POLECAMY

Między życiem, a błękitem… - odcinek II

Dookoła panujący półmrok, jak w długim tunelu pod Mont Blanc, głucha cisza przenikająca każdy nerw i uczucie rozpływania się w jakimś niebycie; przedziwna lekkość ducha i ciała… Co to? Gdzie? Pytania nasuwające się jedno po drugim i zupełny brak odpowiedzi, ale też brak jakichkolwiek skojarzeń, podpowiedzi… Prawie jak nic i nigdzie…
Dookoła panujący półmrok, jak w długim tunelu pod Mont Blanc, głucha cisza przenikająca każdy nerw i uczucie rozpływania się w jakimś niebycie; przedziwna lekkość ducha i ciała… Co to? Gdzie? Pytania nasuwające się jedno po drugim i zupełny brak odpowiedzi, ale też brak jakichkolwiek skojarzeń, podpowiedzi… Prawie jak nic i nigdzie…

Nagle ogromny ból odczuwalny gdzieś z prawej strony, promieniujący bezlitośnie od biodra aż do stopy. Iga przesunęła lekko ręką i poczuła chłodny, sztywny materiał pod opuszkami nieco zdrętwiałych, jakby zastygniętych palców. Pierwsza myśl jaka przemknęła przez głowę to ta, że przecież nigdy nie lubiła mocno krochmalonej pościeli, dlaczego jest tak chłodno? No i ta cisza, którą z lekka jakby zaczął przełamywać jakiś szelest, jakby odgłosy kroków i ….. Zaraz, zaraz to przecież głos Agaty, ale dlaczego ona tak dziwnie pochlipuje, no i szepcze jak niepoważna sama do siebie?

Między życiem, a błękitem… - odcinek II

- Agata! – Iga próbuje zawołać przyjaciółkę, ale zaschnięte gardło, ściśnięte dziwnym węzłem od środka nie pozwala przedostać się żadnemu dźwiękowi na zewnątrz i stłumiony głos grzęźnie w krtani.
- Co jest? Boże jakie straszne jest uczucie dziwnej, niezrozumiałej niemocy. Co jest z tą Agatą? Zwariowała, dlaczego się nie odzywa normalnie tylko dalej pochlipuje, pociągając nosem jak dawniej kiedy przez lekko tylko uchylone ogromne drewniane drzwi od mieszkania, które jak to zwykle bywa w starej poniemieckiej kamienicy skrzypiały nawet nie ruszane; skarżyła się do Igi ściszonym głosem, że niestety ale ich spotkanie na trzepaku jest nieaktualne. Powód zazwyczaj był ten sam - akcja szlaban na tydzień. No, ale na szczęście mama Agaty nie stosuje już wobec dorosłej córki tych samych metod co w czasach kiedy obie dziewczynki ścigały się, która szybciej zrobi obrót w przód dookoła poprzeczki trzepaka trzymając się tylko zaciśniętymi rękami i opierając o poprzeczkę na wysokości pasa. No więc, co ona w takim razie wyprawia?
- Agata – kolejna próba wydania z siebie dźwięku przebiegła pomyślnie, ale Iga sama trochę się przeraziła słysząc swój zachrypnięty, cichy głos.
- Iga, Kochana! – dopiero teraz była w stanie rozchylić z trudem jakby sklejone „kropelką” powieki i zobaczyła zarys postaci przy swoim łóżku, który nachylał się w jej stronę i delikatnie poczuła uścisk roztrzęsionej przyjaciółki na swych ramionach.
- Agata! Co ty wyprawiasz wariatko? Co ty mnie tak przytulasz? No, i czemu ty beczysz? Iga dopiero teraz rozejrzała się po pokoju, kremowe ściany z uroczą piaskową lamperią, metalowe łóżko z odrapanymi kawałkami emalii, umywalka… Ludzie, jestem w szpitalu…

