Małgorzata Kalicińska "Dom nad rozlewiskiem" - fragment 4.

To moja, całkiem nieznana mi mama. Jest niska i dość przysadzista. Maszeruje po korytarzu szpitala tak dziarsko, jak mały… gnom. Tak! Jak gnom.

Po chwili mama wyprowadziła z wnętrza domu starszą kobietę z wykrzywioną od bólu twarzą. Zachowywała się dziwnie, po dziecięcemu. Trzymała mamę kurczowo za rękę, płakała jak dziecko i próbowała wynegocjować pozostanie w domu. Była ewidentnie „nie tego”. Mama spokojnie tłumaczyła:
— Kaśko (tak powiedziała: „Kaśko”), ja tam będę z tobą. Tak trzeba, bo inaczej będzie jeszcze bardziej bolało. No, mądrasku, chodź! Potem kupię ci coś pysznego, zobaczysz!
— Batona?
— No dobrze, batona. Chodź.
W szpitalu mama musiała cały czas być z Kaśką, bo inaczej ta wpadała w popłoch. Siedziałam w korytarzu, w szpitalu, w obcym mieście. Za oknami zmrok zapadł niepostrzeżenie. Jarzeniówki rozświetlały długi hol. Korytarzami chodziły pielęgniarki, stukając o posadzkę drewniaczkami, i nieliczni chorzy w szlafrokach, swetrach, dresach. Stąpali powoli znudzeni, obolali. Pachniało szpitalem i gotowanymi parówkami. Pewnie już robią kolację. Poczułam głód. Z tysiąc lat nie jadłam gotowanej parówki! Z musztardą. Zawsze mówiło się, że parówki robi się z rogów, cycków i ryjów, więc po co to jeść? A teraz marzy mi się gorąca, różowa w środku paróweczka… I niech sobie ma barwniki „identyczne z naturalnymi, produkty białkowe pochodzenia zwierzęcego” i zapach „identyczny z naturalnym”, i nawet konserwanty niech ma! Chcę parówkę!
Mama wreszcie wyszła z zabiegówki. Już nie słyszę Kaśki popłakiwania.
— No, już. Kaśka zaprzyjaźniła się z doktorem i pielęgniarką. To woreczek. Muszą jej usunąć, bo kamienie aż grzechoczą. Szczęściem, obie jesteśmy zaszczepione na żółtaczkę. To co? Do domu? Pewnie zgłodniałaś. Na co masz ochotę? Bo ja na coś wyjątkowego!
— Parówki na gorąco, z musztardą… i piwo! I bułka, może być czerstwa! — wyrzuciłam głośno jednym tchem.
— A ja… — zamyśliła się mama — ja chcę… omlet! Z dżemem. I też piwo! Chodź szybko. Zdążymy zrobić zakupy i jazda!
Patrzyłam na nią i chłonęłam każde jej słowo, gest. To moja, całkiem nieznana mi mama. Jest niska i dość przysadzista. Ma siwą grzywkę uciętą równiutko tuż nad oczami. Reszta włosów siedzi ciasno zwinięta frotką w niedbałą kulkę na głowie. Na piersiach dyndają jej okulary na ładnym łańcuszku. Pewnie sama zrobiła. Z koralików i piórek. Ma długą spódnicę, golf i kaftan taki kolorowy, góralski. Śmieszna jest… Maszeruje po korytarzu szpitala tak dziarsko, jak mały… gnom. Tak! Jak gnom.


Jeszcze nie wiem, czy przejdzie mi przez gardło: „mamo”, ale już ją lubię. Za tę grzywkę, za to, jak chodzi i że patrzy na mnie z dołu i uśmiecha się, lekko marszcząc nos. Zupełnie naturalnie mnie traktuje. Bez ceregieli.
W sklepie bierzemy do koszyka dwa piwa, musztardę i moje parówki. Mama twierdzi, że w domu są czerstwe bułki.
— Zobaczysz, jakie smaczne, z tutejszej piekarni.
Kieruje mną, bo nie wiem, jak jechać. Noc na Mazurach, taka grudniowa, jest jednak ciemna i trzeba znać drogę, żeby trafić do mamy. Zanim powiedziała: „tu skręcamy”, zobaczyłam w światłach reflektorów trzy brzozy, więc mruknęłam: „taaak jest”.
Zwróciłam uwagę, że mama mówi dość swobodnym językiem. W ogóle nie jest spięta, choć rzadko podnosi na mnie wzrok. Jeśli już, to z uśmiechem. Wtedy broda jej się tak fajnie wygładza. Ta dolna część żuchwy. Normalnie jest zwykła taka, a w uśmiechu — skóra się napina i jest trochę tak, jak u młodej Liz Taylor. Nic więcej mama z niej nie ma i całe szczęście! Za to ja zżeram mamę wzrokiem. Aż nieprzyzwoicie.


