Kryminał na lato, cz. II

Dennis ze zdziwieniem zauważył, że spisywanie snów, które zaleciła mu terapeutka, sprawia mu dużą przyjemność. Było to nawet podniecające...
10004157.JPG

(...)
Dennis z typowym dla prawnika spokojem słuchał, jak Kate i Mallory rozwodzą się nad szczegółami dotyczącymi ich nowej firmy. Jednak pod zewnętrzną maską profesjonalizmu kryło się spore podniecenie. Mieszkańcy Forbes Abbot, przekonani, że pan Brinkley jest bardziej skomplikowany, niż można by sądzić po jego zewnętrznym wyglądzie, mieli rację. W ciągu dnia odnoszący sukcesy strateg finansowy, a z zamiłowania kolekcjoner alarmująco przedziwnej maszynerii; jeszcze jednego oblicza Dennisa nie znał nikt, nawet Benny.
Dennis ze zdziwieniem zauważył, że spisywanie snów, które zaleciła mu terapeutka, sprawia mu dużą przyjemność. Było to nawet podniecające. Zaczął wstawać godzinę wcześniej niż zwykle, kiedy jeszcze miał je na świeżo w pamięci. Wcale mu to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, bardzo to polubił, a czasami chwytał za pióro jeszcze przed poranną herbatą.

Bywało, że nie miał czego zapisywać, wtedy jednak i tak siadał, i przeglądał swoje notatki, starając się w nich dostrzec jakiś wspólny wątek. Niekiedy wydawało mu się, że go zauważa, częściej jednak nic ich nie łączyło. W takich wypadkach Dennis sam go tworzył, usiłując wprowadzić jakiś sens w ten nocny chaos. Choć jako dziecko nigdy nie był dobry z angielskiego, okazało się, że ten twórczy proces nie przysparza mu większych trudności.

Mniej więcej w tym samym czasie jego nocne spacery wśród machin wojennych stały się wolniejsze i prowokowały go do refleksji. Dennis często przystawał, by przeanalizować tabliczki ze szczegółowymi informacjami na temat straszliwych możliwości maszynerii. Te same, które tak przeraziły panią Crudge. Często towarzyszyły im rysunki ludzkich postaci, głównie po to, by ukazać skalę urządzenia. Teraz, z wyobraźnią działającą na pełnych obrotach, zaczął dokładniej się im przyglądać. Nadawał im imiona, zastanawiał się nad ich wiekiem i zawodem. W nieunikniony sposób ludzie ci zaczęli mu się wydawać coraz bardziej realni. Dennis umieszczał ich w wyobrażonej przez siebie scenerii zielonych wzgórz, wodospadów i białych zamków z wieżyczkami, niczym wziętej z dawnych obrazów religijnych, które oglądał we Florencji i Rzymie. Obdarzał ich żonami, dziećmi, przygodami, nie szczędził wrogów. Stopniowo jeden z nich, barwniejszy i bardziej ognisty niż pozostali, zaczął się wybijać na pierwszy plan.

Właśnie wtedy Dennis porzucił prosty zeszyt i zwykły długopis, które służyły mu do robienia notatek. Choć wstydził się do tego przyznać nawet przed sobą, zaczął traktować to wszystko bardzo poważnie. Kupił kilka ryz najlepszego, kremowego welinu i czarny atrament. Trzymając w ręce nowe pióro Mont Blanc, żałował, że nie ma zwykłego, ptasiego pióra, które mógłby zaostrzyć. Łabędziego albo gęsiego. Albo najlepiej kruczego, takiego, jakim posługiwali się mistrzowie kartografii. Krążąca mu po głowie niesprecyzowana do końca myśl, że mógłby zostać pisarzem, stopniowo nabierała kształtów, aż w końcu, w miarę jak rósł stos starannie zapisanego papieru, nie mógł już przed nią uciec. Wieczorem, po pracy pędził do domu, niekiedy nawet nie tracąc czasu, żeby coś przegryźć, i przenosił się w świat średniowiecza.


