"Na ustach grzechu"

Słynna i niezwykle zabawna parodia "Trędowatej", autorstwa Magdaleny Samozwaniec.
"Na ustach grzechu"

"Powieść z życia wyższych sfer towarzyskich" i zarazem jedno z największych osiągnięć zarówno polskiej satyry jak i samej autorki "Zalotnicy niebieskiej". Absurdalnie powikłane losy i monstrualne afekty bohaterów, pełne błyskotliwych dialogów i przewrotnych sentencji w rodzaju: "Mężczyźni wymyślili pocałunek, aby ukochanej kobiecie nareszcie usta zamknąć". Książkę zdobią ilustracje Juliana Bohdanowicza, jej wydawcą jest Świat Książki. Premiera powieści "Na ustach grzechu" zaplanowana została na 28 sierpnia 2007 r.

Fragment powieści "Na ustach grzechu" Magdaleny Samozwaniec:
Nazajutrz około godziny poobiedniej, gdy cały dom odurzony wytrawnym obiadem legł w sprawiedliwym półśnie, Steńka w leciuchnej jak mgiełka różowej jupce na piersiach i w dobranej czerwonej chusteczce, chroniącej od słońca na ramionach, odpylała gumową szpryncą zakurzone begonie pod pułapem domu. Wtem dobiegł ją jakiś nieuchwytny gwar, niby huk nadbiegającej chyżo lokomotywy parowozu kolei żelaznej lub niewdzięczny odgłos karabinu maszynowego. Przerażona poderwała głowę do góry, a gumowa szprynca z właściwym sobie hałasem spadła na dno bujnej trawy. I nagle przez szeroki otwór bramy wtoczył się pędem, okrążając gazon, elegancki, przyboczny samochód z lapis-lazuli, marki "Ojca" a ozdobiony jedynie herbowymi chorągiewkami. Cudownie błyszczały w słońcu półksiężyce i harfy, złotym jedwabiem haftowane na niebieskim polu. Kierownikiem był sam hrabia Dolary, w aksamitnej sportsmence, monoklach i pudermantlu. Zajechawszy przed dom, oddał korbę i płaszcz służącemu, a sam wyniosłym krokiem zbliżał się do Steńki. Rasa szła przed nim i za nim, otaczała go wkoło, kładła mu się na piersiach jak wierny pies.
- Czy mógłbym zrobić zaszczyt moją wizytą rodzicom pani? - spytał. - To jest, czy zastałem państwa D. w domu? - nalegał.
- Mamusia wyprowadziła tatusia w pole! Ale ot, już wracają - zawołała, wskazując ręką dwie dorodne sylwetki dziedziców Doryc, zdążających przez ogród.
Wkrótce nastąpiło typowe przywitanie.
- Kupę czasu, waszmość dobrodzieju, nie widziałem jaśnie pana hrabiego - tłumaczył się ogorzały ojciec Steńki, obejmując spracowanymi dłońmi białe palce hrabiego.
- A bo i asan szlachcic jakoś nie kwapi do Wychorzec zaglądnąć - odpowiadał uprzejmie hrabia. - Ale my tu gadu-dziadu, a ja mam z asanem do pomówienia.
- Ananas nie dziewczyna! - cmoknął ojciec hrabiemu do ucha, wskazując spłonioną Stenię.
- O! jak widzę, dziedzic poeta! - uśmiechnął się pobłażliwie Chłapski, wchodząc wraz z panem domu do gabinetu męskiego. Pan domu obrócił się ku pozostającej w cieniu żonie.
- Matysiu, chodź z nami! - zawołał. - Moja żona! - dodał do hrabiego, wyciągając ku niej ramiona.
Pani Matylda skłoniła się głęboko, jako że znała się na formach towarzyskich; nie darmo była pono Rozwydrzanką z domu. Umilknąwszy więc, przysiadła fałdów na starożytnym fotelu i nadstawiła na ową decydującą rozmowę uszu uzbrojonych w brylantowe spinki oraz biustu, którego jedyną ozdobą była broszka z prawdziwą starą agatą.
- Kolator dobrodziej - zaczął niedbale hrabia - zapewne domyśla się, w jakiej sprawie tu się fatygowałem. Otóż, od dłuższego już czasu staram się, nie pokazując tego jednak po sobie, o względy najbardziej uroczego z pańskich kłopotów. A teraz przyszedłem zapytać się waszmość dobrodzieja, czy mi oddacie jej rączkę, a co za tym idzie... i, jak się nazywa... tego, no – zająkał się nieco zmieszany.
- Zapewne serce! - zaintrygowała rzewnie pani Matylda, chowając starannie łzy do kieszeni.
Gospodarz hrabiowski odchrząknął, jak gdyby kij połknął, tupnął garścią w stół, poklepał krzesło, na którym siedział, i dodał:
- Va banąuel panie, wie pan, proszę pana, hrabio, lubię taką, jak to mówi nasz ksiądz proboszcz: prosto od krowy gadaninę. Znać, że niemalowany hrabicz z hrabiego. Otóż przyjmujemy z zaszczytem zaproszenie jaśnie hrabiego i postaramy się, ja z moją żoną Matysią, przyłożyć dłoni do tej intrygi.
Tu zaśmiał się jowialnie.