W kuchni pachną już moje parówki. Siadamy. Parówki są pyszne i nienaturalnie różowe w środku. Musztarda, najtańsza „Sarepska”, smakuje jak kiedyś na pochodach pierwszomajowych z tatą. U nas od dawna kupujemy francuską „Dijon” albo „Bawarską” na miodzie. Nagle wydało mi się to głupie. „Sarepska”! I co tu kombinować? Piwo to świetny dodatek do parówek. Pieni się i szczypie wypijane wielkimi haustami. Pić mi się chciało. Dobrze, że wzięłam dużą butelkę. Mama zjada swój omlet, wielki na cały talerz. Dżem, oczywiście domowy, z truskawek. Połowa omletu ląduje na małym talerzyku, bo mama „już nie może”. Jakbym słyszała Marysię.
— Zjedz, proszę cię. Te parówki to za mało na cały dzień. Jako deser, dobrze? Proszę.
Biorę ten omlet ze względu na dżem. Teraz już powoli pijemy piwo, dojadamy końcówki posiłku, leniwiejemy. Mama dorzuca do pieca. Dopiero teraz uważnie mu się przyglądam. Zajmuje dużą część kuchni. Jest właściwie jedną jej ścianą. Cały z grubych, kremowych kafli, a na nim jakieś duże i małe drzwiczki, szyberki…
— Ogrzewasz dom piecem?
— Tak. Czasem. Jesienią albo wiosną prądem, ale to się nie opłaca. Ten piec jest przedwojenny. Wielki, co? Chodźmy, wstawimy olejak do gościnnego pokoju, bo rano może być zimno. I pomożesz mi z pościelą.
Pokój dla mnie jest drugi za kuchnią. Niewielki, ale prosto i ładnie urządzony. Moją uwagę zwróciło staroświeckie łóżko. Ciemne, z namalowanym ręcznie pejzażem na tylnej desce. Stoi przy lewej ścianie, a na niej, wzdłuż łóżka wisi dywanik. Bardzo po wiejsku. Fajnie. Toaletka też niemłoda, z prostymi zdobieniami. Drewno miejscami ktoś porzeźbił w kwiatowe motywy.
Z szafy wyjęłyśmy pościel. Kremową w dyskretny wzorek i szybko ubrałyśmy kołdrę i poduszkę. W pokoju było zimno, bo piec dopiero rozpoczął pracę po otwarciu szybra. Nawet oddech nam parował. Na pościel mama narzuciła koc, zapaliła nocną lampkę i powiedziała:
— No, chodźmy do ciepłego. Zmęczona jesteś?
— Nie, chyba nie. Jakoś nie chce mi się spać. Miałaś mi opowiedzieć o Kaśce.
— Dobrze, tylko posprzątajmy, bo nie lubię zostawiać do rana.
Kiedy siedziałyśmy już przy stole, po zmywaniu, mama zapaliła dużą, grubą świecę i zaczęła:
— W zasadzie to trzeba by wszystko od początku. Wygodnie ci?
— Tak. Mogę wziąć taboret pod nogi?
Mamy stół kuchenny jest niższy niż wszystkie. Wygodnie się o niego opiera łokcie. Usiadłam bokiem, położyłam nogi na taborecie, jak mama.
Funio zasypiał na swoim dywaniku, a do kuchni cichutko zaskrobał ktoś w drzwi. Mama wpuściła wielką kocicę. Miała ogon jak szczotka do kurzu, futro napuszone, jakby angorskie. Była biała jak śnieg i w ogóle nie zwróciła na mnie uwagi. Powoli podeszła do miseczki, w której leżały chrupki Funia. Nachyliła się i Funio zaniepokojony podbiegł. Wiercił się i próbował coś skubnąć, wtedy kocica prychnęła ostrzegawczo i Funio podbiegł poskarżyć się mamie.
— Nie zaczepiaj Blanki. Ty już jadłeś! No, bo nigdy nie zacznę! — powiedziała i ukokosiła się w swoim „fotelu”.

To już ostatni odcinek powieści Małgorzaty Kalicińskiej "Dom nad rozlewiskiem". Czy poczuliście chęć wyjazdu na Mazury? Chcecie poznać historię Kaśki, dowiedzieć się dlaczego w dotychczasowym życiu Gosi Mama nie istniała? Zapraszamy do księgarń, te cztery fragmenty to dopiero początek historii o tym jak Gosia porządkowała sobie życie.




 
Tagi: książka
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/13 lat temu
Przeczytalam zaledwie te pare fragmentow ksiazki,ale poczulam cala atmosfere panujaca na wsi,w wiejskim domku.cos pieknego i niezapomnianego.niestety mieszkam w tej chwili w Niemczech i nie mam mozliwosci spedzenia wakacji na pieknych Mazurach.tesknie strasznie i mozliwosc przeczytania choc paru stron tej ksiazki bardzo mnie ucieszyla...
/13 lat temu
Jestem oczarowana tą książką,właśnie skończyłam ją czytać w całości. Olbrzymia porcja dobrej zabawy,humoru i życia.Kiedy skończyłam to poczułam smutek,że to już koniec a ja chcę jeszcze!Dzięki pani Małgosiu!