Elizabeth Buchan "Dobra żona" fragment 4

– Nie każdy doświadcza tego za granicą. Większość ludzi odkrywa pluskwy, cierpi na rozstrój żołądka i nadprogramową dawkę złego humoru.
/ 26.09.2016 11:37

– Nie każdy doświadcza tego za granicą. Większość ludzi odkrywa pluskwy, cierpi na rozstrój żołądka i nadprogramową dawkę złego humoru. Wiesz, Fanny, często zastanawiałem się…
– Nad czym?
– Nad twoim ojcem… – Pochylił się ku mnie. – Wybacz, jeśli pakuję się z butami w twoje prywatne sprawy, ale czy on faktycznie chciał powrócić do Fiertino? W końcu mógł uczynić to tak wiele razy. – Raoul wzruszył ramionami. – Miał tak mocno ugruntowane wyobrażenia... a miejsca się zmieniają. Nie zastygają w bezruchu, a przecież twój ojciec był mądrym człowiekiem, on o tym wiedział. Oczekiwanie, że po latach wszystko będzie takie samo, było nierealistyczne.
– Być może – odparłam. – Może masz rację. – Zmieniłam temat. – Jak się miewa twoja wspaniała rodzina?
Raoul zrozumiał aluzję.
– Starzeje się, ale temu akurat trudno się dziwić.
– A Thérese?
Zmarszczył brew.
– Nie ma pojęcia, że przyjechałem cię odwiedzić. To stawia mnie w niezbyt korzystnym położeniu, ale cóż, stało się. Prawdę mówiąc, nie miałem zamiaru przyjeżdżać, ale… jak widzisz, jestem.
Sprawiał wrażenie, jakby przekroczył właśnie jakiś psychiczny Rubikon. Spojrzałam na kieliszek.
– Nie wolno ci przeze mnie kłamać.
– To brzmi bardzo angielsko.
– A co oznacza bycie Anglikiem?
– Nigdy nie zapominać dobrych manier.
Parsknęłam śmiechem.
– Zawsze zachowywałam się nienagannie.
– Nie chcąc przyznać, że mamy sobie do powiedzenia coś więcej. A było dużo czasu do namysłu.
Krew nabiegła mi do policzków. Widząc to, Raoul wziął mnie za rękę.
– Nie zamierzam wykorzystywać sytuacji, Fanny. Znamy się jak na to zbyt dobrze.
Teraz drżałam – z zaskoczenia tego rodzaju propozycją, lecz również z radości. Nie cofnęłam ręki.
– Dochowywałam Willowi wierności.
– Nie spodziewałbym się po tobie niczego innego. Ja jestem wierny Thérese. – Nalał ostatni kieliszek Brunello. – Niektórzy spośród moich przyjaciół traktują swoje… przygody… jak degustację wina. Kosztujesz, delektujesz się, ale nie zabierasz butelki do domu. – Pchnął ku mnie kieliszek. – To nie w moim stylu.


Kelner zabrał talerze, a w ich miejsce postawił na stole świeżą ricottę, misę czereśni i półmisek maleńkich ciasteczek migdałowych, które mogły złamać najbardziej zatwardziałych.
– Zawsze było mi wstyd, że tak kiepsko… tak kiepsko znalazłam się w sytuacji, kiedy… – Wzięłam ciasteczko i zatopiłam w nim zęby. – Nie potraktowałam cię szczególnie miło.
Półmisek miał obwódkę w kolorze wyblakłego nieba i bieli – dokładnie taki sam wybrałabym do kuchni w Casa Rosa.
– Byłam ledwie dziewczyną – ciągnęłam, próbując odłożyć tę część mojej przeszłości na należne jej miejsce. – Nie rozumiałam. Byłam ciekawa, a gdy przyszło co do czego, czułam się urażona, bo niczego nie pojmowałam. Mam nadzieję, że mi wybaczyłeś.
– Wiem. Przecież wiem.
Przeciągnęłam palcem po niebiesko-białym szlaczku.
– Raoul, co według ciebie ma decydujące znaczenie przy ocenie… – Podniosłam wzrok i uśmiechnęłam się. – ...wina?
– Ty mi powiedz.
Zadumałam się.
– Potrzebna jest niezależność. I oczywiście odwaga, by osądzić zawartość butelki, a nie proweniencję czy rodowód. Może to jest klucz: potrzeba po prostu odwagi.
– Doświadczenie pomaga, zapewniam cię.
Przełknęłam ostatni kęs ciasteczka migdałowego i znowu spojrzałam mu prosto w oczy.
Zwiedziliśmy miasteczko i pojechaliśmy z powrotem do Fiertino, gdy zaczął zapadać zmierzch, ta niezrównanie piękna ciemność, której wtórowały grane przez cykady serenady. Raoul zatrzymał się w hotelu w Pienzie, podrzucił mnie pod Casa Rosa, obiecując, że wróci następnego dnia.
Zapaliłam świeczkę wciśniętą w butelkę po Chianti, zaparzyłam herbatę i wyniosłam filiżankę na zewnątrz do loggii.
Tego wieczoru komary cięły wściekle. Jak szalona klepałam się po nieosłoniętym ciele, lecz w końcu zmuszona byłam podciągnąć kolana i owinąć nogi spódnicą.
Will był daleko stąd. To nie fair, że nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo daleko.


 
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)