Kryminał na lato, cz. III

Z pozoru Dennis wydawał się jak zwykle dobroduszny. Jednak jego spojrzenie było ostre jak sztylet. Poza tym nie przeprosił jej za to, że musiała na niego czekać. A jeśli nie było to zwykłe niedopatrzenie...
Kryminał na lato, cz. III



(...)
Polly przeszła zalaną słońcem High Street i rynek, po czym spojrzała na zegarek i stwierdziła, że przyszła dokładnie na czas. Zbliżając się do biura, zobaczyła mężczyznę o azjatyckich rysach, który trzymał za rękę małego chłopca i otwierał drzwi wejściowe. Chłopiec miał w ręce łódkę i gdy wchodzili po schodach, z podnieceniem o czymś opowiadał. Polly szła za nimi. Potem mężczyzna otworzył drugie drzwi, za którymi spostrzegła następne schody. A więc nad biurem było mieszkanie. Zastanawiała się, czy również należało do firmy Brinkley i Latham. Dennis musi być nieźle sytuowany. Jeden z jego klientów, jak mówił kiedyś Mallory, był właścicielem połowy hrabstwa Bucks. Po chwili Polly znalazła się dokładnie w tym samym miejscu, w którym była zaledwie kilka dni temu, tym razem jednak na szczęście bez balastu w postaci któregoś z rodziców.
– Panna... – sekretarka zajrzała do terminarza – eee... Layton?
– Lawson. – Najwyraźniej Gail Fuller postanowiła udawać, że jej nie pamięta. Ten dzień niewątpliwie należał do zazdrosnych kobiet. Ta była niesamowita. Na górnej wardze połyskiwał skrzętnie przez nią ukrywany tleniony wąsik. Efekt był niezły, dopóki, tak jak teraz, promień światła nie wydobył z włosków kilku błysków. Szorstka i nierówna skóra twarzy była również schowana pod grubą warstwą różowego podkładu. Wygląda jak pokryta meszkiem kulka lodów malinowych, stwierdziła Polly.
– Niestety, pan Brinkley trochę się spóźni. – Nieznaczny ruch głową w kierunku twardego krzesła z drewnianymi podłokietnikami. – Proszę usiąść.
Polly opadła jednak na małą sofę, poprawiła dla wygody poduszki i zaczęła przeglądać czasopisma: bieżące gazety, ostatnie wydania "Economist" i "Spectatora", kilka numerów "Private Eye". Wybrała "Independent" i próbowała się skupić na artykule na temat teatru ulicznego w Gorbals. Nie przykuł jednak zanadto jej uwagi i z każdą mijającą minutą narastało w niej zdenerwowanie. Myślała o tym, ile problemów musiała pokonać, by się tu zjawić na czas. Przerzuciła kilka stron "Private Eye". Jak zwykle nic mądrego. Ledwo się powstrzymała, żeby gwałtownie nie rzucić gazetą o podłogę.
Drzwi recepcji się otworzyły. Polly z nadzieją podniosła wzrok i zobaczyła Andrew Lathama. Szedł z plikiem listów, które wrzucił do drucianego koszyka z napisem "Poczta" na biurku pani Fuller. Uśmiechnął się do Polly i puścił do niej oko, po czym zniknął.
Jakże inaczej to sobie wyobrażała. Dennis miał ją powitać z miłym uśmiechem w sekretariacie, potem wprowadzić do biura, trochę jej ponadskakiwać, upewnić się, czy ma wszystko, czego jej potrzeba, wreszcie zasiąść do długiej rozmowy od serca. Tymczasem upłynęło następne pół godziny, zanim w ogóle go zobaczyła.
– Moje drogie dziecko...
Dziecko? Nie spodobało się jej to.
– Gail zajęła się tobą jak należy?
Lepiej by się bawiła u chirurga pod znieczuleniem ogólnym.
– Oczywiście.
– Napijesz się czegoś? – zapytał, gdy znaleźli się w jego biurze.
– Jak dla mnie, trochę za wcześnie – zaczerwieniła się. Spostrzegła, że poruszył nosem i zastanawiała się, czy poczuł campari.
– Myślałem o herbacie.
– Jasne. Z przyjemnością.
Dennis zadzwonił do sekretariatu, a potem przeszedł do grzecznościowych pytań. Jak się mają rodzice? Jak rozwijają się plany dotyczące ich nowej firmy? Czy przyjechała na dłużej? Benny na pewno cieszy się z jej towarzystwa.
Polly nie mogła znaleźć słów, żeby opisać, jak miła i gościnna jest Benny. Rodzice przesyłają pozdrowienia. Odczuwają wielką ulgę na myśl, że ich córka może się zwrócić o pomoc do takiego doradcy. I starego przyjaciela rodziny.
Do biura weszła sekretarka, niosąc tacę z kubkami z herbatą tak mocną, że mogłaby rozpuścić nie tylko cukier, ale i łyżeczki. Znalazły się też herbatniczki z rodzynkami. Dennis wziął wielki łyk herbaty i z wyraźną przyjemnością rzucił się na ciastka. Polly natomiast ostrożnie spróbowała herbaty, po czym zaczęła się modlić, żeby szczotkowanie usunęło ciemny osad z zębów.
W końcu, odsuwając na bok filiżankę, podstawek i kilka niezjedzonych ciastek, Dennis zagaił:
– A więc, Polly, co mogę dla ciebie zrobić?

