Hormon nieszczęścia

Leżę sobie z zamkniętymi oczami na ciepłej, miękkiej trawie, a chłodny nurt strumienia obmywa moje stopy. Jest mi tak jakoś radośnie i lekko, choć właściwie nie powinno mi być radośnie, a tym bardziej nie powinno mi być lekko.
/ 01.05.2008 22:44
Hormon nieszczęścia 5 MAJLeżę sobie z zamkniętymi oczami na ciepłej, miękkiej trawie, a chłodny nurt strumienia obmywa moje stopy. Jest mi tak jakoś radośnie i lekko, choć właściwie nie powinno mi być radośnie, a tym bardziej nie powinno mi być lekko. Gdzieś w głębi ducha czuję, że jestem bardzo nieszczęśliwa. Mało tego, jestem teraz nieszczęśliwa podwójnie, bo nieszczęściem swoim oraz cudzym. Paradoksalnie jednak nie umiem się teraz dobrać do tych wszystkich negatywnych uczuć, towarzyszących zazwyczaj nieszczęściu. Nie kłębią mi się w głowie żadne destrukcyjne myśli, samobójcze projekty, ani nawet retoryczne pytania typu: za jakie grzechy?

Ten niemoralny wręcz błogostan, zupełnie nieadekwatny do sytuacji spowodował we mnie wojnę sprzecznych uczuć: tych, które rzeczywiście napełniały moją duszę, z tymi, które powinny były targać nią do głębin. Uświadomiwszy sobie totalny absurd swojego położenia poczułam się teraz znacznie gorzej, co spowodowało niestety, że natychmiast poczułam się znacznie lepiej. Powoli zaczęłam wpadać w popłoch. Bo przecież wiedziałam doskonale, że aby cokolwiek mogło się wydarzyć, muszę poczuć się nieszczęśliwa! A ja leżę tu sobie za grubą kasę, w określonym celu i zwyczajnie marnuję czas, mocno ograniczony zresztą. Zamiast badać uważnie wszystko dookoła, czyli odśrodkowo, jak zwykle oddaję się analizom dośrodkowym. I wtedy usłyszałam nad sobą jakby znajomy, męski głos:

– Pora ci do dom, chodź, matula czekajom.
Nie, nie męski... Chłopięcy. Jednocześnie nad moją twarzą zamajaczył gęsty cień, izolując ją od ciepłych, słonecznych promieni. Postanowiłam nie otwierać oczu.
– Idź sam, Dałku – odpowiedziałam – ja dojdę zara, a matula niech się nie trapią. Nie przepadnę przecie...

– Ja wiem... – chłopiec pochylił się nade mną. – Ty myślisz, żem młodzik, to nie miarkuję, co ci się w duszy robi... A spojrzyj ino na mnie!

– Co mi się robi? Miarkujesz, hę? – podparłam się na łokciu, nadal nie otwierając oczu.
Czułam, że gdybym choć trochę uchyliła powieki, oczy wypłynęłyby mi potokiem gorzkich łez.
– Aboś się za mną wstawił? Co? Abo kto inny za mną słowo przemówił? Tobiem nawet nie krzywa – spuściłam nieco z tonu – boś smark jeszcze. Ale matka? Babka? A brat nasz najstarszy? Ale nic! Przetargowali... Przetargowali, jak... jałowicę na rozpłód!

– Ale jakoż to tak... – głos brata wyraźnie drżał. – Ja wiem, żeś ty Żegostowi nierada, to i serce twoje się burzy, ale taki już to porządek na świecie. A rodzinie nie pomstuj! Wżdy za chłopa łanowego idziesz!

– Odejdź – odwróciłam się tyłem, żeby nie widział mojej twarzy. – Odejdź Dałku, ja dojdę...
Chłopak kucał jeszcze nade mną jakąś chwilę, jakby wahając się, co ma robić. Kiedy znowu poczułam słońce na twarzy, wstałam i rozejrzałam się po okolicy.

Znajdowałam się mniej więcej w połowie zbocza wielkiej góry. Krystalicznie czysty strumień, w którym przed chwilą zanurzałam stopy, wił się w dół, tworząc u podnóża stoku niewielkie bajorka i całkiem spore rozlewiska. Nieco dalej, jak okiem sięgnąć, rozpościerały się łąki i uprawne pola, okolone z trzech stron gęstym, mrocznym lasem. Za moimi plecami, początkowo łagodne zbocze przechodziło ku szczytowi w coraz bardziej stromą ścianę. Wyglądało mi na to, że stoję poniżej jakiejś prymitywnej fortecy, zmontowanej z kamienia i drewnianych bali. Niestety, z mojej obecnej pozycji nie byłam w stanie dostrzec, co znajduje się za tym czymś. U podnóża góry, nieco bardziej na wschód, pomiędzy nielicznymi w tym miejscu drzewami dostrzegłam niewielkie skupisko chałup. Zastanowiłam się, gdzie ja właściwie jestem? Jakiś wewnętrzny zakaz nie pozwalał mi jednak na dokładniejszą penetrację terenu.