- Zawsze to - ciągnął - pańskie oko konia tuczy, jak to mówią, proszę pana, panie, wie pan, a nasza Stenieczka niebożątko schudła i podupadła nieco na serduszku. Bo ona, proszę pana, panie hrabio, to taka poetka! Ale, ho, ho - dodał dobrodusznie - pan, jaśnie hrabia, ją moresu nauczy, bo to powiem hrabiemu na uszko, że tam temperamencik nie tylko od salonu. Krew nie woda! panie, proszę pana, po mnie! Moszterdzieju, po mnie! No, i nie dziwota, Doryccy, dziad w babę, tacy byli! Tu mi konia przysiędzie, tam dziś ją jak z dubeltówką furgnie, jak turkaweczka przez proso, tu mi znów z książką siędnie i czyta, jaśnie hrabio, moszterdzieju, aż książka w kawałki leci, cały boży dzień. Babka jej, Smierdzielówna z domu, też taka była, proszę pana, panie!
Nic łatwego nie było dla tej niewiasty, ze wszystkim sobie radę dała, a konkurentów mogła sobie była na palcach wyliczyć, gdyby ich miała więcej, oczywiście palców. To nie to, co nasza dzisiejsza młodzież. Ale ot! I nasze sto pociech! - zaśmiał się do wchodzącej nieśmiało Steńki.
Uroczo wyglądała nasza bohaterka w odświętnej perkalikowej świtce, ubranej w żywe wisienki. Włosy jej, rozrzucone starannie, spięte były morową kokardą, jednak po wytwornej elipsie jej buziaka przepływała od czasu do czasu melodia smutku o swojskim brzmieniu. Uśmiechnęła się jednak z przymusem, jak dziecko, które droczą, i usiadła wygodnie na fotelu, miękko, rozlewnie, jak gdyby nie była z ciała, ale raczej ze świeżej, pachnącej maślanki.
Pan Dorycki odgarnął czuba, obtarł żonie łzy wylotem rękawa i rzekł już zupełnie spokojnie:
- Czy waćpanna masz serce klęknąć na kobiercu ślubnym z tym oto Jaśnie Wielmożnym hrabią Dolarym Chłapskim i czy uwzględnisz jego życzenia, byś została wkrótce jego rodzoną żoną?
Steńka z mocą przymknęła łzą zalane oczy i pocałowawszy ojca w rękę, rzekła z pozornym spokojem, choć serce jej się tłukło jak Marek po piekle.
- Wody!... - Po czym dodała: - Dziękuję papie: Tak jest, chcę i pożądam sakramentu z hrabią. - I w tej chwili pierwsze w życiu kłamstwo okrasiło jej wargi do czerwoności. - Pragnę także wesprzeć się na jego ramieniu i przyczynić się do tego, bym mogła zostać dobrą żoną i matką.
Przy tych słowach do słońcem nabrzmiałego pokoju weszło cicho, jak gdyby przez drzwi, jakieś swojskie rozrzewnienie i przysiadło na kobiercu, zawodząc z cicha wschodnią melopeę.
- Dzięki ci, Panie Boże, żeś mnie tak pobożną obdarzył córką! - przerwała ciszę matka, całując męża w rękę.
- No, no, moszterdzieju, nie ma za co dziękować - mitygował rozrzewnioną gospodarz. - Ot! lepiej - tu mlasnął językiem na hajduka - napijemy się staropolskiego węgrzyna. Zawsze to panie, proszę pana, trunek nie ubliża, ale przybliża - dowcipkował, by przerwać wesoły nastrój.
Niedługo wierny hajduk Hryć zjawił się, wnosząc na srebrnej tacy wspaniałą, omszałą jak polska matrona, butlę starego węgrzyna, którą był kiedyś przywiózł z wyprawy pod Wiedeń, a bodaj czy je z samego Wiednia, podkrajczy koronny, imć pan Hipodrom Mnożysław, pan na Dorycach. Gospodarz skręcił szyję butelce jednym męskim rozmachem i rozlał jej zawartość do pucharów ze specjalnie na ten cel urżniętego kryształu po rb. 200 sztuka, gdzie widniał w otoczeniu pięciu szlacheckich pałek karmazynowy nenufar na złotym polu chwały. Pan domu podniósł kielich w jednym ręku i powiewając koronkową chusteczką, gotował się do zaintonowania zdrowotnego dla młodej pary toastu, gdy z wrodzoną delikatnością, uprzedzając go, hrabia Dolary wykwintnym ruchem rzekł:
- Parole d'honneur! Asaństwo mili, zwyczajem naszych starych dziadów pozwalam sobie, choć głos tamuje mi wzruszenie, wychylić staropolskie: "Kochajmy się"!
Na to odezwanie się hrabiego tamy lodowe pękły w kawałki. Gospodarz domu, niezbity z basałyku, krzyknął:
- A bodaj cię, luby przyszły, takich nam trzeba gagatków, a nie jakichś tam, moszterdzieju, pantałyków, co to, panie, ani na dach, ani do tańca.
Hrabia Dolary, który będąc wesoły z matki hrabiny, lubił czasem i pożartować, porwał kryształowego Lampiego i runął nim o podłogę wykładaną w prawdziwe esy-floresy dobrego smaku, po czym z wielkopańskim gestem zabrzęczał nieznacznie drobnymi złotymi w kieszeni, zaprosił gospodarza domu na partyjkę wista i po chwili znikli obaj w pokojach o ściśle męskim wyglądzie.
- Matuchno! - jęknęła Steńka, padając matce na ręce i ciche łczenie zakołysało jej łonem.
(...)

Magdalena Samozwaniec, "Na ustach grzechu", wyd. Świat Książki, Warszawa 2007 r.


orangef
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/12 lat temu
Cudne :) w głowie mi się nie mieści, że można tak zgrabnie ośmieszyć dawną artstokrację i wszystkie jej przywary :))))