Małgorzata Kalicińska "Dom nad rozlewiskiem" - fragment 2.

Jak dostałam czerwoną kartkę i zeszłam z boiska
/ 25.07.2006 11:56
Jak dostałam czerwoną kartkę i zeszłam z boiska
— Co tak stukasz obcasami? — zagadnął mnie Prezes na korytarzu. — Wpadnij do mnie, mamy do pogadania.
Może wreszcie zaproponuje mi wejście do Zarządu? Ostatnia kampania przyniosła nam niezły szmal. Klient Zygmunta był zadowolony z naszej pracy, a sponsorowany wywiad, który załatwiłam z zaprzyjaźnionym czasopismem, przyniósł wymierny efekt finansowy. Agencji, klientowi i mnie.

— Co tam? — spytałam ciut za swobodnie.
— Gosiu…
Spocił się. Miał krople na czole. Postarzał się i wyglądał na zmęczonego. Czy on w ogóle się bada? Na pewno ma nadciśnienie. To widać gołym okiem. Może wrzody? Koniecznie powinien pójść na długi urlop. Zaraz mu to powiem. Firma nie padnie bez niego. Pracoholik. Zaniedbał się. Zapuścił. Przygasł.
— Gosiu — zaczął raz jeszcze. — Rozmawiałem z główną księgową, policzyliśmy i jest tak, że…
Przerwał i patrzył w blat biurka.
— …że… tego… musisz jeszcze tylko parę lat gdzieś przepracować i możesz iść na wczesną emeryturę… tego… no… A na pewno załatwisz sobie pracę w tym swoim wydawnictwie, z którym współpracujesz, czasopiśmie, do którego piszesz, rozumiesz… My tu robimy zmiany i twój dział likwidujemy. Trzeba zmian, bo wiesz…
— Wywalasz mnie?! — spytałam, niedowierzając własnym uszom.
Wszedł Zygmunt.
— Wywalacie mnie?! — przyparłam go spojrzeniem.
— Nie dramatyzuj, Gocha. Reorganizujemy się. Nastawiamy na inny typ działalności i ty, znaczy twoje stanowisko, wiesz, idzie się… no, kasujemy je! A ja ci obiecuję, że załatwię ci pracę, u kolegów. Coś fajnego się znajdzie. Zobaczysz! — Roześmiał się niby pojednawczo, nieszczerze.

Patrzyłam na nich jak na karaluchy. Prezes nie wiedział, co ze sobą zrobić, więc robił głupią minę. Jak pajac w cyrku. Zygmunt zapalił papierosa, zaciągając się głęboko. Odchylił się na krześle i bujał nim.
— C’est la vie, jak mówią Francuzy — powiedział niby dowcipnie i znów zaciągnął się nerwowo. — Gocha! Nie damy ci zginąć! Znasz specyfikę rynku! No, nie będę cię uczył, na czym to polega! Musimy się rozwijać, zmieniać. Sama wiesz to najlepiej. Jesteś super. Poradzisz sobie! Damy ci porządną odprawę, referencje. Trzymiesięczny ten… no, okres wymówienia i nawet nie będziesz musiała codziennie przychodzić. Fajnie? — spytał zachwycony sobą. Znów odchylił się na krześle.
— Uważaj, bo się spieprzysz — usłyszałam swój kamienny głos.
Wyszłam z gabinetu Prezesa.
Do mojego pokoju wszedł Wiktor. Pierwszy raz usiadł.
— Gocha, nie przejmuj się, nie pasujesz tu. Masz klasę, wiedzę. Wiem, że będzie ci ciężko, ale chcę, żebyś wiedziała, że pożarłem się z nimi. To fiuty. Cała ta reklama to szambo. Ty o tym wiesz i ja też. Mój cynizm pozwala mi brać z tego kasę. Twój… Ty nie jesteś cyniczna. Zawsze jestem do twojej dyspozycji. Możesz na mnie liczyć. Mam kontakty, pomogę ci. Proszę cię. Znajdziesz swoje miejsce.
Pobeczałam się. Bo co innego mogłam?
Teraz wydawało mi się, że wszyscy na mnie patrzą. Szłam korytarzem, a w pokojach cichły rozmowy, czy mi się zdawało? Zamknęłam drzwi do pokoju. Szkoda, że nie ma Grzesia. Wykrakał, ale z nim byłoby mi raźniej. Szkoda.
Mimo wszystko strasznie mnie to „sieknęło”. A ostatnio czułam taką moc, radość… Nic nie jest proste. Pozbywają się mnie jak niemodnej kanapy.
Do domu wróciłam z koniakiem. Wypiłam wielki haust, prosto z butelki. Dopiero teraz mi „puściło” i znów ryknęłam. Szlochałam głośno, bo nikogo nie było. Wyrywało mi się z piersi zawodzenie i krzyk — prawie. Jak u histeryczek. Było mi żal. Siebie, moich wysiłków, całej tej walki z metryką, bitwy o przetrwanie.

