gabinecie odnowy biologicznej, delikatnymi dłońmi pani Ewy Piling, lat dwadzieścia siedem, ciemna oprawa oczu. Masaż był premią od firmy, bonusem za kreatywność, poświęcenie i zawodową służalczość. W połowie marca mój ustabilizowany świat nagle runął. A wraz z nim wizja zamieszkania w eleganckim apartamencie na osiedlu Miętowym, które opiszę nieco później, oraz wypieszczony srebrzysty golf ze skórzanymi siedzeniami i całym mnóstwem gadżetów, które utrudniają jazdę kobietom, mężczyznom natomiast odwrotnie. Runęły zakupy w eleganckich sklepach, kolacje w drogich restauracjach, wycieczki zagraniczne, na które i tak nie miałem czasu, ale wystarczyła mi sama świadomość możliwości podróżowania. Runęła też masa innych rzeczy, które wydawały się bardziej trwałe niż stałe zęby.
Niestety.
Wykończył mnie pewien złamany fiut i choć określenie to jest brzydkie i niecenzuralne, tak właśnie myślę o swoim szefie ja, Adaś Jebutko. Szefie, którego do niedawna traktowałem jak przyjaciela... I prawie wspólnika. Thomas Cunning (czyt. przebiegły — informacja dla niewtajemniczonych, czyli bezsensownie uczących się innego języka niż angielski), którego dalej nazywać będę Thomasem Fiutem, Amerykanin, lat trzydzieści pięć, polskie pochodzenie w stylu piąta woda po kisielu, okazał się wyrachowaną świnią w drucianych okularkach na nosie, za które zapłacił więcej niż rząd włoski za uwolnienie dwóch Włoszek z Iraku. Thomas Fiut zabrał mi wszystko. Odciął kurki, zamknął dopływ powietrza, zrównał z nieudacznikami, biedotą i bylekim. Boleśnie kopnął w tylną część ciała, najczęściej zresztą kopaną, i potraktował jak bezużyteczny przedmiot, który nagle stracił na ważności albo po prostu się znudził. A mówiąc konkretniej i bardziej obrazowo — po trzech latach „owocnej i niezwykle konstruktywnej współpracy” zwolnił mnie, na moje miejsce zatrudniając blondynka o kretyńskim spojrzeniu wazeliniarza.

Jeszcze kilka dni temu nic nie zapowiadało tragedii...
Thomas Fiut, jak co dzień, powitał nas śnieżnobiałym uśmiechem swojej amerykańskiej szczęki doprawionej polskim pochodzeniem, kiwnął (uprzejmie? podstępnie? wrednie?) głową i przemknął korytarzem Firmy, pozostawiając za sobą opary tabakowej wody kolońskiej. Chwilę później (również jak co dzień) pojawił się nasz księgowy, który łapał resztki tabakowego zapachu po Thomasie Fiucie, a łapał na swój szpinakowy sweterek, oszczędzając w ten sposób na zakupie własnej wody kolońskiej. W tym właśnie momencie zerknąłem na zegarek, choć przyznaję, że zrobiłem to raczej odruchowo, bowiem informacja, która jest godzina, nie miała dla mnie istotnego znaczenia, skoro i tak pracowałem do późnych godzin wieczornych, a czasem nawet nocowałem w Firmie, bo przecież nie opłacało się wracać do domu, skoro była na przykład szósta rano. Wtedy jednak zegarek pokazał godzinę dziewiątą trzydzieści siedem. O godzinie dziewiątej trzydzieści dziewięć lub, jak kto woli, dwie minuty później, na moim biurku rozdzwonił się telefon.
Tagi: powieść
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)