J. C. Oates „Mama odeszła” - fragment 4.

Zapach krwi. Coś tu umarło, pomyślałam. Wlepiłam wzrok w ciemny kształt na betonowej posadzce, jakieś piętnaście stóp ode mnie.
– Mamo? Jesteś w domu? To ja...
Głupi. Usłyszałam własny, głupi głos.
Zjawił się Smoky, szary, baryłkowaty kot mamy, otarł się o moje łydki i zamiauczał. Dziwnie się zachowuje, pomyślałam. Smoky był przyjaznym kotem, przynajmniej wobec ludzi, których znał, a teraz był nerwowy, zalękniony. Kiedy się pochyliłam, żeby go pogłaskać po głowie, zesztywniał, wzdrygnął się, jakby zamierzał uciec.
– Smoky, to ja. Nie bój się mnie. – Pogłaskałam go po głowie, wymusiłam niepewny pomruk. Zauważyłam, że jego miseczka na jedzenie jest pusta i że w miseczce na wodę jest prawie sucho.
W kuchni nie zgadzały się jeszcze inne rzeczy, ale nie umiałam określić co. Widziałam, ale nie rejestrowałam w głowie. W jakiś sposób nadal czekałam na zjawienie się mamy. Czekałam na jej kroki, na jej głos. „Nikki? Córeczko, jaka miła niespodzianka...” Przypomniał mi się taki jeden dzień, dawno temu, kiedy wróciłam ze szkoły i mama miała być w domu, ale jakby jej nie było, a ja chodziłam po domu, szukając jej, i wreszcie zawołałam: „Mamo? Jesteś w domu?” płaczliwym głosem, niewiele jednak o niej myśląc, bo w wieku czternastu lat nie myśli się wiele o nikim z wyjątkiem siebie, a już z pewnością nie myśli się o własnej matce, człowiek nie wyobraża sobie, by jego matka mogła mieć odrębne życie, aż wreszcie przypadkiem wyjrzałam przez okno w swoim pokoju na podwórko za domem i zobaczyłam mamę w jej ogrodowym ubraniu i słomkowym kapeluszu, wyrywającą chwasty z rabaty, dokładnie tam, gdzie powinna być. I natychmiast się odwróciłam, zapominając o swoim niejasnym zdenerwowaniu, na całe siedemnaście lat.
No cóż, coś tu było nie tak: jedno z kuchennych krzeseł wyglądało tak, jakby sunęło przez posadzkę, by na koniec zderzyć się z lodówką. Kto znał Gwen, ten wiedział, że w życiu nie zaciągnęłaby tam krzesła, chyba że na czas mycia linoleum, ale nie zostawiłaby go tam, tak samo jak nie zostawiłaby brudnych naczyń, nawet na krótko.
Odstawiłam krzesło. Prawdopodobnie nieświadomie. Nie chciałam, żeby mama się dowiedziała, że krzesło stało nie na swoim miejscu, że zobaczyłam je nie na swoim miejscu i mogłam się zdenerwować. Czułam też jakiś dziwny zapach. W nosie czułam skurcz, nie potrafiłam zidentyfikować tego zapachu.
(...) Powoli zaczynałam dygotać. Choć dzień był ciepły, teraz, pod jego koniec, słońce tworzyło szklistą powłokę na niemal w całości zasnutym niebie i od ziemi podnosił się zdecydowany chłód. Wybiegłam ze swojego mieszkania w dżinsach i bluzie, z gołą głową. Przez te obcięte tak krótko włosy miałam odsłonięty kark.
Drzwi do piwnicy były zamknięte. Gdyby mama była w piwnicy i robiła tam pranie albo prasowała, to zostawiłaby je otwarte.
W stołowym przeżyłam szok: zobaczyłam tam coś bardzo nie tak.