I co? To już koniec?! Przestałam się liczyć?! Tak po prostu — won?! Za stara jestem. Po prostu za stara! W żadnej zaprzyjaźnionej agencji już nikt w moim wieku nie pracuje. Chyba że Prezesi. Tak, to ten triumfalny pochód młodości rozjechał mnie jak czołg. Przestałam być „jazzy”.
Rozczulałam się nad sobą głośno i żałośnie. Dobrze było się wypłakać, wywrzeszczeć. Całą sobą dać wyraz rozczarowaniu i bólowi. Chyba nigdy nie pozwoliłam sobie na taki szloch. Po twarzy lały mi się łzy, z nosa ciekły wodniste smarki. Przyniosłam z łazienki rolkę papieru. Cholera!!! Nawet ten papier reklamowaliśmy!
Zadzwoniłam do Konrada. Przyjechał szybko i z troską usiadł naprzeciw mnie.
— No, co się stało, na miłość boską! Mów.
— Wywalili mnie — wykwiliłam i nie mogłam już wydusić ani słowa.
Konrad milczał i patrzył na mnie smutnym wzrokiem.
— Doprawdy… doprawdy… — próbował zebrać myśli.
Nalałam mu koniaku. Sobie też.
— Upij się ze mną, proszę cię! Tak mi smutno!
— Gosieńko — powiedział bardzo miękko, jak nigdy. — Gosieńko, ale to do niczego nie doprowadzi. Po co? Dobrze, zresztą dobrze. Upijemy się. Tylko nie płacz już.
Uspokoiłam się.
Konrad mówił oczywistości, że to przecież nie koniec świata, że mam zawód i możliwości pracy w branży, w której właśnie doświadczenie bardziej się liczy niż młodość. Że moje wydawnictwo dawno już proponowało mi współpracę szerszą niż tylko zlecenia. I takie tam… Pocieszajki.
Teściowa i Marysia wróciły z miasta. Wszyscy mnie pocieszali, a ja bezkarnie się rozklejałam i popłakiwałam. Wolno mi! Dziś jestem nieszczęśliwa i biedna!
Całą sobotę leżałam i myślałam, a w niedzielę pojechałam z Mańką do kina. W głowie miałam gotowy plan. Musiałam zakończyć etap agencyjny i poszukać ciekawej pracy. Nie chcę do końca życia pędzić za szmalem, na oślep, kosztem zdrowego rozsądku, wbrew wewnętrznym nakazom, wbrew sobie. Chcę być potrzebna. Chcę robić coś bardzo pozytywnego, potrzebnego, dobrego. Nie chcę godzić się na bylejakość. Tak! Koniecznie tak!

Przeczytaj:
Małgorzata Kalicińska "Dom nad rozlewiskiem" - fragment 1.
Małgorzata Kalicińska "Dom nad rozlewiskiem" - fragment 3.
Małgorzata Kalicińska "Dom nad rozlewiskiem" - fragment 4.

Przeczytaj recenzję i wygraj książkę:
Małgorzata Kalicińska "Dom nad rozlewiskiem"