Karen Quinn „Opowieści Ivy” - fragment 4.

Nagle zauważyłam Cadmona w szlafroku, który siedząc na klozecie, namydlał nagą kobietę w mojej wannie. Nagą kobietą była Sassy, żona Draytona.
/ 08.06.2006 01:28

Na dole czekała na mnie czarna limuzyna marki Lincoln Town Car, przesiąknięta odorem papierosów i potu. Niestety, po raz ostatni Myoki odsyła mnie do domu w stylu przynależnym kadrze kierowniczej średniego szczebla z Manhattanu. Pojechaliśmy Church i skręciliśmy w Green na Soho. Ulice były pełne ubranych na czarno ludzi o przetłuszczonych włosach; ludzi, których godziny spędzane w pracy upływały z dala od świata wielkich korporacji. Z czego oni żyją? – zastanawiałam się. Ostatnie czternaście lat spędziłam w szczelnie odizolowanych biurach Myoki Bank. Po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że istniał także świat, w którym ludzie w zwykły roboczy dzień przebywali na ulicach o godzinie drugiej po południu. Może i ja mogłabym zostać jedną z takich osób? – pomyślałam. Ci ludzie wyglądają tak, jakby byli zupełnie wolni.
– Bliżej rogu czy dalej? – zapytał kierowca, gdy dojeżdżaliśmy do mojego budynku.
– Bliżej – odparłam.
Poprosiłam o mój voucher. Wpisałam na nim pięćsetdolarowy napiwek i życzyłam kierowcy miłego dnia.
Idąc przez hol, czułam na sobie zdenerwowane spojrzenia portiera i dozorczyni. Muszę mieć chyba wypisane na twarzy, że właśnie mnie wylali.
Z ulgą weszłam do windy. Nagle mi się przypomniało, że przecież portierzy przyglądają mi się przez ukrytą kamerę, uniosłam więc wysoko głowę. Marzyłam o pełnych współczucia objęciach Cadmona, w które na pewno mnie weźmie, gdy tylko o wszystkim mu opowiem.
– Cadmon – zawołałam, wchodząc do mieszkania. – Cad…?
Rozejrzałam się, ale nigdzie go nie zobaczyłam. Nie siedział przy swoim komputerze. Na pewno ćwiczy w sali. Sir Elton, nasz mops, przybiegł się ze mną przywitać. Na mój widok z radości zaczął gonić własny ogon. Wyminęłam go. Z kuchni dobiegały mnie głosy Rosie, naszej niani, i Elvy, pokojówki. Pytlowały o czymś po hiszpańsku. Nie miałam siły stanąć z nimi twarzą w twarz. Co sobie pomyślą? Ja w domu w środku dnia. „Wyleciała z pracy!”. Do jutra dowie się o tym każda pokojówka i niania na Park Avenue. Następnego dnia wiadomość dotrze do ich pracodawców. Rany, co za wstyd!


Zrzuciłam żakiet i nagle poczułam się skrajnie wyczerpana. Powinnam się wczołgać do łóżka czy też raczej poćwiczyć? Do łóżka. Zdecydowanie. Szkoda, że jeszcze nikt go nie rozścielił. Siku. Muszę się wysikać. A później już tylko spać albo płakać, zależy, co przyjdzie pierwsze. W łazience, kiedy do niej weszłam, unosił się zapach kwiatów pomarańczy. Zupełnie tak, jakby ktoś zawczasu pomyślał i przygotował mi cudowną kąpiel. Nagle zauważyłam Cadmona w szlafroku, który siedząc na klozecie, namydlał nagą kobietę w mojej wannie. Nagą kobietą była Sassy, żona Draytona. Święta Mario, Niepokalana Dziewico, co za cycki!
Nienawidziłam jej. To niesamowite, ale moją pierwszą myślą było: Jak ona to robi – operacja plastyczna czy siłownia? Zaraz potem zapragnęłam cisnąć w tę doskonałą twarzyczkę dezodorantem. Jak schwytane w światła reflektorów zające, Sassy i Cadmon spojrzeli na mnie. Stanęłam jak wryta, kompletnie oniemiała.
– Pieprzysz się z Sassy? – zapytałam Cada cicho, z góry znając odpowiedź.
– Pozwól, że ci wyjaśnię – powiedział Cadmon, przyjmując ten sam rozsądny ton, którego zawsze używał, ilekroć czuł, że musi nade mną zapanować. – Nic się nie stało. Wiem, jak to wygląda, ale…
– Przestań – warknęłam. – Chyba nie przypuszczasz, że aż taka ze mnie idiotka. Wynocha. Macie się oboje stąd wynieść.
– Sassy tymczasem usilnie starała się ukryć swoją nagość, próbując zniknąć w pianie. Zamiast płakać, byłam wściekła. I słusznie. Tych dwoje kłamliwych podleców zasługiwało na mój gniew.
Spojrzałam na Sassy.
– Wynoś się – rozkazałam, wskazując na drzwi. – I to natychmiast.
– Dobrze, ale czy mogłabyś mi podać ręcznik… proszę – odparła przerażonym głosem.

