Milan Kundera „Zasłona”

Piękny, pożegnalno-miłosny esej o literaturze.
Często słychać stąd i zowąd, że powieść to gatunek podrzędny, ot, pochłaniacz czasu dla kucharek. Nic bardziej błędnego! Dobrze wie o tym Milan Kundera, który od lat wykłada na paryskim uniwersytecie teorię powieści.

Z tego wieloletniego obcowania z literaturą europejską wyrosła ta książka – jak sam pisarz mówi – pożegnalna. I przekonująco osobista. Bo przecież własna historia czytania jest historią jak najbardziej intymną. Kundera opowiada też o swoim wyjeździe z Czechosłowacji, o absolutnym niezrozumieniu i obojętności Zachodu wobec „odległego kraju, o którym niewiele wiemy”. To także i nasz status, małego kraju wrzuconego do jednego słowiańskiego worka. Jesteśmy tak samo mało zajmujący. Nikt nie znałby dziś Kafki, gdyby był Czechem, a Gombrowicz czekał latami, żeby Zachód go odkrył – dowodzi Kundera. On sam przecież kilkanaście książek napisał po francusku, wbił się w główny europejski nurt (choć niektórzy uważają, że coś przy tym zgubił), ale jednocześnie pozostał wrażliwy na małe, prowincjonalne literatury. Przecież kiedy Zachód zaczął trąbić o wyczerpaniu powieści, to właśnie pisarze spoza głównego nurtu, z Europy Środkowej, tacy jak Kafka, Musil czy Gombrowicz, odnowili jej formę. Kundera nazywa ich „poetami powieści”. Tylko ten wyjątkowy gatunek, powieść, dociera do „duszy rzeczy” i strach pomyśleć, że kiedyś przestanie tam dążyć. „Przejęty trwogą wyobrażam sobie ten dzień” – pisze Kundera. Jeśli taki dzień rzeczywiście nastanie w Europie, możemy pomyśleć (który to już raz?), że na szczęście istnieje jeszcze Ameryka, a tam powieść ma się wyśmienicie.

Justyna Sobolewska/ Przekrój

Milan Kundera „Zasłona”, przeł. Marek Bieńczyk, PIW, Warszawa 2006
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)