Hanka Lemańska "Chichot losu" - fragment 3.

Śpiące dzieci są jednak dużo przyjemniejsze od nie śpiących - pomyślałam. Może dlatego że mniej się ruszają i nic nie mówią?
chichot1.jpgBudzik zadzwonił o szóstej. Dłuższą chwilę trwało, zanim zorientowałam się gdzie jestem i co tu robię. W to ostatnie najtrudniej mi było uwierzyć. Ja i dzieci! Jak nic, trzy dni wyjęte z życia. No, zakładając, że zgodnie z umową Elka wróci jutro wieczorem, to w zasadzie dwa i trzy czwarte. Tak brzmiało to znacznie lepiej.
Usiadłam na łóżku. Podstawa to stworzenie właściwego planu działania – pomyślałam. Jeśli stworzę odpowiedni plan, to jego realizacja nie powinna nastręczyć już większych trudności. Najpierw chyba trzeba ich obudzić. Jak się budzi dzieci? Potrząsa? Polewa wodą? Prosi? Zielonego pojęcia nie mam. A potem co? Dać śniadanie? Same sobie zrobią? Elka wspominała, że Aśka ma sobie robić kanapki do szkoły. Najpierw sprawdzić, czy w domu jest chleb. Gdzie oni trzymają chleb?
Chleba oczywiście nie było. Może powinnam wysłać do sklepu Łukasza? W końcu to mężczyzna. A może takie małe nie chodzą same do sklepu? Jeszcze go ktoś porwie i Elżbieta będzie miała pretensje. Chociaż nie, sądząc po wystroju mieszkania dla okupu raczej go nie porwą. Owszem, dużo kwiatów, książek też u nich nie brakuje, ale poza ty szczerze mówiąc niewiele tu jest. Wyposażenie na poziomie minimum, meble pamiętające lepsze czasy. Za parę lat może nawet awansują do roli antyków, ale na razie robią wrażenie ... No cóż, nie robią specjalnego wrażenia. Tak więc dla okupu to raczej nie. Ale pozostają jeszcze zboczeńcy różnej maści. Z drugiej strony jest szósta rano. O szóstej rano chyba nawet zboczeńcy śpią w najlepsze. Nie to, co ja – pomyślałam smętnie.
Moje radosne rozważania przerwał dźwięk budzika w pokoju dzieciaków. Po chwili zza jej drzwi wysunęła się potargana głowa.
- Cześć – powiedziała Aśka – chyba nie ma chleba, zaraz pójdę do sklepu.
- Łukasz rano jada płatki, trzeba je tylko zalać mlekiem – rzuciła w drodze do łazienki.
No tak, znaleźć płatki. Zakładam, że powinny być gdzieś pod ręką. Rzeczywiście, stały w pierwszej z brzegu szafce.
Nasypałam trochę do miseczki i zalałam mlekiem. Nie wyglądało to apetycznie. Takie płatki podawało się kiedyś z truskawkami i miodem i miało to być dobre na coś, ale na co, już nie pamiętam. Nie wykluczam, że na cerę.
I pomyśleć, że Elżbieta karmi tym pięciolatka. Pewnie chodzi o inwestycję na przyszłość. Wiem, wiem, tenis od drugiego roku życia, języki obce... Fakt, cera też ważna. Za parę lat przyda mu się jak znalazł. Truskawki o tej porze roku prawie nieosiągalne, a o miodzie ani Elka, ani Aśka nic nie wspomniały. Może małym lepiej robi na cerę bez miodu? Albo on ma alergię na miód? Z dziećmi nigdy nic nie wiadomo.
Śniadanie było już gotowe i nie pozostawało mi nic innego, jak tylko budzić Łukasza. Mały miarowo posapywał przez sen. Nie był ładny, ale uśpiony wyglądał jakoś sympatyczniej. Śpiące dzieci są jednak dużo przyjemniejsze od nie śpiących - pomyślałam. Może dlatego że mniej się ruszają i nic nie mówią?
Podeszłam do niego i delikatnie potrząsnęłam go za ramię. Mruknął coś, odwrócił się na drugi bok i spał dalej.
- Łukasz, wstawaj, spóźnię się do pracy. No, dalej – potrząsnęłam nim znowu, teraz już nieco brutalniej – Wstawaj i zacznij się ubierać. I nie zapomnij umyć zębów.
Mały usiadł na łóżku przecierając zaspane oczy.
- Nie mogę się ubrać. Nie przygotowałaś mi ubrania – powiedział z wyrzutem.