Wszystkie krzesła zostały odciągnięte od stołu. Szuflady bufetu były powysuwane, ich zawartość wysypywała się na zewnątrz. Na dywanie leżało pudełko od sztućców, w takiej pozycji, jakby ktoś je tam cisnął niedbale, wysypując widelce, noże i łyżki na połyskliwą stertę. Nadepnęłam na coś: spod mojej stopy wyturlał się ułamany kawałek świecy.
Dopiero po chwili do mnie dotarło: na stole i na stoliczku pod ścianą nie było naszych srebrnych świeczników. Zostały tylko świece, porozrzucane po podłodze, połamane.
Ktoś się do nas włamał.
Serce biło mi teraz bardzo gwałtownie. Ktoś się włamał do naszego domu, splądrował go. Przez otwarte drzwi widziałam przedmioty porozrzucane po salonie. Czułam jakiś kwaśny zapach, chyba potu. Zapach mężczyzny.
W pokoju dziennym na dywanie leżał przewrócony telewizor. Nie był ani specjalnie nowy, ani duży, złodziej prawdopodobnie ściągnął go ze stolika, a potem porzucił jako zbyt nieporęczny.
Drzwi do dawnego pokoju Clare, obecnie przerobionego na pokój do szycia, były otwarte. Tu także wyrwano szuflady z komody, leżały na podłodze i wysypywały się z nich tak zwyczajne przedmioty, jak przybory do szycia, kółka do serwetek, plecione podkładki pod naczynia stołowe. Mój dawny pokój, obecnie pokój dla gości, z narzutą na łóżku, zasłonkami i obiciem fotela w jednolity wzorek w kwiaty, też został przetrząśnięty.
Poszłam do sypialni rodziców na końcu korytarza, bardzo już przestraszona. W głowie, w oczach czułam pulsowanie. Zobaczyłam szuflady wywleczone z toaletki, ciśnięte na podłogę najprawdopodobniej z użyciem dużej siły. Obok walały się rzeczy mamy: jej tania biżuteria, pończochy, skarpetki, bielizna, swetry. Zachwycające boa z białych strusich piór...
Drzwi szafy stały otworem, na podłodze przed nią leżały buty mamy, jakby ktoś je wygarnął nogą. Płócienne pantofle ozdobione koronką, czarne balerinki, jeden but z licowanej skóry z niewielkim obcasem, wszystkie w rozmiarze cztery. Pozrywane z wieszaków ubrania tworzyły stertę na podłodze.
Ten ktoś zrobił bałagan nawet na łóżku, ręcznie szyta kołdra, którą mama ułożyła na pościeli z różowego atłasu, zsunęła się częściowo na podłogę.
Szukał pieniędzy, pomyślałam. Ale moi rodzice nie trzymali pieniędzy w domu.
Nadepnęłam na starą portmonetkę matki, wybrzuszony, skórzany woreczek, którego nie używała od lat. Obok leżała torebka upleciona ze słomy pokrytej lakierem i udekorowanej wisienkami. I wyszywana perełkami torebka z białego jedwabiu, której po raz ostatni mama używała na weselu mojej kuzynki. Wszystkie wybebeszone.
Szafka na lekarstwa z oszklonymi drzwiczkami, w łazience w głębi korytarza, była otwarta. Wąskie szklane półeczki ziały pustką, jakby ktoś wygarnął stamtąd wszystko gniewnym wymachem ręki; tubka pasty do zębów, szczoteczka do zębów, plastikowy kubek, dezodorant w niebieskim pojemniku i inne przybory toaletowe pospadały do umywalki i na podłogę.
Na podłodze leżały też fiolki z lekarstwami kupowanymi na receptę. Złodziej szukał środków odurzających.
Nie mogłam nie zajrzeć do miski klozetowej. Użył jej, przyszło mi do głowy. Ale woda była czysta.
