Iwona Menzel - "Z widokiem na Castello" fragment 4.

Jochena, operatora Telewizji Północnoniemieckiej NDR, i jego śliczną żonę Andreę poznałam zaraz przy pierwszym śniadaniu w Villi Don Battisty.
/ 03.06.2005 13:50

Jochena, operatora Telewizji Północnoniemieckiej NDR, i jego śliczną żonę Andreę poznałam zaraz przy pierwszym śniadaniu w Villi Don Battisty. Don Battista przydzielił mi odpowiednio do mojego nędznego statusu społecznego – gość płci żeńskiej podróżujący samotnie – stolik przy drzwiach do kuchni, przy którym cierpliwie czekałam, aż przyjdzie na mnie kolej. Zdążyłam już się zorientować, że w obowiązującej tu hierarchii znajduję się na samym końcu. Goście obsługiwani byli według stażu pobytów i skomplikowanego klucza, znanego tylko padrone: szczególnie zasłużeni na samym początku, Włosi przed Niemcami, Niemcy przed przedstawicielami innych narodowości i tak dalej. Zrezygnowana rozłożyłam „Frankfurter Rundschau” i zagłębiłam się w lekturze.
– Dzisiejsza gazeta? – zapytał sympatyczny męski głos. – Mogę na chwilę zerknąć?
Podniosłam oczy. Przede mną stał malowniczy osobnik w czerwonej chustce na głowie, zawiązanej na sposób piracki, wytartych spodniach z panterki i sznurowanych w kostce komandoskich butach. Patrząc na jego wygarbowaną wiatrem i słońcem twarz ozdobioną nastroszonymi wąsami morsa, musiało się mimowolnie myśleć o burzach piaskowych, lodowatych szkwałach na morzach północnych i monsunowych ulewach. Przeleciało mi przez myśl, że na pewno nosi w tych butach nóż i paszport i w tym momencie skojarzyłam sobie, kogo mi przypomina: Garego, australijskiego obieżyświata, którego spotkałam wiele lat temu w Ferrocarril Chihuahua al Pacifico. I w jego oczach był ten sam niepokój i tęsknota, które każą mężczyźnie porzucić wygodny dom, spakować plecak i ruszyć na wędrówkę. Nawet jeżeli u jego boku stoi kobieta o uśmiechu tak zniewalającym jak uśmiech Andrei.
Skinęłam głową i podsunęłam mu „Rundschau”.
– Chyba nie masz zamiaru siedzieć tutaj sama i czekać, aż padrone się nad tobą zlituje? – powiedział. – Zjedz z nami śniadanie na tarasie, te pomyje, które don Battista nazywa kawą, znacznie lepiej smakują, kiedy się patrzy na Castello.
– Bardzo chętnie, ale czy wolno? Don Battista zaznaczył, że na tarasie nie podaje.
– My sami sobie podajemy.
Doświadczenie, jakie Jochen zdobył, kręcąc w najróżniejszych częściach świata reportaże z obszarów objętych kryzysami, obcując z przywódcami afrykańskich plemion, czeczeńskimi watażkami i paczuńskimi książątkami, okazało się w kontaktach z don Battistą zbawienne. Przebiegłością, pochlebstwem i przekupstwem wywalczył sobie pozycję zupełnie wyjątkową i tylko legendarna donna Cornelia, dama ważąca prawie sto pięćdziesiąt kilogramów i serdeczna przyjaciółka padrone, mogła pochwalić się podobną.