Masz ci los! Sam sobie nie może przygotować? Otworzyłam pierwsza z brzegu szafkę.
Jakieś bardzo kolorowe bluzki to chyba nie jego? Jest jeszcze jakaś spódnica. Nie, to raczej szafa Aśki. W następnej znalazłam kolekcję miniaturowych męskich ubrań. Co ja mam mu dać? Wczoraj w przedszkolu wyglądał jak ostatnie fleja. Jest! Aksamitny garniturek, do tego biała, starannie wyprasowana przez Elkę koszula. Może być. Przynajmniej nikt mi nie zarzuci, że nie dbam o tymczasowo powierzone mi potomstwo mojej przyjaciółki.
Łukasz popatrzył na mnie ze zdziwieniem.
- Nie patrz, tylko się ubieraj! Mamy mało czasu. Już ci mówiłam, że jeśli będziesz się guzdrał, spóźnię się do pracy.
Mały posłusznie sięgnął po ubranie. Po dłuższej chwili pojawił się w kuchni. Zabawnie wyglądał elegancko ubrany, ale za to bosy i z potarganą czupryną.
- Łukasz, pospiesz się, śniadanie czeka.
Usiadł przy stole i wlepił wzrok w stojący przed nim talerz.
- Co to jest? Nie będę tego jadł! Obrzydliwie wygląda – stwierdził.
- Wszystkie dzieci na całym świecie jadają to na śniadanie. Lekarze mówią, że mali chłopcy powinni rozpoczynać dzień od takich płatów z mlekiem. Wiesz, robią się od tego duzi i silni – starałam się brzmieć wiarygodnie.
- Od takich płatków? – Aśka z torbą pełną świeżych bułek wyrosła jak spod ziemi.
- Coś z nimi nie tak? – nie czułam już się taka pewna siebie.
- Jak by ci to powiedzieć? Łukasz jada rano płatki czekoladowe zalane ciepłym mlekiem. O, popatrz, są w tej szafce – wskazała ręką.
- A ja mu dałam co? Przyznaję, o podgrzaniu mleka nie pomyślałam.
- Płatki owsiane. One są do gotowania. Gotuje się je razem z mlekiem. Inaczej chyba nikt tego nie zje.
Aśka szybko wylała zawartość talerza do zlewu i równie szybko na kuchence pojawił się garnek z mlekiem.
- Zrobić ci kanapki? – zapytała i ku mojemu zdumieniu jej pytanie było skierowane do mnie.

Jakimś cudem spóźniłam się do pracy tylko pół godziny. Pierwszy raz w życiu spóźniłam się do pracy. Na szczęście nie było szefa. Współpracownicy przyglądali mi się ze zdumieniem, ktoś pozwolił sobie nawet na komentarz, że chyba nieźle wczoraj zabalowałam, tylko Marcin ze zrozumieniem pokiwał głową.
Znowu musiałam wcześniej wyjść z firmy. Projekt szkolenia dotyczącego zarządzania jakością dla jednego z naszych najlepszych klientów musi poczekać do jutra.
Odbierając Łukasza zrozumiałam, o czym myślała Aśka sugerując mi rano, że może mały powinien włożyć na siebie coś innego niż to, co dla niego przygotowałam. Nie koniecznie aksamitny garniturek. On nie wyglądał jak fleja, on wygląda jak dwie fleje, jak cały batalion flej razem wziętych!
Jego aksamitne ubranko powinno natychmiast trafić do pralni. A swoją drogą, skoro Elka ma córkę, która tak dobrze sobie radzi, wszystko wie i wszystko potrafi przewidzieć, to po kiego diabła wmanewrowała mnie w opiekę nad dzieciakami? Mała spokojnie nawet mną mogłaby się zaopiekować.
Wieczór upłynął nam pod hasłem poszukiwania pluszowego słonia, który zaginął gdzieś w ogólnym bałaganie. Okazało się, że Łukasz bez niego nie zasypia.
Mały ryczał, a my obie systematycznie przeszukiwałyśmy mieszkanie kawałek po kawałku. Na moją propozycję, że może wsiądę w samochód i pojadę kupić mu innego, oboje popatrzyli na mnie z niemym oburzeniem
W mieszkaniu robił się coraz większy bajzel, a mnie nie starczało już energii, żeby zabrać się za sprzątnie. Opieka nad dwójką słodkich maleństw to jednak piekielnie wyczerpujące zajęcie.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)