J. C. Oates " Mama odeszła" - fragment 2.

Czekałam, aż zadzwoni telefon, ale nie dzwonił. Czekałam na telefon od mamy, ale mama nie dzwoniła.
– Nie, nie wstąpiłam. Jak samochodu mamy nie ma na podjeździe, to znaczy, że nie ma jej w domu.
Raczej musiałam się z tym zgodzić. Mama nigdy nie parkowała w garażu, tak jak chciał tego tato. Niezależnie od pogody samochód stał na podjeździe, stopniowo coraz bardziej rdzewiejąc, pokrywając się cętkami ptasich odchodów niczym znakami akcentowymi.
Clare stwierdziła, że trzeba zadzwonić do pani Higham, sąsiadki mamy z naprzeciwka, poprosić, żeby wyjrzała przez okno, sprawdziła, czy samochód mamy już tam jest, na co ja powiedziałam, że to dobry pomysł, ale Clare natychmiast się sprzeciwiła, niczym echo taty, który panicznie się bał, jak jakiejś zarazy, że sąsiedzi mogliby się nadmiernie angażować w prywatne życie naszej rodziny.
– No tak, ale mama mogłaby uznać, że robimy z niej pośmiewisko, sama wiesz, jak ceni sobie niezależność, bo taka Gladys Higham rozpowie wszystkim w sąsiedztwie, że się niepokoimy o mamę, przecież wiesz, jacy są ludzie, a pan Higham jest na emeryturze i nie ma nic lepszego do roboty prócz plotkowania. Mama się o tym dowie i zdenerwuje się przez nas.
Poczułam ukłucie strachu. To niepodobne do mojej siostry, tak wydziwiać.
– A pamiętasz, co było, jak ostatnim razem denerwowałyśmy się o mamę? Kiedy się okazało, że dała się wrobić w interwencyjne siedzenie z dzieckiem Rhody? – spytałam. (Rhoda Smith była naszą niezbyt bliską kuzynką.) – Albo jak jeszcze przedtem, gdzieś tak w okolicach Gwiazdki, ktoś zadzwonił do nas ze szpitala, szukając mamy, która miała pracować w sklepiku z prezentami, tymczasem ona poszła z przyjaciółkami do kina na poranny seans, ta kobieta ze szpitala pomyliła się co do rozkładu dyżurów i mama była na nas zła, za co wcale jej nie winię. „Nie miałam pojęcia, że mam obowiązek zwierzać się córkom z mojego rozkładu dnia”, powiedziała wtedy. „Może powinnyście przymocować mi do nogi to urządzenie, które się przyczepia więźniom na zwolnieniu warunkowym”.
Śmiałyśmy się wtedy, bo mama zareagowała śmiesznie. Niemniej faktycznie ją upokorzyłyśmy, wydzwaniając do rzeszy jej przyjaciółek.
Czasami rzeczywiście męczyło mnie poczucie winy. Że się wyprowadziłam z Mt. Ephraim. Że wiodłam beztroskie życie, bez męża, bez stabilizacji, życie oparte na dryfowaniu i impulsach, które tak nie podobało się mamie. Ale odeszłam z domu na kilka lat przed śmiercią taty i mama została wdową.
Gdzie tu moja wina! – miałam ochotę protestować.
– Może podjadę tam wieczorem, Clare. Między wpół do siódmej a siódmą. To znaczy jeśli mama do tego czasu nie wróci. Ty już się nabiegałaś, więc zjedz obiad z rodziną, a ja zadzwonię do ciebie około siódmej. Jestem pewna, że przesadzamy i że mamie nic się nie stało. Przecież w Mt. Ephraim jest niewiele miejsc, do których mogła pojechać, prawda?
– Ale ona się angażuje w sprawy różnych ludzi. Ma takie miękkie serce. Jeśli ten wielebny Bewley znowu ją wykorzystuje…
– Clare, przestań się tak truć. Wpadnę do mamy i zadzwonię do ciebie. A może w międzyczasie mama zadzwoni do którejś z nas. Albo my dodzwonimy się do niej.
– No dobrze. Skoro obiecujesz…
– Obiecuję! Właśnie powiedziałam, że to zrobię, czy nie tak?
– Nie zawsze jesteś wiarygodna, Nikki. Wystarczy telefon z redakcji i już cię nie ma. Albo od jakiegoś znajomego. Albo, no cóż… pokaże się twój przyjaciel Szalla i znikniesz na kilka dni, rozmyjesz się w jakiejś dziurze w czasie.
– Wally zdążył się już „pokazać”, jeśli chcesz wiedzieć. Do dziury w czasie wpadliśmy wczoraj, więc to już mamy za sobą. Tak więc dziś wieczorem zamierzam przejechać się do Mt. Ephraim, żeby sprawdzić, co z mamą, jak obiecałam.
– To świetnie! Powiadom mnie. Cześć.
Obie pospiesznie odłożyłyśmy słuchawki, zgodnie z wieloletnim nawykiem. Urządzając sobie wyścig, która rozłączy się pierwsza.
Cała się trzęsłam, wmawiając sobie, że to z powodu mojej apodyktycznej siostry.


Sprawdziłam, która godzina: było osiem po piątej. Do Mt. Ephraim miałam wyruszyć za godzinę.
Przewinęłam kasetę do początku i znowu zaczęłam spisywać treść felernego nagrania, zgarbiona nad laptopem, starając się wychwytywać najważniejsze fragmenty zdań i kluczowe słowa, ze wściekłą prędkością atakując klawiaturę, bo musiałam posłać materiał do redakcji „Beacona” nie później niż do jedenastej w nocy. Artykuł miał być nie dłuższy i nie krótszy niż na tysiąc słów, by zmieścić się do wkładki „Wieści i Poglądy z Doliny”. Dotyczył dziewięćdziesięcioletniego Jimmy’ego Fridaya, muzyka wykonującego utwory bluegrassowe, country and western, który w latach pięćdziesiątych wydał kilka przebojowych singli i nadal udzielał się lokalnie. Był swego rodzaju sławą Doliny Chautauqua, zawsze występował na koncertach, jeśli go tylko proszono, i wydawał własne płyty CD; pewne lokalne wydawnictwo opublikowało właśnie jego wspomnienia zatytułowane Piosenki, których nauczył mnie tato: Prawie prawdziwe opowieści Jimmy’ego Fridaya i to stanowiło pretekst do wywiadu. Podczas jego nagrywania tego ranka pławiłam się jeszcze w erotyczno-emocjonalnej łunie dziury w czasie z Wallym Szallą i z tego powodu byłam w odpowiednim nastroju, by bez reszty dać się oczarować Jimmy’emu Fridayowi.
Zresztą Jimmy Friday uległ dla odmiany mojemu czarowi, dziwował się mojej punkowej fryzurze i zastanawiał się, czy sam jest na taką już za stary; jego włosy spływały piękną spienioną bielą i w rzeczy samej był przystojnym, starszym panem, któremu do chodzenia wystarczała laska, miał pokrętne poczucie humoru i w kontakcie ze mną był zarówno szarmancki, jak i jawnie uwodzicielski. Do kwestii starości podchodził w sposób, od którego można się było tarzać ze śmiechu. „Najwspanialsze komplementy, na jakie człowiek może liczyć, to: Ach! On nie jest głuchy jak pień! Ach, jego wózek inwalidzki jest tak dobrze naoliwiony! Ach, jego sztuczna szczęka wcale nie kłapie”, tyle że jak teraz słuchałam tych dowcipów, czy raczej tego, co utrwaliło się z nich na taśmie, kiedy tak rozpaczliwie starałam się je spisać, sprawiając, że edytor tekstu co kilka sekund sygnalizował błędy w pisowni, wcale nie uważałam, że Jimmy Friday jest śmieszny. Z trudem przełykałam ślinę i zmuszałam się do dalszej pracy, dopóki taśma nie zatrzymała się nagle, jakby przerwała się w samym środku jednego z moich durnych pytań. „Panie Friday, jakiej udzieliłby pan rady…”
Zapanowała cisza. Byłam sama w pustym mieszkaniu. Pięć wynajmowanych pomieszczeń na drugim, ostatnim piętrze stylowo-obskurnej wiktoriańskiej kamienicy w dzielnicy willowej Chautauqua Falls, w odległości mniej więcej trzydziestu mil od Deer Creek Drive 43 w Mt. Ephraim. Dziwne, że będąc tu, byłam jednocześnie tam. A właściwie, to wcale nie byłam tu, tylko tam.
Od rozmowy z Clare czekałam, aż zadzwoni telefon, ale nie dzwonił. Czekałam na telefon od mamy, ale mama nie dzwoniła.
I chcąc nie chcąc, uświadomiłam sobie, że gdyby Clare nie zadzwoniła, żeby mnie zaalarmować, że gdyby zamiast niej zadzwoniła mama, to zerknęłabym na numer dzwoniącego na wyświetlaczu, zobaczyłabym EATON, JON i prawdopodobnie nie podniosłabym słuchawki, bo pracowałam: bo nie chciałam, żeby przeszkadzano mi w pracy.
I wtedy do mnie dotarło: Masz, na co zasłużyłaś: już nigdy więcej nie usłyszysz żywego głosu swojej matki.
Znienacka si
ę przestraszyłam. Jeszcze nie było piątej trzydzieści, ale już teraz pojechałam do domu.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/13 lat temu
Czytałam wszytsko co wyszło w Polsce tej autorki, cieszę sie z każdej nowej ksiązki Oates. Polecam!!!