Karen Quinn "Opowieści Ivy" - fragment 2.

Nonszalancko przyłożyłam do twarzy brązową papierową torbę. Oddychaj, oddychaj, oddychaj, nuciłam w duchu, próbując się nie zakrztusić drobinkami słodziku unoszącymi się w torbie.
Słysząc to, zwlekałam. Jednak dzisiaj znalazłam jedynie krótkie polecenie na karteczce doczepionej do notatki służbowej od… Właśnie, od kogo? Skupiłam wzrok na nagłówku:

DO: Konrad Kavaler
OD: Drayton Bird
DOTYCZY: Propozycja restrukturyzacji
Konradzie, jestem przekonany, że jeśli chodzi o 5 milionów dolarów, które obaj mamy zaoszczędzić, moglibyśmy sobie nawzajem pomóc, zmniejszając dział Ivy Ames i łącząc go z moim, tworząc „Centrum Doskonałości Marketingowej”. Funkcje mojego zespołu są identyczne z funkcjami jej działu, ale my możemy zwiększyć tempo pracy, ponieważ działamy w skali międzynarodowej. Mógłbyś zlikwidować jej stanowisko, plus dwóch bezpośrednich podwładnych, oszczędzając 700 tysięcy dolarów na pensjach, dodatkach, szkoleniach, nieruchomościach itd. Moglibyśmy zastąpić jej centrum obsługi klienta w Iowa telemarketerami w Indiach, oszczędzając kolejne 2,5 miliona dolarów. Rozwiązałem podległy mi zespół akwizycyjny, pozbywając się dwudziestu sześciu osób i 7 milionów dolarów kosztów. Mogę z powodzeniem pełnić połączone funkcje i mam zdolność budżetową do przejęcia
kosztów. Korzyść będzie obopólna.
Daj znać, co o tym sądzisz.

Jasna cholera, pomyślałam.

Usiadłam, obróciłam się razem z krzesłem i zapatrzyłam na rozciągającą się z mojego okna efektowną panoramę Zatoki Nowojorskiej, na którą od miesięcy nie zwróciłam uwagi. Nonszalancko przyłożyłam do twarzy brązową papierową torbę i – mając nadzieję, że nikt tego nie widzi – zaczęłam głęboko przez nią oddychać. Oddychaj, oddychaj, oddychaj, nuciłam w duchu, próbując się nie zakrztusić drobinkami słodziku unoszącymi się w torbie.

Zadzwonił telefon. Mój żołądek wykonał salto, lądując gdzieś między płucami a gardłem. Obróciłam się, żeby odebrać. Po wyświetlonym numerze poznałam, że dzwoni sekretarz-autor piosenek.

– Konrad chce cię widzieć – rzekł z egzaltacją. – Mówi, że masz przynieść notatkę.
– Już idę. Wziął tabletki?
– Osobiście mu je podałem. Jest dzisiaj w bardzo dobrym nastroju. – Jego „bardzo” zabrzmiało jak „bałdzo”.
Pięć minut i dwie windy później znalazłam się w gabinecie Konrada. Powiódł mnie do części gościnnej i gestem zaprosił, żebym usiadła na krześle ze sztucznie postarzonej brązowej skóry, przeznaczonym dla odwiedzających. Psiakrew.
Gdybym wiedziała, że czeka mnie spotkanie z Konradem, ubrałabym się lepiej. Na tle jego prążkowanego garnituru od Hugo Bossa, czerwonej muszki, perskich dywanów i oryginalnego Chagalla prezentowałam się nadzwyczaj ubogo.

– Słuchaj – rzekł, nie tracąc czasu na pogawędki o niczym. – Dzisiaj rano dostałem pismo od Draytona i zanim zacznę działać, chciałem poznać twoje zdanie. Co o tym myślisz?

Myśl szybko. Myśl szybko. Powiedz coś mądrego. – To idiotyczny pomysł – zaczęłam. Zbyt agresywnie. Spokojnie, wyluzuj. – Metody międzynarodowe bardzo się różnią od krajowych. To, że oboje zajmujemy się „marketingiem”, nie oznacza, że „marketingujemy” tak samo. – Ilekroć wypowiadałam „marketing”, robiłam palcami w powietrzu znak cudzysłowu.
Żałosne.
– Poza tym – ciągnęłam – on zatrudnia praktykantów, którzy nie odróżniają własnego tyłka od łokcia. Mój personel to doświadczeni profesjonaliści. Jeśli już w ogóle mamy coś zmieniać, uważam, że powinniśmy wcielić jego dział do mojego, mnie zrobić szefem i tym sposobem zaoszczędzić tyle samo.
– Nie wiem, co powinniśmy zrobić – powiedział Konrad. – Pewne jest natomiast, że Drayton ma dobry pomysł. Przekaż mu swoje zastrzeżenia i zobaczymy, co on na to. Powiedz, kto według ciebie powinien się tym zająć i jakie możemy zrobić cięcia. Muszę zaoszczędzić pięć milionów, a ty możesz zostać bohaterką, podając mi na tacy kilka głów.
Oto, kim zawsze chciałam być, pomyślałam ponuro. Bezrobotną bohaterką.