– Idę – mruknęłam niechętnie i ruszyłam przed siebie.

I znowu uświadomiłam sobie, że zupełnie nie czuję się nieszczęśliwa. A powinnam. Nieszczęśliwość mieściła się w poczuciu mojego obowiązku. Domyślałam się niejasno, że powinnam teraz biec na oślep w dół, łkać rozdzierająco i wyżalać się na swój los dzikiej zwierzynie. Zastanowiła mnie jednak ta błoga lekkość. Uniosłam ciekawie rąbek zgrzebnej spódnicy, a potem jeszcze trochę wyżej... i wyżej... aż ujrzałam parę dwóch, smukłych, zgrabnych nóg!

– Jeny! – jęknęłam w uniesieniu – ależ mam nogi...

Rozochocona tym odkryciem zaczęłam badać kolejne elementy mojego jestestwa: szczupłe biodra, jędrne pośladki, wąską jak u osy talię, kształtne piersi. Przy twarzy zawahałam się nieco, ale tylko nieco. Po chwili wodziłam opuszkami palców po idealnie gładkiej skórze: żadnych pryszczy, włosków, ani śladu nalanego podbródka! Nic z tych rzeczy! Za pomocą dotyku odkryłam jeszcze mały, zgrabny nosek, pełne usta i gruby niczym ramię, czarny jak smoła warkocz. Ten ostatni mogłam choćby częściowo zobaczyć na własne oczy.

– O żesz – westchnęłam głęboko – chyba jestem... Chyba jestem... piękna!
Niestety, strumień był zbyt wartki, żebym mogła się o tym przekonać z całą pewnością. Tak czy owak moje odkrycie wprawiło mnie w doskonały nastrój i w żaden sposób nie mogłam ryczeć rozdzierająco, targając na sobie ubranie.

– Płacz! – usłyszałam gdzieś obok groźne polecenie. – Pędź do chałupy i dawaj wyraz swojemu nieszczęściu!

– Nie mogę – wyszeptałam odrętwiałymi ustami. – Takie to wszystko... superanckie! Nie będę pędzić, dobrze? Zejdę sobie wolniutko i ponapawam się krajobrazem... O! Podgrzybek brunatny! Jaki dorodny, w życiu takiego nie widziałam!

– Zostaw tego grzyba!!! – zagrzmiało tuż nad moją głową. – Niczego nie ruszaj!
Mimo to postanowiłam przycupnąć i wyrwać błyskawicznie podgrzybka, gdyż grzybobrania uwielbiałam zawsze i maniakalnie. W każdym razie był to dla mnie jedyny rodzaj spaceru, mający jakiś sensowny cel. Ledwo zdążyłam ugiąć nogi w kolanach, coś wielkiego rzuciło się na mnie i wbijając mi boleśnie pazury w ramiona, ustawiło mnie do pionu.

– Na miłość boską, pani Mirko! Umawialiśmy się przecież! – zniesmaczony hipnotyzer pochylał nade mną spoconą twarz. – Jeszcze trochę i byłoby nieszczęście!

– No wie pan? – sarknęłam pogardliwie, jednocześnie unosząc się z kozetki i obciągając spódnicę.
Najprawdopodobniej podczas seansu osobiście ją sobie zadarłam, aż po samą szyję.
– Chyba cokolwiek pan przesadza. Jeden, głupi grzyb... I co by to komu szkodziło? A zresztą, przecież to wszystko nie było naprawdę.

– Pani Mirko – hipnotyzer przybrał ton bardzo oficjalny. – Po pierwsze, ustaliliśmy pewne reguły... Nie, to po trzecie. Bo po pierwsze: to było naprawdę, a po drugie, jedna taka zerwała kiedyś „głupie” jabłko i konsekwencje tegoż są powszechnie znane do dziś. Pani zapewne też.
– Teraz to już pan sobie ze mnie żartuje – roześmiałam się, szukając w jego oczach filuternego błysku.

Pan Janusz był jednak śmiertelnie poważny.
– W porządku, obiecuję, że już nie będę – uderzyłam w skruchę, w obawie, że wykreśli mnie za karę ze swojego notesu. – No to może zobaczymy się... – rzuciłam okiem do portfela – może... za tydzień?

