Małgorzata Kalicińska "Dom nad rozlewiskiem" - fragment 1.

Konrad się burzył, chyba rozczarowało go małżeństwo, ja… Próby porozmawiania na ten temat spełzały na niczym. Ja tworzyłam swój świat, on usuwał się w swój.
/ 25.07.2006 11:56
Rozpędzona kula śniegu, czyli moje życie w pigule
Zjadam już piętnastą śliwkę. Zrywam je z drzewa w ogrodzie mamy.
Śliwy są leciwe, dość niskie, powykręcane ze starości. Przedwojenne? Sięgam po owoce bez wysiłku i nawet nie wycieram ich o spodnie. Jak taką śliwkę węgierkę nacisnąć odpowiednio, pęka na pół, ukazując zielonobursztynowe wnętrze. Węgierki, te prawdziwe węgierki, są słodkie, mają specyficzną, lekką goryczkę i niepowtarzalny aromat! Pod fioletową skórką, cierpką i gorzkawą, tkwi mięsista niespodzianka, rozlewająca się w ustach słodko–kwaśno, jeśli są dojrzałe, i bardzo słodko, jeśli są po prostu — dojrzałe. Tylko z takich węgierek powidła są świetne. Brązowe, skarmelizowane, gęste.
Jest wrzesień. Objadam się tymi śliwkami, bo zrywam je na powidła i „krótkie” dżemy. Już nie mogę się doczekać smażenia, gadania, mycia spirytusem słoików. Całego tego obrzędu. Późnopopołudniowe słońce grzeje mnie w plecy. Lekki, ciepły wciąż wiaterek szemrze w gałęziach. Tak tu spokojnie…
Już ponad rok, odkąd tu jestem, i nie wyobrażam sobie, jak mogłam żyć w Warszawie — mieście rozpędzonych samochodów, rozpędzonych ludzi? Wśród krzykliwych reklam, obcego mi coraz bardziej świata, którego byłam fragmentem… rozpędzoną kulą? Jak spędziłam tyle lat bez mamy, śliwek, Rozlewiska, Kaczki Obrażalskiej, Piernackiego, Kaśki, Funia, Mazur…?
(..)
***
Koloseum,
czyli pracowałam w TVP
Przed agencją pracowałam w telewizji. Taka biurowa dłubanina, pomoc w redagowaniu porannego programu. Miałam trzydzieści lat, mąż dawał mi solidne oparcie finansowe, a tę pracę traktowałam jako odskocznię po poprzedniej, nudnej robocie w wydawnictwie.
W domu królowała teściowa, córeczka nie wymagała ustawicznego niańczenia, mogłam się „realizować” i znajoma załatwiła mi tę telewizję. Pracy nie miałam zbyt dużo, wykorzystywałam więc mój znakomity zmysł obserwacyjny. (...)
Największym przewinieniem w telewizji nie są błędy, potknięcia, tylko starzenie się. Stary wygląd, stare poglądy, choćby nawet na kulturę, stara szkoła — to grzechy niewybaczalne! Zostawiono dwoje, troje redaktorów „starych”. Resztę zastąpiła świeża krew. Czy lepsza?
Pamiętam takie zdarzenie z mojej pracy w telewizji. Kolega poprosił mnie, bym dostarczyła dyrektorowi projekt programu, który wspólnie przygotowaliśmy. Dyrektorem był młody, szczupły człowiek, blondyn o rozmarzonych oczach. Znawca literatury, który występował w programach opiniotwórczych.
Kulturalny, inteligentny, mądry… Miałam wtedy nogę w gipsie, ale dość sprawnie poruszałam się o kulach. Podjechałam taksówką na ulicę J.P. Woronicza i pokuśtykałam do odległego bloku. Wejście na piętro i spacer słynnymi z długości korytarzami Telewizji Polskiej nie należały do przyjemności. Wreszcie zapukałam do pokoju dyrektora. Po cichym: „Proszę” weszłam i wyłuszczyłam, po co przychodzę. Odpowiedział, żebym poczekała na zewnątrz, bo on teraz nie może. Wyszłam. Oparłam się o ścianę, bo jedyna noga, na której chodziłam, była już porządnie umęczona. Ktoś z pokoju sąsiedniego wyniósł mi krzesło. Czekałam. Przygotowałam się na rozmowę o programie, dość ważnym społecznie. W ręku miałam projekt.
Po dwudziestu minutach ktoś bez pukania, znaczy — ważny, wszedł do Pana Dyrektora i, wychodząc, zaprosił mnie do środka.
Weszłam. Młody pan nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem, przeglądając papierki. Był blady, rozczochrany, rozkojarzony. Podałam jego wyciągniętej dłoni nasz plan. Nie poprosił mnie, bym usiadła, tylko spytał, rzucając okiem na mój dokument:
— Czemu to redaktor X (mój kolega) nie przyszedł?
— Ma chorego tatę — powiedziałam to, czy też coś równie prawdziwego.
— Hmm… dobrze… — w jakimś dziwnym zamyśleniu powiedział Pan Dyrektor, ni to do mnie, ni to do dokumentu, który udawał, że czyta. — Dziękuję pani…
Wyszłam ogłupiała całkowicie jego… chamstwem. No tak, chamstwem! Tak by to nazwała babcia Eleonora, największa znawczyni dobrych manier w mojej rodzinie. Mógł zniszczyć nasz program merytorycznie! Proszę bardzo! Ale żeby trzymać mnie, z nogą w gipsie widocznym jak cholera, za drzwiami swojego gabinetu, za które wyprosił mnie, nonszalancko, wiedząc, że tam nie ma na czym usiąść… No, no! Ale panisko! Byłam zła na siebie, że nie chlusnęłam mu w twarz tego, co czułam. Wymagam od siebie i innych elementarnych zasad dobrego wychowania! Niech siedzi za biurkiem, gdy kobieta wchodzi. Trudno. Ale na jednej nodze ciężko jest, baranie, chodzić, stać, czekać na twoją łaskę. Pampers zafajdany.
Wtedy zadecydowałam, że nie wrócę na Woronicza czołgać się przed gówniarzami, lizać tyłków szefowym o niewyżytych instynktach władczych, do kolegów sinych z przerażenia, czy aby ja, nowa, im nie zagrażam. Rozmawiających ze mną czujnie, ostrożnie, bo a nuż capnę ich stołek. Lekceważącej mnie koleżanki, która awansowała na gwiazdę i teraz ledwo mnie dostrzega.