- Kochana, nic się nie martw, wszystko będzie dobrze. Zobaczysz – wychlipała Agata jakby próbował przekonać bardziej samą siebie niż Igę, że nic takiego się nie stało.
- To, że jesteś stuknięta – wiedziałam zawsze, ale że aż tak …? O co tu chodzi? Gadaj. Co się ze mną stało, dlaczego jestem w szpitalu? I przestań chlipać moja droga, bo pomyślę, że już zamówiłaś orkiestrę i pochówek. – Iga wyrzuciła z siebie te słowa z szybkością karabinu maszynowego, lekko podnosząc już opanowany choć zachrypnięty głos – widziała, że z Agatą w takich sytuacjach nie ma co po dobroci…- Agata miała wrodzoną skłonność do rozklejania się z nawet najbardziej błahych powodów. Bliźniaki mają gorączkę – Agata płacze, Paweł przyszedł później z pracy – Agata czci to minutą łez, ciasto się nie udało – Agata opłakuje je równie poważnie jak odejście najlepszego przyjaciela do wieczności. A propos odchodzenia do wieczności, to ja na pewno jeszcze nie odeszłam – tylko co się stało?
- Miałaś wypadek – wyjąkała Agata - wyjeżdżałaś z pracy z podziemnego parkingu i inny samochód uderzył w twój. Prawdopodobnie kierowca jechał bardzo szybko, nie zatrzymał się na światłach i….uderzył w twój bok. No i tyle …

Iga zaczęła badać sytuację, odchyliła szpitalną sztywną kołdrę z cudowną fioletową pieczątką nabitą w lewym rogu jak tania imitacja monogramu haftowanego na pościeli w wykwintnym hotelu, i zrozumiała skąd ten przeszywający ją zanikający chwilami ból. Noga była zagipsowana od kostki do samej góry aż po biodro. Super!

Iga przystąpiła do inwentaryzacji zniszczeń swego drobnego ciała – oprócz gipsu na nodze reszta była do zniesienia, zadrapania i siniaki da się przeżyć, gorzej z tą nogą. Kilka tygodni z głowy, a potem zdjęcie gipsu i pewnie kuśtykanie od jednego do drugiego rehabilitanta. No, cóż! Przymusowy urlop to jest to. Ale zaraz zaraz, która jest godzina? Przecież miała załatwić tyle spraw przed przylotem Adama. No, nie. Myśli o środkach zaradczych zaczęły kotłować się w jej nieco rozchwianej świadomości. Dobra, poprosi Agatę o pomoc w ugotowaniu czegoś zjadliwego (na marginesie –Agata nie byłaby wymarzoną asystentką telewizyjnego guru od gotowania Roberta M.). Coś, zjadliwego…. Albo nie ciotka Laura –ona coś ugotuje, a Agatę poprosi o przetransportowanie gastronomicznych smakołyków ciotki.

Aj, tylko nici z fryzjera… A niech to!

- Agata daj mi komórkę, muszę zadzwonić do Wojtka – poproszę go o odebranie jutro Adama z lotniska.
- Iguś to nie jutro - to dzisiaj – wypadek był wczoraj, operacja nogi też była wczoraj, spałaś kochana. A ja tu oczy już prawie wypłakałam za tobą – Agata patrzyła badawczo na Igę i cedziła słowa powoli jakby dozując dostawę informacji w obawie przed reakcją coraz bardziej zdziwionej „pacjentki.” - Masz złamanie kości piszczelowej i udowej, gips minimum na 9 tygodni. A potem długa rehabilitacja. Poza tym jesteś trochę poobijana. Ale na szczęście nic poza tym Ci się nie stało, tak się o Ciebie bałam.

Iga słuchała słów Agaty błądząc nieobecnym wzrokiem po kremowych szpitalnych ścianach i od czasu do czasu z niedowierzaniem spoglądając na jej zasmuconą przejętą cierpieniem przyjaciółki twarz.