– Dobrze – westchnął pan Janusz, chowając do szuflady swoje honorarium. – To będzie czwartek. O siedemnastej, jak zwykle. Pasuje pani?

– Pasuje! Pasuje! – odnotowałam sobie termin w biegu i rzuciłam się ku drzwiom, bo ekscytacja całą tą wizją parła mnie ku natychmiastowemu podzieleniu się nią z Agatą. [...]

– Mirka – szepnęła z troską w głosie Agata – nie łaź ty już do tego swojego magika. Idź lepiej, jak każdy normalny człowiek, do psychiatry...

No i skończyło się jak zwykle, czyli ogólnopoglądową zwadą. Urażona do żywego mięsa wbiłam się w swoją zagrodę, w swój fotel, puściłam muzę i zapaliłam kadzidełko.

Mieszkanie, do którego przytuliła mnie jakiś czas temu Agata, adaptowane ze strychu, nie było podzielone na oddzielne pomieszczenia, tylko na „zagrody” właśnie. Nie było tu żadnych drzwi, a poszczególne przestrzenie użytkowe mieściły się w rozmaitych załomach, wykuszach i zakamarkach. Centralne miejsce zajmowała jej pracownia, a po obu stronach, symetrycznie, mieściły się nasze prywatne apartamenty okrojone o kąt łazienny i kuchenny. Zagroda Agaty była dzielona z kuchnią, a moja – z łazienką. Nie był to podział przypadkowy. Na samym początku było dokładnie odwrotnie, ale z uwagi na moją skłonność do nocnej penetracji lodówki Agata zarządziła zamianę.
– Nie pójdę do psychiatry. Oczywiście, że nie pójdę – fuczałam pod nosem, sadowiąc się wygodniej w starym, wyliniałym rupieciu.

To był sposób na problemy Agaty, ale nie na moje! Ja przynajmniej znalazłam sobie mojego łanowego chłopa... Pożałowałam teraz, że nie wzięłam jednak tego ptasiego mleczka. Przydałoby się. Ale kto mógł przewidzieć, że Agata zryje mi tak dobry nastrój?
– A, tam – odżałowałam szybko, zwłaszcza że wyszperałam sobie w szufladzie komody całą paczkę chipsów. [...]

No właśnie, Agata! – westchnęłam cicho, kiedy został po niej jedynie cierpki zapach perfum. Kiedy zamieszkałyśmy razem, szybko okazało się, że stanowimy dwa skrajne przeciwieństwa, ale wszystko co nas dzieli, doskonale nas łączy: ona miewa doły i psychozy, a ja nerwice i schizy. Agata łazi ze swoimi odpałami do psychologa i psychiatry, ja ze swoimi do bioenergoterapeuty, hipnotyzera i jasnowidza. Ona łyka psychotropy, ja piję ziółka. I wreszcie – Agata wierzy tylko w to, co widzi i słyszy, ja natomiast wierzę absolutnie we wszystko, w co nie wierzy Agata. Obie przy tym jesteśmy uparte jak mulice, toteż zdarzało nam się nieraz walczyć o swoje filozofie na gołe miecze. Miałyśmy jeszcze dodatkowo jeden, wspólny problem, a mianowicie: chroniczny brak chłopa, tylko nieco inaczej. Bo ona nie mogła znaleźć tego jednego, jedynego, a ja... ani jednego.
Zanim spotkałam Agatę, upatrywałam źródła wszystkich swoich problemów w braku wyglądu, ale na jej przykładzie okazało się, że można mieć zarazem i wygląd i problemy. A zatem źródło moich nieustających nieszczęść tkwiło już tylko w ciotce Abeloizie. To oczywiste. Dotąd wszystkich otaczających mnie ludzi klasyfikowałam na ciotkopodobnych i wrednych inaczej. Ciotkopodobni czepiali się zazwyczaj mnie, jako mnie, ci drudzy natomiast, fajni z pozoru, zawsze w jakiś sposób uwłaczali mojemu wyglądowi. A to dobrymi radami i „serdeczną” krytyką, a to po prostu swoją własną, zbyt estetyczną aparycją. Agata jako jedyna nie podlegała tej klasyfikacji.

Z jej wyglądem zetknęłam się w dniu, w którym przygarnęła mnie pod swój dach. Nawet nie tyle się zetknęłam, co zderzyłam, a ściślej, zostałam nim boleśnie zdruzgotana. Dokładnie wtedy, kiedy rzuciłam na swoją drogę kamień milowy, czyli nabluzgałam Abeloizie, kiedy upchnęłam ostentacyjnie do torby piżamę, mydło, grzebień i wyprowadziłam się z domu.