Prehistoria w Agencji,
czyli pożółkła fotografia
Po telewizji zaczęłam nowe życie w Agencji. Byliśmy młodzi, bardzo chętni do pracy i kariery. Zupełnie nie czułam różnicy lat. No tak, byłam ciut starsza, ale jaka młoda duchem! Firmę tworzyliśmy od podstaw. Razem. Prezes miał jasną wizję tego, co chce osiągnąć, więc praca była łatwiejsza.
Reklama! Taki modny kierunek! Taka widoczna wszędzie nasza praca! Banery, billboardy, reklamówki telewizyjne, ulotki i cały ten… chłam.
Pojawiły się pierwsze pieniądze. Wymieniłam samochodzik na samochód, dołożyłam się do domowego budżetu. Byłam z siebie dumna! Niestety, nikt w domu nie podzielał mojej radości, bo „przecież nie musisz tego robić”. Konrad od lat demonstrował swój żal, że nie jestem taką „żoneczką”, jaką chciał mieć. Najczulej wspominał te lata, gdy Marysia była malutka, a ja w kretonowej podomce czekałam w domu, pachnąca mlekiem. Nie dziwię mu się, może to i byłoby fajne, ale od kiedy poszłam do pracy, czułam swoją wartość. Lubię być chwalona, doceniana. Tato rozbudził we mnie ambicję. Tak już mam.
Dzwoniłam do domu wieczorami i poza tym, że wszystko w porządku, niewiele się dowiadywałam. Marysia chwaliła się stopniami, opowiadała, na jakim filmie była z tatą i co babcia robi na obiad. Spokojna wracałam do świetlicy.
Nikt już nie chwalił moich umiejętności. Chłopaki, popijając każde słowo piwem, żartowali z koleżanek, robili się hałaśliwi i nastawiali muzykę, od której robiło mi się niedobrze. Dziewczyny bawiły się doskonale, dając temu wyraz chichotem lub głośnym, gardłowym śmiechem, brzmiącym jak nawoływanie w puszczy.
Konrad się burzył, konflikty narastały, bo nagle nauczyłam się stawiać na swoim. Oddaliliśmy się od siebie. Brakowało wspólnych tematów. Zdarzały się ostre awantury, bo Konrad, odkąd zmarł tato, był moim sterem. Doskonale pełnił funkcję kapitana na naszym statku.
To on decydował w wielu sprawach, a ja zgadzałam się, bo bałam się podejmowania decyzji. Kiedy wydoroślałam, awansowałam, stałam się mocniejsza i zapragnęłam suwerenności, szacunku dla moich wyborów, wściekł się.
Chyba rozczarowało go małżeństwo, ja… Nie umiał tego nazwać nawet dla własnej potrzeby. Próby porozmawiania na ten temat spełzały na niczym. Ja tworzyłam swój świat, on usuwał się w swój. Nigdy nie tryskał humorem, był poważny i rzeczowy, ale chyba czuł, że coś go w życiu omija, a ja nie umiałam go zrozumieć, nakierować na właściwy tok myślenia.

Przeczytaj:
Małgorzata Kalicińska "Dom nad rozlewiskiem" - fragment 2.
Małgorzata Kalicińska "Dom nad rozlewiskiem" - fragment 3.
Małgorzata Kalicińska "Dom nad rozlewiskiem" - fragment 4.

Przeczytaj recenzję i wygraj książkę:
Małgorzata Kalicińska "Dom nad rozlewiskiem"
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (14)
/07.01.2007 22:02
dawno nie czytałam tak dobrej księżki - Grochola się chowa. W pewnym momencie zatraciła mi się rzeczywistość i czułam się, jakbym była u nich na wigilli. Chyba chciałabym spędzić u nich lato, choć nie przepadam zaMazurami. Czekam z niedierpliwością na dalszy ciąg - mam nadzieję!!!!
/26.12.2006 16:54
Przeczytałam książkę i jestem pod wielkim wrażeniem, poprostu książka jest niesamowita, taka prawdziwa.Piękna! Dziękuję autorko za tą książkę :-)Jestem pełna uznania, czekam na drugą część :-D
/10.10.2006 17:19
prawdziwa ..... poprostu trzeba to przeczytac ... i uwierzyc ... ze gdzies mozna sie jeszcze tak czuc jak Gosia nad Rozlewiskiem! pozdrowienia dla autorki i gratulacje, za ksiazke daje do myslenia!
POKAŻ KOMENTARZE (11)