"Coś pożyczonego"

Pierwsza powieść autorki "Dziecioodpornej". Sytuacja jak z najgorszego koszmaru każdej dziewczyny...
Wyobraź sobie, że jesteś zaręczona a twój narzeczony zdradza cię z najlepszą przyjaciółką! Niewybaczalne, prawda? Ale każda historia ma dwie strony... Bohaterowie powieści "Coś pożyczonego" z całą pewnością mogliby trafić do "Rozmów w toku" Ewy Drzyzgi.

Literacki debiut Emily Giffin, autorki "Dziecioodpornej", bestseller na listach "New York Timesa". Książka, która po raz pierwszy daje możliwość wypowiedzenia się obu stronom konfliktu. Najpierw słyszymy głos Rachel – przyjaciółki, która dopuściła się zdrady. Wkrótce ukaże się "Coś niebieskiego", napisane z perspektywy zdradzanej Darcy.

O książce
Co myślicie o dziewczynie, która idzie do łóżka z narzeczonym najlepszej przyjaciółki? Czy granica między tym co dobre i złe naprawdę jest tak wyraźna?
Rachel uważa się za racjonalistkę, która zawsze postępuje właściwie. W przeciwieństwie do swojej przebojowej przyjaciółki Darcy, która nie zawsze zachowuje się lojalnie. Jedna noc sprawia, że role się odwracają. Po przyjęciu z okazji trzydziestych urodzin Rachel budzi się u boku narzeczonego Darcy. Początkowo zdeterminowana aby zakończyć całą sprawę, zakochuje się i brnie w kłopoty coraz dalej. Data ślubu Darcy i Dexa jest coraz bliższa i w końcu Rachel musi się na coś zdecydować. Co wybierze: miłość czy przyjaźń?

"Coś pożyczonego" udowadnia, że nic nie jest czarno-białe i zawsze trzeba uważnie wysłuchać obu stron. Co na temat podwójnej zdrady ma do powiedzenia Darcy? Już wkrótce poznacie tą samą historię opowiedzianą z innego punktu widzenia.

Nie musisz pożądać chłopaka swojej najlepszej przyjaciółki aby zachłysnąć się tą historią (uwierz mi na słowo)... Masz przed sobą książkę, której nie będziesz mogła odłożyć i bohaterkę, której z całych sił będziesz kibicowała. Czytając świetnie się bawiłam - Lauren Weisberger, autorka książki "Diabeł ubiera się u Prady".

O autorce
Emily Giffin
dla pisarstwa porzuciła karierę prawniczą. W Polsce ukazała się dotychczas jedna książka tej autorki pt. "Dziecioodporna". Teraz Wydawnictwo Otwarte oddaje w ręce czytelników jej debiutancką powieść - "Coś pożyczonego". Razem ze swoją drugą częścią zatytułowaną "Coś niebieskiego", okazały się wielkim sukcesem zagranicą i trafiły na listę bestsellerów "The New York Times".

Fragment książki "Coś pożyczonego"

Rozdział I
Po raz pierwszy pomyślałam o moich trzydziestych urodzinach będąc w piątej klasie podstawówki. Razem z moją najlepszą przyjaciółką Darcy natknęłyśmy się na uniwersalny kalendarz umieszczony na końcu książki telefonicznej, w którym można było sprawdzić każdą przyszłą datę i dzięki tej małej siateczce przekonać się, jaki będzie wtedy dzień tygodnia. Wyszukałyśmy zatem dni naszych urodzin w następnym roku – moje wypadały w maju, a jej we wrześniu. Mnie trafiła się środa, zwykły dzień tygodnia. Jej przypadł piątek. Małe zwycięstwo, ale za to bardzo typowe. Darcy zawsze była szczęściarą. Szybciej się opalała, jej włosy lepiej się układały i nie potrzebowała aparatu ortodontycznego. Lepiej wychodził jej księżycowy krok, a także gwiazdy i salta (których ja nie umiałam wcale). Miała lepszą kolekcję naklejek. Więcej kapselków z Michaelem Jacksonem. Sweterki Forenzy w kolorze turkusowym, czerwonym oraz brzoskwiniowym (moja mama nie pozwoliła mi na żaden – powiedziała, że są zbyt modne i drogie). A także parę dżinsów Guess za pięćdziesiąt dolarów, z zamkami na kostkach (reakcja mojej mamy była identyczna jak w przypadku sweterków Forenzy). Darcy nosiła po dwa kolczyki w każdym uchu i miała rodzeństwo – nawet jeśli był to tylko brat, znajdowała się w lepszej sytuacji niż ja, jedynaczka.




Za to ja byłam o kilka miesięcy starsza i pod tym względem nigdy nie mogła mi dorównać. Właśnie wtedy postanowiłam sprawdzić, w jakim dniu tygodnia wypadną moje trzydzieste urodziny – w roku tak odległym, że wydawał się datą z filmu scence fiction. Padło na niedzielę, co oznaczało, że w sobotni wieczór wraz z moim cudownym mężem wynajmiemy jakąś odpowiedzialną opiekunkę dla dwójki (ewentualnie trójki) naszych dzieci, zjemy kolację w modnej francuskiej restauracji z lnianymi serwetkami i zabawimy tam aż do północy, więc technicznie rzecz biorąc, będziemy świętować w dniu moich urodzin. Właśnie wygram pewną dużą sprawę – jakimś cudem udowodnię, że niewinny człowiek ma czyste sumienie. A mój mąż wzniesie za mnie toast: "Za Rachel, moją piękną żonę, matkę moich dzieci i najlepszą adwokatkę w stanie Indiana". