Karen Quinn "Opowieści Ivy" - fragment 1.

Technicznie rzecz biorąc, mój bezrobotny mąż mógłby wziąć na siebie ciężar porannej rutyny, ale łatwiej mi zrobić wszystko samej, niż staczać z nim boje.
1. Dziewczyna z Park Avenue
Konrad nalegał, aby najpóźniej o 7.45 rano wszyscy siedzieli już za swoimi biurkami. Bez wyjątku. Twierdził, że przyznawanie w tej sprawie jakichkolwiek ulg matkom byłoby przejawem seksizmu. Łatwo mu to mówić. W jego domu niepracująca żona i dwie zatrudnione w pełnym wymiarze godzin nianie sprawowały kontrolę nad rozgrywającą się każdego ranka rodzinną batalią, jaką niemal wszyscy staczamy dzień po dniu. Ja musiałam wyprowadzić psa, ubrać dzieci, przygotować śniadanie, umyć naczynia, dopilnować czesania, szczotkowania zębów i słania łóżek, znaleźć zgubione zadania domowe, spakować plecaki, a jednocześnie sama zwlec się z łóżka, wziąć prysznic, ubrać się, umalować i wyjść z domu.

Na ulicy wyścig z czasem trwał dalej: złapać taksówkę, odstawić Sir Eltona do psiego przedszkola, zawieźć dziewczynki do ich zdecydowanie za drogiej szkoły. Jeśli zdołałam się z tym uporać do siódmej, czasu wystarczało mi akurat na to, aby sprintem dobiec do metra na rogu Osiemdziesiątej Szóstej i Lex i dojechać na Fulton Street. Tam wyskoczyć z pociągu, wrzucić pani dolara do kubka z napisem: PROSZĘ, NAKARM MNIE. JESTEM GŁODNA, wślizgnąć się do budynku, w Starbucksie kupić w biegu kawę, dwa słodziki i bajgla, pognać do windy i odtrąbić zwycięstwo, jeśli udało mi się posadzić tyłek na krześle, zanim zegar pokazał godzinę 7.45.
Technicznie rzecz biorąc, mój bezrobotny mąż mógłby wziąć na siebie ciężar porannej rutyny. Chcę przez to powiedzieć, że istniałaby fizyczna możliwość, aby się tym zajął, gdyby nie utrzymywał z uporem, że musi się wysypiać do dziewiątej. Tak, wiem. Powinnam być bardziej stanowcza,
ale łatwiej mi zrobić wszystko samej, niż staczać z nim boje.

Cad był bez pracy od ośmiu miesięcy. Pracował jako makler giełdowy, specjalista od instrumentów pochodnych w Bear Stearns, ale został zwolniony, gdy źle obstawił dług rosyjskiego rządu. Mimo to upierał się, żebyśmy dalej żyli tak, jak gdyby nic się nie zmieniło. Najchętniej zatrudniłby pomoc do porannych prac, jednak ze względu na naszą sytuację finansową oraz to, że żadne z nas nie spędzało wystarczająco
dużo czasu z dziewczynkami, nie mogłam się na to zgodzić. Nie ma się zresztą co oszukiwać – który facet wytrzyma taki poranny maraton? Tak, są oczywiście wyjątki, może w równoległej rzeczywistości, ale na pewno nie w moim świecie.

Tego szczególnego dnia jedyne, o czym marzyłam, to dać nura do mojego luksusowego, ergonomicznego łóżka szwedzkiej firmy Duxiana, z boską poduszką i cudowną kołdrą, które kupiłam w ABC Carpet and Home za cenę małego samochodu. Mm… ależ byłoby cudownie. Uporałam się już z codziennym kieratem, dodatkowo zahaczając o jeden ze sklepów Duane Reade, żeby kupić brokatowy lakier do włosów, jaki Skyler i Kate koniecznie musiały mieć na Chanukę (Chanuka – trwające osiem dni żydowskie święto, przypadające zwykle w grudniu, obchodzone na pamiątkę oczyszczenia Świątyni Jerozolimskiej po jej sprofanowaniu przez Antiocha IV Epifanesa - przyp. tłum.).
Gdy dotarłam do biur na dwudziestym pierwszym piętrze Myoki Bank, w którym pełniłam dość ważną funkcję wiceprezesa, zegar wskazywał godzinę 7.47. Czułam się tak, jakbym miała już za sobą cały długi, pracowity dzień.