– No cóż... – kiedy wreszcie nadeszła wyczekiwana chwila, Polly nie wiedziała, od czego zacząć. Przećwiczyła rozmaite możliwości, decydując się reagować odpowiednio do sytuacji. Teraz okazuje się, że jest to trudniejsze, niż się spodziewała.
Z pozoru Dennis wydawał się jak zwykle dobroduszny. Jednak jego spojrzenie było ostre jak sztylet. Poza tym nie przeprosił jej za to, że musiała na niego czekać. A jeśli nie było to zwykłe niedopatrzenie, lecz rozmyślna gra polegająca na próbie sił, w której sama uwielbiała brać udział? Jedno było pewne: nie będzie to przyjacielskie spotkanie, pod koniec którego zaczną omawiać interesy. Polly stwierdziła, że najsensowniej będzie zdecydować się na szczerość i otwartość.
– Chodzi o moje... – urwała, pamiętając, że słowo "pieniądze" nie padło ani razu podczas odczytywania testamentu. Wydawało jej się, że roztropnie będzie przestrzegać tej subtelnej różnicy. – ...o mój spadek.
– Rozumiem – odpowiedział Dennis, który nie oczekiwał niczego innego. – Cóż, ponieważ nie możesz go otrzymać jeszcze przez jedenaście...
– Dziesięć.
– ...miesięcy, nie ma sensu, bym ci doradzał, jak inwestować. Rynek inwestycji jest zmienny i kapryśny. To, co dzisiaj wydaje się opłacalne, jutro może się okazać zupełną klapą.
– Zdaję sobie z tego sprawę. – Zwracał się do niej tak, jakby miała sześć lat. – Nie wiem, czy tato o tym wspominał, niedługo zacznę ostatni rok na LSE.
– Tak, mówił. Brawo!
Zaczerwieniła się. Przełknęła głośno ślinę. To protekcjonalne pogłaskanie po głowie przepełniło miarę. Dennis przysunął blok kartek z firmowym nagłówkiem i odkręcił pióro.
– Jeśli masz jakieś oszczędności, które chciałabyś zainwestować, mogę zaproponować...
– Dziękuję, Dennis. Nie proszę o darmowe porady. – Oszczędności! Gdyby tylko...! Nie miała nic, oprócz potwornego długu rosnącego z każdym dniem. – Chciałam tylko pokazać, że dysponuję umiejętnościami niezbędnymi do zarządzania pieniędzmi. Nawet... sporymi kwotami.
– Polly, w tej sprawie nie mogę nic dla ciebie zrobić.
Doskonale wiedział, dlaczego przyszła – to było jasne. Oraz do czego to doprowadzi. Z czego wynika, że wyrażenie przez niego zgody na spotkanie było niczym więcej, jak tylko żartem. Ogarnęło ją oburzenie. Ogarnęło i wybuchło.
– To śmieszne, nie sądzisz? Mogę już głosować, rodzić dzieci, zaciągnąć się do wojska i dać się zabić na wojnie, wyjść za mąż, wygrać na loterii, zejść na drogę przestępstwa, zostać osądzona tak jak inni dorośli i skazana na więzienie, ale ciągle jeszcze nie uważa się mnie za zdolną do zadbania o jakieś marne sześćdziesiąt tysięcy funtów!
– To musi się wydawać bardzo niesprawiedliwe...
– Nie musiałbyś o tym mówić moim rodzicom. – Rany boskie, co ona wygaduje? Jakby kiedykolwiek przyszło mu do głowy wchodzić z nią w jakieś układy przeciwko rodzicom. Wszystko szło nie tak. – Przepraszam. Nie chciałam tego powiedzieć.
– Rozumiem twoje rozgoryczenie, moja droga. I współczuję ci. Jednak wypłacenie tych pieniędzy nie jest w mojej mocy.
Zdanie to, choć prawdziwe, nie było wygłoszone z, jak założyła Polly, profesjonalnych pobudek. W rzeczywistości zapisany jej spadek, jako część majątku Carey Lawson, znajdował się już z technicznego punktu widzenia w rękach Lawsonów. Dennis miał tylko nadzieję, że Mallory jest na tyle rozsądny, żeby zachować tę informację dla siebie.
Polly, zdenerwowana, zawiedziona, ze łzami wściekłości pod powiekami, wstała i zaczęła się kierować do wyjścia.
– Polly!
Przystanęła, ledwie się odwracając. Pod skórą jej szyi Dennis dostrzegł nierówno pulsującą tętnicę.
– Masz jakieś kłopoty?
– Kłopoty? – wydała z siebie piskliwy, pełen niedowierzania śmiech. – Szczerze, Dennis...
– Czemu mi o nich nie powiesz? Może mógłbym ci w czymś pomóc. – Widział, jak jej palce chwytają uchwyt przy drzwiach, przekręcają go. Krótka chwila wahania. Kontynuował: – Wszystkie spotkania z klientami są poufne. Nikt się nie dowie, że tu byłaś.
Faktycznie, pomyślała Polly. Nikt, oprócz Andrew Lathama i panny Zarośniętej. I wszystkich pracowników biura. I tych, którzy widzieli, jak wchodziła po schodach. Trzasnęła drzwiami i wyszła.
(...)

Fragment pochodzi z książki Caroline Graham, "Duch w machinie", przeł. Anna Sawicka-Chrapkowicz, wydawca: GWP, data premiery: 20.09.2007. Dodatkowe informacje na blogu: midsomer.blox.pl






Lubisz takie opowieści? Stwórz własną historyjkę z dreszczykiem! Czytaj i pisz
:kryminalne zagadki internautów
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)