"Gwiazdy i gwiazdki, czyli diabeł na rozdaniu Oscarów"

Miejsce to przypomina nadgniłe jabłko – z zewnątrz błyszczy złociście, od środka zaś jest nadgniłe i zepsute. Wciąż jednak kusi. Kto więc choć raz zatopił zęby w słodkim „miąższu” bogactwa i sławy, ten łatwo ulegnie pokusie i, nie zważając na gorycz (porażki!), łapczywie starać się będzie jak najwięcej zagarnąć dla siebie.
/ 12.03.2008 09:31
Miejsce to przypomina nadgniłe jabłko – z zewnątrz błyszczy złociście, od środka zaś jest nadgniłe i zepsute. Wciąż jednak kusi. Kto więc choć raz zatopił zęby w słodkim „miąższu” bogactwa i sławy, ten łatwo ulegnie pokusie i, nie zważając na gorycz (porażki!), łapczywie starać się będzie jak najwięcej zagarnąć dla siebie.

Dostosowując się do obowiązujących zasad gry, i… łamiąc zasady, by dostosowały się do naszych potrzeb. Nie jest tajemnicą, że w tym świecie przepychu i dobrobytu, który dla przeciętnego śmiertelnika jest niczym współczesne Eldorado, nie ma miejsca na chwilowy spadek formy, gorszy dzień czy czasową nieobecność. Jesteś w czołówkach gazet, lub nie istniejesz.

„Gwiazdy i gwiazdki, czyli diabeł na rozdaniu Oscarów” Amandy Goldberg i Ruthanny Hopper otwierają przed czytelnikiem bramy tej magicznej krainy, zwanej Hollywood.
Już po kilku pierwszych linijkach książki mamy wrażenie, że to my same kroczymy po czerwonym dywanie w miejscu głównej bohaterki, Loli Santisi, córki znanego reżysera. Jest „1 godzina, 22 minuty i 17 sekund po wręczeniu Oscara w kategorii Najlepszy Film Roku”, i choć napięcie festiwalowe nieco opadło, bankiet „Vanity Fair” zapowiada się na jedno z największych wydarzeń roku. I my na nim jesteśmy! Podglądamy z boku, przysłuchujemy się rozmowom gwiazd z ukrycia, podziwiamy piękne kreacje… a przy okazji rozmarzone zastanawiamy się, czemu los nie był dla nas taki łaskawy. Pragnąc spotkać gwiazdę z pierwszych stron gazet, pozostaje nam zerknąć na jeden z plotkarskich portali lub też zaczytać się w rubryce towarzyskiej – nie mamy co liczyć na to, że „wielki” Graydon Carter zaszczyci nas swoim zaproszeniem na słynne pooscarowe przyjęcie, które i dla hollywoodzkich gwiazd jest co roku wielką niewiadomą. Ach, być tam! Być częścią tego gwarnego, pełnego przepychu świata! Tylko że… sprawdza się powiedzenie, że „nie wszystko złoto, co się świeci”.

Książka Amandy i Ruthanny to ironiczna satyra na środowisko bogatych, rozpieszczonych mieszkańców Los Angeles, którzy przez swoją wierną świtę podlizujących się asystentów, agentów czy menadżerów, są utrzymywani w przeświadczeniu o swej wyższości i niepowtarzalności. Im dłużej czytamy, tym mniej rozumiemy mechanizm absurdalnego hollywoodzkiego świata, za to spostrzegawczość autorek, ich złośliwy język czy ironia bawią nas i cieszą. W tygodniu przedoscarowym, gdy wszyscy, jak piszą autorki, starają się wyglądać jakby „spędzili dzień pod grzebieniem Chrisa McMillana, pędzlem do makijażu Bobbi Brown i wyszli spod igły Dolce&Gabbana”, temperatura w Los Angeles sięga zenitu. Mniej ważne jest kto i za co dostanie Oscara – liczy się jedynie, w czyjej kreacji wystąpi gwiazda stąpająca po czerwonym dywanie (w której chwilę potem odbierze Małego Złotego Ludzika). I tu przenosimy się w książce do niedzieli, „176 godzin, 12 minut i 48 sekund przed wręczeniem Oscara w kategorii Najlepsza Drugoplanowa Rola Męska”.
Fabuła nie jest mocną stroną tej książki. Lola Santisi zostaje ambasadorem swojego przyjaciela, Juliana Tennanta. Ma za zadanie dotrzeć do którejś z nominowanych gwiazd lub gwiazdeczek i przekonać ją, żeby założyła jedną z kreacji tego projektanta. I też ma nie dać się uwieść żadnemu narcystycznemu, zadufanemu w sobie aktorowi, co w świecie Hollywood wcale nie jest rzeczą prostą – w tym miejscu nawet kelnerzy w barze to przyszli albo niedoszli aktorzy. Lola ma do pomocy dwie przyjaciółki, i jako głównego wroga… pędzący w zawrotnym tempie czas.
Akcja książki wciąż przyśpiesza, jednak ilość pojawiających się na stronach książki nazwisk i odniesień do świata filmu czytelna będzie jedynie dla określonej grupy odbiorców (pozostałych co najwyżej zmęczy). Kto zaczytuje się w życiu „wielkich tego świata”, ten powinien znaleźć w książce coś dla sobie. Komu nie spodobał się „Diabeł ubiera się u Prady” Lauren Weinberger, tego prawdopodobnie znudzi i „Gwiazdy i gwiazdki…” – te pozycje, choć różne, mają z sobą wiele wspólnego. I też obie zostały napisane „pod film”, oraz skierowane głównie do czytelnika amerykańskiego. Przymknąć więc oczy trzeba na zakończenie, gdzie na kilku stronach spełniają się marzenia głównych bohaterów (ale „American dream always comes true”), a złe postacie zostają ukarane (jak za dawnych, purytańskich czasów). Osobiście drażnił mnie też język powieści, choć nie wiem, ile tu jest winy oryginału, ile polskiego przekładu.

Ta książka nigdy nie miała być pozycją ambitną, więc jako zwykłe „czytadło” się sprawdza -udało mi się (z kilkoma przerwami, ale odpoczynek od nadmiaru nazwisk i zbędnych wątków bywa potrzebny) dotrzeć do końca. Jeśli ktoś lubi obserwować życie gwiazd, powinien spędzić któreś popołudnie przenosząc się w świat, gdzie ludzie żyją na tej samej planecie, ale jakby na dwóch przeciwległych biegunach. Na pewno w wielu momentach się uśmiechniemy!
Książce można wiele zarzucić, jednak… nic tak nie bawi, jak obserwowanie dziwactw innych ludzi. Gwiazdom zaś trzeba niekiedy nawet wytłumaczyć, że nie można zarazić się ptasią grypą, jedząc ptasie mleczko.

Pozostali, mniej zainteresowani światem filmu „od środka”… może lepiej niech zaczekają na film? Jeśli ominiemy tę pozycję, tak naprawdę wiele nie stracimy.

Tytuł: Gwiazdy i gwiazdki, czyli diabeł na rozdaniu Oscarów”
Tytuł oryginału: "Celebutantes"
Autor: Amanda Goldberg, Ruthanna Hopper
Tłumaczenie: Magdalena Rychlik
Wydawca: Prószyński i Ska
Objętość: 304 strony
Oprawa: miękka
Cena katalogowa: 33, 00 zł.

Anna Curyło