- No , dobrze, ale co z Adamem? Kto odbierze go dziś wieczorem z lotniska? - teraz Igę bardziej niż jej wypadek i roztrzaskana noga zaprzątała myśl o zorganizowaniu powrotu ukochanego z lotniska i całym tym powitaniu. W centrum jej myśli był on.
- Iga, nie denerwuj się, dzwoniłam do Tomka. On pojedzie po Adama na lotnisko i zawiezie go do domu.
- Dobrze, dziękuję, że o tym pomyślałaś. Tylko….- Iga zająknęła się i zamilkła.
- Tylko co…? – Agata ścisnęła mocniej dłoń przyjaciółki i patrzyła na nią z wyczekiwaniem jak jakaś dobra wróżka próbująca odczytać pragnienie nieszczęśliwego dziecka, którego los postanowiła odmienić jednym pociągnięciem swej czarodziejskiej różdżki.
- Tylko, że to nie tak miało być. To ja miałam na niego czekać w holu terminala, miałam wpatrywać się w te wielkie rozsuwane lustrzane drzwi, ściskając nerwowo dłonie, a potem rzucić się na szyję i utonąć w szerokich ramionach mojego Adasia. - wyrzuciła z siebie z pretensją, a jej usta ułożyły się w podkówkę jak u dziecka, któremu oznajmiono właśnie przed sklepową witryną, że „mamusia nie może kupić tego misia, bo kosztuje on dużo pieniążków.” Iga zawsze ze wszystkim dawała sobie radę, była twarda, silna, mocno stąpająca po ziemi. Tym razem jednak nie było to takie oczywiste. Nie załamała jej wiadomość o jej własnym wypadku, poważnym złamaniu nogi, operacji, ani nawet wizja długiego powrotu do zdrowia. Zmartwiło ją najbardziej to, że nie powita ukochanego mężczyzny wysiadającego z samolotu, powracającego do niej po półrocznej rozłące.

A niech to…! Wszystko sprzysięgło się przeciwko niej, a co z tym kierowca, który spowodował wypadek?

To jego wina, zniweczył jej plany – a miał to być najcudowniejszy weekend w jej życiu, oczywiście oprócz tego kiedy Adam poprosił ją o rękę. Wyjechali wtedy razem do Zakopanego na długi majowy weekend. Prawdę mówiąc, już od jakiegoś czasu czekała na jakiś gest, deklarację ze strony Adama. Chciała być pewna, że on też nie wyobraża sobie życia bez niej, że razem przejdą po zawiłych drogach życia i na starość będę trzymać się za ręce i patrzeć na siebie takim samym ciepłym wzrokiem jak na początku, kiedy się poznali – a może nawet jeszcze z większą miłością i jeszcze większym wzajemnym szacunkiem.

Iga w to, co ich łączyło wierzyła bezgranicznie. Wierzyła w moc tego uczucia i w jego solidne podwaliny. Adam był najważniejszym człowiekiem w jej życiu – przynajmniej tak myślała teraz leżąc na szpitalnym niewygodnym łóżku z unieruchomioną nogą, odrapana i załamana brakiem szans na osobiste uściskanie Adama dzisiaj o 19.50. Koszmarnie pokrętne jest to życie – szydzi sobie z nas na każdym kroku! A gościa, który bez żenady wbił się w bok jej auta oraz w jej osobistą nogę skazałaby bez cienia litości na najbardziej okrutne tortury z czasów mrocznego średniowiecza – może wybrałaby jakiś specjalny zestaw dla „najeźdźców.”

Leżała z włosami rozrzuconymi na białej poduszce, ręka ułożyła się podświadomie tak jak Iga zwykła odgarniać niesforne kosmyki ze skroni.

- Dobrze, że zasnęła – pomyślała Agata, poprawiając szpitalną pościel – teraz musi jeszcze zadzwonić do Tomka, czy aby na pewno odbierze Adama. Iga by jej tego nie wybaczyła gdyby pozwoliła jej ukochanemu czekać w chłodny styczniowy wieczór z walizką na płycie lotniska. Będą musieli mu powiedzieć o wypadku Igi i przywieźć go do szpitala, ale najpierw telefon do Tomka…

Jakże daleko były dzisiaj obydwie od tych czasów kiedy wracając ze szkoły wstępowały do sklepiku na rogu i u rudowłosej Pani Wandy, za uzbierane drobniaki kupowały orzeszki w kolorowym lukrze, pakowane przez zgrabne ręce sprzedawczyni do szarej papierowej torebki, pieczołowicie odważane i uroczyście wręczane dziewczynkom. Dla nich była to zawsze chwila, na którą czekały już od wyjścia ze szkoły. Nigdy więcej żaden słodki przysmak nie smakował tak jak ten rarytas zapamiętany z dzieciństwa.

Magdalena Ryglicka
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)