– Och, chciałabyś się wysuszyć? Wysuszyć? – Chwyciłam suszarkę do włosów, która zawsze włączona do kontaktu, leżała obok umywalki, włączyłam ją na najwyższe obroty i wrzasnęłam: – Jeśli w tej chwili nie zabierzesz z mojego domu tego swojego kościstego tyłka, tym się wysuszysz! – Groźnie przysunęłam suszarkę nad wannę. – Raz…, dwa… – Sassy wyskoczyła z wanny i obijając się o meble, niczym Struś Pędziwiatr pomknęła przez mieszkanie i wybiegła za drzwi, pozostawiając po sobie plamy wody z pianą. Rosie i Elva na pewno nas szpiegowały. Dobrze słyszałam dobiegające zza drzwi sypialni ich stłumione okrzyki i słowa: „Aj, chihuahua!”, po których rozległo się podekscytowane szepty po hiszpańsku.
Co ja sobie myślałam? Nie warto było z powodu tych zdradzieckich łajdaków iść do więzienia. Zastanawiałam się, czy zdrada nie jest przypadkiem okolicznością łagodzącą w razie popełnienia morderstwa. Nie, nie w Nowym Jorku. Może w Arkansas. Przynajmniej portier się ubawi, kiedy Sassy będzie zjeżdżała windą. Tej taśmy ochroniarze nie skasują na pewno. Po raz pierwszy w życiu doświadczyłam wrażenia, jakbym opuściła własne ciało. Unosząc się pod sufitem, obserwowałam rozgrywającą się poniżej scenę. To nie może się dziać naprawdę. Zostałam zwolniona z pracy. Mój mąż pieprzy się z inną kobietą – żoną dupka odpowiedzialnego za moje zwolnienie. W ciągu jednego dnia całe moje życie rozpadło się na kawałki.
Jaki mam wybór? Co mam robić? Pozwolić, żeby Cadmon się wytłumaczył, i wybaczyć mu? Czy raczej kazać mu się wynosić? Jeśli go wyrzucę, nie będę miała męża. Będę bezrobotną samotną matką, a to dość podła perspektywa. Roztyłam się. Jak zdołam się z kimś umówić, wyglądając tak, jak wyglądam? Psiakrew, znowu będę sobie musiała depilować krocze. Czemu nie zrobiłam sobie liposukcji brzucha, kiedy jeszcze było nas na to stać? Dlaczego? Dlaczego?!
Jak Sassy, zupełnie goła, wróci do domu? Czy jakiś taksówkarz zgodzi się wieźć nagą kobietę? Pewnie tak. Ale jak ona mu zapłaci? Wszystkie te myśli w jednej sekundzie przemknęły mi przez głowę, jak u ludzi, którzy w chwili śmierci widzą przed oczami całe swoje życie.

Wróciłam na ziemię.
– Cad, jadę po dzieci. Spakuj sobie trochę rzeczy i wynoś się. Jak wrócę, ma cię już tu nie być.
Żałośnie wyglądał, kiedy tak stał koło klozetu w swoim szlafroku, tym z hotelu Ritz-Carlton, z podartą kieszenią. Nie utuli mnie i nie pocieszy z tego powodu, że wylali mnie dzisiaj z pracy. Odwróciłam się i wyszłam, nie chcąc, żeby widział łzy płynące mi strumieniem po twarzy. Cadmon rozdarł mi serce, ale prędzej zatańczę z gołym tyłkiem na Madison Avenue, niż mu to okażę.


To już ostatni publikowany przez nas fragment powieści Karen Qiunn „Opowieści Ivy”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Sonia Draga. Osoby, które nie wygrały egzemplarza w naszym konkursie (sprawdź wyniki) zapraszamy do księgarń. W życiu Ivy nastąpiły tornado i trzęsienie ziemi, a to dopiero początek. Co będzie dalej...

Przeczytaj recenzję książki.

Zobacz także:
Odcinek 1

Odcinek 2

Odcinek 3
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/13.06.2006 21:11
az kupie te ksiązke extra