W międzyczasie jakaś część mojego umysłu jakby uniezależniła się od reszty, wysyłając alarmujące komunikaty: wezwij pomoc, wybiegnij z domu, zadzwoń na 911. Ta część rozumiała, że znalazłam się w niebezpieczeństwie, że nie powinnam przebywać w domu, odkąd zorientowałam się w sytuacji. A jednak mój główny tok rozumowania był bodajże następujący: coś się rzeczywiście stało i być może wiązało się jakoś z moją matką, ale dopóki się nie przekonam, że rzeczywiście potrzebna jest pomoc z zewnątrz, dopóty wcale nie będzie potwierdzone, że coś się stało z moją matką. Bo jak już wezwę pomoc, to wtedy to się potwierdzi.
Kątem oka zarejestrowałam jakiś ruch – odwróciłam się, ale nic nie zobaczyłam. A jednak wydawało mi się, że w lustrze na końcu korytarza unosi się chuda, upiorna sylwetka jakiejś kobiety. Wzrok miałam zamazany łzami, nie potrafiłam jej rozpoznać.
(...)
Podeszłam do drzwi piwnicy i powoli je otworzyłam. W nozdrza uderzyło mnie chłodne, wilgotne powietrze.
– Mamo? – zawołałam. Dziecinnym, drżącym głosem. Może mama schowała się w piwnicy, prawdopodobnie pomyślałam.
Słabe, blade światło padające z wąskich okienek przebijało się z trudem przez mrok. Pralka i suszarka połyskiwały jak jakieś obiekty ze snu, ale otaczające je inne kształty były niewidoczne. Żadnego ruchu! Żadnego dźwięku! A mimo to nie mogłam się zmusić, żeby tam zejść.
Drzwi do garażu były otwarte na oścież, teraz to zobaczyłam. Jakbym przedtem tego nie zauważyła.
Przez jakiś czas stałam na progu, wpatrzona w przestrzeń garażu. Wmawiałam sobie: Stąd widzisz lepiej, tutaj jest bezpieczniej.
Poczułam jakiś dziwny odór. Skojarzył mi się ze sklepem mięsnym przy Mohegan Street. Mama zabierała mnie tam ze sobą, kiedy byłam mała. Jak zahipnotyzowana wpatrywałam się w kształtnie przykrojone kawały surowego mięsa ułożone na ladach chłodniczych, gdy tymczasem mama rozmawiała i śmiała się z rzeźniczką, wydając jej polecenia zaskakująco kompetentnym głosem.
Zapach krwi. Rozpoznałam go.
Coś tu umarło, pomyślałam. Jakieś zwierzę.
Ojciec by się zdenerwował, gdyby zobaczył, że mama urządziła z garażu graciarnię. Teraz, kiedy już nie żył. Nie starczyłoby tu miejsca nawet na jej samochód. Wszędzie było pełno pustych puszek, narzędzi ogrodniczych, toreb z pokarmem dla ptaków, torfem, nawozami i korą. Meble ogrodowe, w tym bardzo stare krzesła wyściełane dawno temu plecionkami z plastiku, teraz zbutwiałymi. I jeszcze niechciane elementy umeblowania domu – zniszczone krzesła, stary przenośny telewizor, lampy bez abażurów. Imponujący komplet skórzanych walizek z wytłaczanymi monogramami: rodzice nie potrafili się go pozbyć, bo był to ich prezent ślubny z 1968 roku, otrzymany w przededniu walizek na kółkach. Nigdy nie wiadomo, kiedy zmieni się moda, uparcie twierdził ojciec.
Wlepiłam wzrok w ciemny kształt na betonowej posadzce, jakieś piętnaście stóp ode mnie. Wyglądał jak nieduży, zrolowany dywan, pudło o dziwacznym kształcie albo zwój czegoś... Włączyłam światło i zobaczyłam, że to mama.
Zawołałam do niej. Nie poruszyła się.

To już ostatni z publikowanych przez nas fragmentów nowej powieści J.C. Oates „Mama odeszła”, a zarazem dopiero początek książki. Wszystkich, którzy nie mieli szczęścia i nie wygrali książki w naszym konkursie, zapraszamy do księgarń. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)