Kiedy weszłam do gabinetu, światła włączyły się automatycznie. Wieszając płaszcz na przymocowanym do drzwi haczyku, przypomniałam sobie wszystkie poświęcenia, jakie musiałam ponieść, żeby dochrapać się przywileju pracy w pokoju z drzwiami, nie zaś jedynie w zwykłym boksie. Przez ostatnie pół roku zajmowałam się bardzo ważnym projektem o kryptonimie „Bull Chip”, z którego to powodu byłam zmuszona pracować do dziewiątej, a czasem do dziesiątej wieczorem przez cały tydzień, nie wspominając o przynajmniej kilku godzinach podczas weekendu. Nie mogłam uczestniczyć w przyjęciu urodzinowym mojej sześciolatki, bo nadzorowałam sprawdzanie systemów.

Połowę wakacji poświęciłam na rozwiązywanie wynikające z projektu problemów, z którymi nikt inny nie mógł się uporać. Nie pojechałam na piętnastolecie ukończenia college’u biznesu, ponieważ dwóch członków zespołu złożyło niespodziewanie wypowiedzenie i Konrad się uparł, żebym została w mieście i osobiście zajęła
się zatrudnieniem nowych osób na ich miejsce. Lecz dzięki projektowi moja kariera zawodowa nabierze kosmicznego przyspieszenia i zdobędę awans, na który w pełni zasługuję, nie mam więc czego żałować.
Wyciągałam właśnie bajgla z brązowej papierowej torby, kiedy mój wzrok przyciągnęła biało-żółta plama zlokalizowana centralnie na moim krześle. Była to notatka służbowa z przyczepioną samoprzylepną karteczką, umieszczona tak, żebym nie mogła jej nie zauważyć:

NATYCHMIAST U MNIE – KONRAD

Konrad był moim niewyobrażalnie ambitnym, pogrążonym w chemicznej depresji szefem. Jednym z tych złotych chłopców firmy, z profesjonalnie wyuczonym uśmiechem, nauczycielem wymowy, kierowcą i asystentem asystenta asystenta – wszystko opłacane przez firmę, gdyż czas Konrada był tak niezwykle cenny. W przeciwieństwie do swoich rówieśników, przystojniaków w typie gwiazdorów oper mydlanych, Konrad swoją urodą po prostu powalał. Wyobraźcie sobie wszystko, co najlepsze z Brada Pitta, Pierce’a Brosnana i Roberta Redforda, połączone w idealną całość, na dodatek z autentyczną muszką od Brioniego. Taki właśnie był Konrad – jasnowłosy, niebieskooki Adonis, od siedmiu lat uświetniający swoim wizerunkiem okładkę rocznego raportu Myoki. Jego bezpośredni podwładni nazywali go za plecami Twarzą. Żywiliśmy niezachwianą pewność, że drogę na szczyt
sobie „wypozował”.
Notatka trochę mnie zaniepokoiła. Nie była to standardowa procedura. Gdy Konrad chciał się ze mną zobaczyć, wzywał mnie jego sekretarz-autor piosenek.
– Ivy, Konrad chce się z tobą natychmiast widzieć. Czy możesz rzucić wszyyystko i przyfrunąć na sześćdziesiąte?
– Wziął prochy? – pytałam.
Żaden z podwładnych Konrada nie ośmieliłby się stanąć przed nim, wiedząc, że ten nie zażył jeszcze wellbutrinu.
Lepiej było wiedzieć, z czym ma się do czynienia.
– Nie jestem pewien, ale Ed wyszedł zapłakany.

Przeczytaj recenzję książki.

Zobacz także:

Odcinek 2

Odcinek 3

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)