Nazwał swojego bohatera Jean de Mares i powołał do życia w 1340 roku w normandzkiej wiosce Cocheral. Jean był uczniem u miejscowego kowala, a po jakimś czasie stał się doskonałym płatnerzem i wytwórcą tarcz. Jego sława rosła, a panowie i ich rycerze wyrażali się o nim tak pochlebnie, że wkrótce zwrócił na niego uwagę sam sir John Hawkwood. Wezwany do Paryża, de Mares ze wszystkich sił starał się przystosować do świata tajemnic, zdrady i intryg, jakim był dwór Karola V. Jednak niemal natychmiast uczciwy kowal podpadł podstępnemu Pierre’owi d’Orgementowi, doradcy królewskiemu. Wpływowy przeciwnik wykorzystał pomoc swojej kochanki, która rzuciła na Jeana urok. Uwikłany w spisek, nie mogąc się zorientować, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem, został pojmany pod zarzutem zdrady króla. Kara? Zmierzyć się w walce z Bertrandem du Guesclinem, cieszącym się złą sławą i pozbawionym skrupułów mistrzem podstępnej strategii, całkowicie obojętnym na zasady obowiązujące w turniejach.

Była to popisowa scena i jednocześnie zakończenie powieści. Dennis stworzył ją błyskawicznie, aż kręciło mu się w głowie od podniecenia i emocji. Gdy ją ukończył (o trzeciej w nocy), uniósł głowę i ze zdumieniem rozejrzał się wokół siebie. Uporządkowany, prosty salon wydawał mu się nierealny, jak z innego świata. Konna walka na kopie, powiewające proporce i chwiejące się jedwabne namioty pod miedzianym niebem – to była jego rzeczywistość. Brzęk stali i ogłuszający tętent kopyt. Trzeszcząca skóra, końskie łajno i pot. Wszechobecna krew.
Przez następne dwa wieczory, już nieco uspokojony, napisał końcową scenę jeszcze raz. Nadał jej właściwe tempo, starając się zachować oślepiające kolory i dziką energię, siłę, która nieubłaganie prowadziła powieść do mrocznego zakończenia.
Po jakimś czasie Dennis miał wrażenie, że zaraz odpadnie mu prawa ręka. Dość wcześnie zdał sobie sprawę z faktu, że przybrana przez niego podczas pisania poza jest dość niewygodna, jednak nie umiał się przestawić na inną metodę pracy. W końcu przeniósł Królewskiego zbrojmistrza do komputera, dokonując przy tym w tekście drobnych poprawek. Ciągle jeszcze miał w pamięci elektryzujące i nieznane mu dotąd poczucie władzy, gdy powoływał do istnienia ludzką istotę.

Powieść liczyła niemal pięćset stron. Dennis nie wiedział, co ma ze sobą zrobić, gdy ją skończył. Był wykończony, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Jego sny się zmieniły. Teraz pojawiały się rzadziej, były wyciszone, spokojniejsze. I chociaż książka, namacalna i rzeczywista, leżała schowana w oficerskiej skrzyni w salonie, jej powstanie ciągle było dla niego wielką tajemnicą. Jak to możliwe, żeby przez ponad pięćdziesiąt lat nie wiedzieć, że jest się pisarzem? Niewiarygodne. Nie mógł, rzecz jasna, nikomu o tym powiedzieć. Byłoby to zbyt krępujące. Wystarczyło po prostu, że pisał. (...)



Fragment pochodzi z książki Caroline Graham, "Duch w machinie", przeł. Anna Sawicka-Chrapkowicz, wydawca: GWP, data premiery: 20.09.2007. Dodatkowe informacje na blogu: midsomer.blox.pl




Lubisz takie opowieści? Stwórz własną historyjkę z dreszczykiem! Czytaj i pisz
: kryminalne zagadki internautów


SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/12 lat temu
Dennis wcale mi nei wygląda na mordercę. Po prostu ma nietypowe zainteresowania!