Roszczenia terytorialne Draytona zagrażały mojej egzystencji w Myoki, musiałam jednak udawać chęć współpracy. Pierwsza zasada przetrwania w wielkiej korporacji brzmi: Zawsze graj tak, jakbyś popierał propozycje swojego wroga, i jednocześnie za jego plecami rób wszystko, żeby zdusić jego plany w zarodku, a jeśli to możliwe, jego samego zgładzić.

– Świetny pomysł, Konradzie. Natychmiast zadzwonię do Draytona – powiedziałam z udawanym entuzjazmem. Gdy ponownie znalazłam się na dwudziestym pierwszym piętrze, moje tętno zdążyło wrócić do normy. Pomyślałam o czternastomiesięcznej odprawie, jaką dostanę, jeśli mnie zwolnią. Miałabym czas dla siebie, zrzuciłabym dziesięć kilogramów, nauczyłabym się programować magnetowid, a może nawet zapisałabym się na kursy do Centrum Kabały.

Wybrałam numer wewnętrzny Draytona. Drayton osobiście odebrał telefon, co nigdy nie przestawało mnie dziwić, zważywszy, że istnieje coś takiego, jak identyfikacja dzwoniącego.

– Drayton – powiedziałam. – Jak się ma Bea?
Bea była jego siedmioletnią córką, która regularnie bawiła się z moją Skyler. Obie chodziły do Balmoral, „świętego Graala” wśród szkół dla dziewczynek na Manhattanie.
– Och, Bea jest cudowna. Dziękuję, że pytasz. – odparł Drayton. Był Anglikiem. – Nie może się już doczekać swoich urodzin w przyszłym miesiącu. Czy Skyler przyjdzie?
– Oczywiście – odpowiedziałam. – Sassy mówiła, że to będzie przyjęcie z tańcami, prawda? Brzmi świetnie.
– Rzeczywiście – powiedział Drayton. – Właśnie wynajęliśmy Claya Aikena.
– Clay Aiken urządza urodziny dla ośmiolatek?
– Normalnie nie. Ale ojciec chrzestny Beatrice jest prezesem jego wytwórni płytowej, więc to załatwił. Nic nie jest za dobre dla naszych drogich aniołeczków, prawda?
– Nic, rzeczywiście nic… Słuchaj, widziałam właśnie twoją notatkę dla Konrada. Podoba mi się twój pomysł. Sądzę jednak, że możemy wypracować jakiś kompromis i nie zwalniać nikogo z wyższego kierownictwa. Zresztą Konrad sam zaproponował, żebyśmy wspólnie opracowali plan połączenia naszych działów.
– Bez-wz-GLĘD-nie – odparł Drayton w ten denerwująco nieszczery sposób, jakże typowy dla Anglików
. – Chcę się tym zająć natychmiast. Problem w tym, że dosłownie już wychodzę. Nie będzie mnie trzy dni. A później, w czwartek, wybieram się na weekend do Londynu, do ojca. Właśnie stwierdzili u niego chorobę serca.
– O mój Boże! To okropne! – wykrzyknęłam, udając szczerą troskę. – Moja matka też chorowała na serce. Zmarła w zeszłym roku.
– Tak, cóż, dziękuję ci bardzo – powiedział Drayton. – Wracam za tydzień. Spotkajmy się czternastego o pierwszej. Spróbujemy znaleźć rozwiązanie satysfakcjonujące nas oboje.
– Świetnie – odparłam. Ciekawe, co to znaczy? – Proszę cię tylko, żebyś się tym nie zajmował, dopóki się nie spotkamy.
To powinno wyjść od nas obojga.
– Bez-wz-GLĘD-nie – przyrzekł Drayton. – W takim razie do przyszłego tygodnia. Bywaj.

Następnego ranka miałam dziwnie spokojny stosunek do trudnej sytuacji, w jakiej się znalazłam. Cadmon, były wytrawny polityk działający na arenie korporacyjnej, przekonał mnie, że mogę wszystko obrócić na swoją korzyść. Wpadłam na genialny pomysł, żeby wykolegować Draytona. Podczas gdy on w Londynie będzie się opiekował chorym ojcem, spróbuję przejąć władzę w jego dziale. Powszechnie było wiadomo, że Drayton to zawodnik wagi lekkiej, ja zaś uchodziłam za potęgę. Teraz właśnie nadarzała się tak potrzebna mi okazja objęcia przywództwa największego z dotychczas istniejących działów, podwyżki i gabinetu na sześćdziesiątym piętrze. Myśl ta przepełniała mnie niemal euforycznym optymizmem. Podchodząc do biurka, ponownie dostrzegłam na swoim krześle białą plamę papieru z żółtą samoprzylepną karteczką.

NATYCHMIAST U MNIE – KONRAD

Biała kartka zawierała jakiś raport. Psiakrew.

Przeczytaj recenzję książki.

Zobacz także:

Odcinek 1

Odcinek 3
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)