Dzięki znajomości z Holzbrinckami z miejsca awansowałam w oczach szefa i personelu, przez co pobyt w willi nabrał dodatkowego uroku. Jochen był wspaniałym gawędziarzem, a przede wszystkim po mistrzowsku przemycał do hotelu kupione w supermarkecie butelki Biancolelli, które chłodził w bidecie. Zamawialiśmy do kolacji jedną oficjalną, którą po wypiciu wymienialiśmy w trakcie wieczoru na butelki z bidetu i opróżnialiśmy je zupełnie otwarcie, patrząc prosto i niewinnie w oczy don Battisty. Jeżeli nawet miał jakieś podejrzenia, to nigdy nie posunął się do rewizji naszych łazienek.
Szczególnymi względami cieszył się w hotelu także profesor Schnuller-Gatzweiler. Profesor wykładał na uniwersytecie w Hamburgu literaturę romańską, mówił płynnie po włosku i wprawiał don Battistę w dobry humor, komplementując w wyszukany sposób wykonanie każdej arii. Poza tym konsultował się z nim w kwestiach interpretacji średniowiecznych tekstów neapolitańskich, co don Battiście bardzo pochlebiało – nigdy nie omieszkał dać skromnie do zrozumienia, komu właściwie profesor zawdzięcza swoją niekwestionowanie wysoką pozycję w międzynarodowym środowisku naukowym. Aktualnie badacz pracował nad antologią miejscowych wyliczanek dziecięcych i przyśpiewek biesiadnych. (...)
Stałe stanowisko operacyjne naukowca znajdowało się pod potężnym krzewem hibiskusa tuż przy wejściu do willi, w strategicznie dobrym punkcie, dającym wszystkim jej mieszkańcom okazję do podziwiania srebrzystego laptopa i erudycji jego właściciela.
Na nowo przybyłych profesor spadał jak sęp, zasypując ich bogactwem swojej retoryki i wygłaszając drobne, błyskotliwe rozprawki o różnicach w ułożeniu szat na freskach II i III stylu pompejańskiego albo etymologii słowa Pithekoussai. Kiedy widziało się uciekających w popłochu gości bądź przemykającą pod ścianami pokojówkę Cesarinę, było wiadomo, że znajdują się w trakcie ucieczki przed intelektem profesora. W signorze Flavii jednakże, pochodzącej z Florencji wiekowej damie o patrycjuszowskich rysach twarzy, udało mu się znaleźć wdzięczną słuchaczkę. Signorę unieruchomił ciężki atak artretyzmu, nie opuszczała więc hotelu i spędzała całe dnie na tarasie, owinięta w przetykany złotą nitką szal. Być może nudziła się jak mops, być może istotnie interesowały ją fałdy szat, w każdym razie słuchała uważnie wywodów profesora, kiwając uprzejmie głową, unosząc w geście zainteresowania szlachetnie sklepione brwi, a nawet klaszcząc od czasu do czasu w upierścienione dłonie. Naukowiec nie posiadał się ze szczęścia, znalazłszy interlokutorkę tak dostojną i skłonną do kooperacji. Napomykał od niechcenia, że znajomość z arystokratyczną signorą się zacieśnia, jej intelekt jest równie imponujący jak jej drzewo genealogiczne, a podobieństwo do dam z portretów Caravaggia bezsprzeczne. Oczami ducha już widział, jak się przed nim otwierają drzwi najświetniejszych domów Toskanii, ale w sobotę signorę Flavię odwiedził syn i położył kres tym miłym marzeniom. Młodzieniec przysłuchiwał się przez chwilę z dużą fascynacją skrzącemu się dowcipem i ésprit traktatowi profesora o znaczeniu listów Pliniusza młodszego do Tacyta dla współczesnego literaturoznawstwa, po czym powiedział:
– Professore, jestem panu głęboko wdzięczny za zainteresowanie, które okazuje pan mojej matce, czuję się jednak w obowiązku poinformować pana, że madre jest głucha jak pień.


To już ostatni fragment powieści Iwony Menzel "Z widokiem na Castello", jaki publikujemy w naszym serwisie, zaintrygowanych dalszymi losami mieszkańców willi don Battisty, zapraszamy do księgarń. A za tydzień zapraszamy do następnej lektury z "Owocowej serii" Wydawnictwa Prószyński i Ska.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)