Otóż to. Wyprowadziłam się... Tak naprawdę wsiadłam w pierwszy lepszy autobus i pojechałam do centrum. Trochę się włóczyłam, oglądałam sklepowe wystawy, unikając starannie własnego odbicia w szybach witryn. Później ulokowałam się w pizzerii, bez żadnego pomysłu na dalszy ciąg. Właściwie już, już, miałam uczynić sobie ten dyshonor, czyli wrócić do domu, kiedy podeszła do mojego stolika piękna, szafirowo-czarnowłosa dziewczyna. Obserwowałam ją chwilę wcześniej, brylującą w jakiejś grupie płci obojga przy stoliku pod oknem. Każdy szczegół jej image’u, począwszy od nieco azjatyckich rysów twarzy, przez awangardową fryzurę, aż po dziesiątki bransolet na rękach i nogach boleśnie dźgał moje ego. No bo, jakim prawem ona tak wyglądała? To ja powinnam tak wyglądać! To mój śmiech powinien się tu perlić, odbijając się echem od łososiowych ścian, to z moich ust całe to elitarne towarzystwo powinno zlizywać miód elokwencji i pieprz wyrafinowanego dowcipu! No? Jakim prawem?

Och... – pomyślałam gorzko, kiedy ONA, nie wiedzieć czemu stała tak nade mną – gdyby ciebie nie było, to ja bym była z pewnością zamiast ciebie!

Bo w tym obłędzie nieszczęśliwych myśli, jakoś mi się naonczas wykluczało: ona i ja. Mogła być albo ona, albo ja. Byłam pewna, że świat dla nas dwu jest za mały, czułam się ograbiona przez nią z wyglądu, odarta z wdzięku i wyzuta z intelektu. Przez ten krótki moment nienawidziłam jej tak bardzo, że według wszelkich prawideł parapsychologii winna była paść zgniłym trupem. U mych stóp, które natychmiast stałyby się jej, czyli moimi stopami.
– Mirka? – dziewczyna pochyliła się nade mną.
– Co? – spytałam bezmyślnie.
– To ty? – ponowiła pytanie. – Jestem Agata, Agata Rogowska! – wyrzuciły z siebie radośnie pięknie wykrojone usta.

Nic dziwnego. Taaaakie nazwisko! Takimi ustami! Zlustrowałam powoli całą tę skradzioną mi podstępnie powłokę i coś zaczęło mi majaczyć w umyśle. Agata... Rogowska... No jasne, chodziła ze mną do liceum. Do plastyka konkretnie. Podczas gdy ja zakończyłam na tym etapie swoją przygodę ze sztuką, ona, o ile pamiętam, wybierała się na ASP. Ja też chciałam, bardzo chciałam! Ale ciotka, jak zwykle namieszała we łbach moim rodzicom. Wtedy właśnie rozpoczęłam moje ucieczki od świata rzeczy, do świata ducha.

– Rzeczywiście. Ty jesteś Agata – potwierdziłam apatycznie.
– Słuchaj, coś ci się stało? Mogę ci w czymś pomóc? – wypaliła obcesowo. Jasne – pomyślałam – zamień się ze mną.

– Jasne – powiedziałam głośno i równie obcesowo – znajdź mi mieszkanie! [...]
Owego dnia zyskałam przyjaciółkę. Ekscentryczną, piękną i nie mniej zdołowaną życiowo, niż ja... I paradoksalnie, zamiast starać się jakoś przy niej wypięknieć, korzystając z całej jej wiedzy na temat wypiękniania, zupełnie już zaniechałam zabiegów o swój wygląd. Bo skoro Agacie uroda nie przydawała szczęśliwości w życiu, nie wykluczone, że i mnie nie na wiele by się zdała. Ergo: po co się wysilać i katować?

No więc teraz, gdy ona hołubiła swoją urodę za pomocą pilingów i maseczek, ja mordowałam swoją, za pomocą chipsów i zajmowałam się duchowością. Głęboko wierzyłam, że jeżeli uda mi się osiągnąć pewien stopień duchowego oczyszczenia, posiądę stan wyższej świadomości, a to z kolei sprawi, że moje życie stanie się proste, jasne i radosne. Mało tego, właściwa literatura obiecywała, że w moim życiu zaczną dziać się cuda. Jeżeli oczywiście osiągnę ten pułap prawdziwie oraz dogłębnie.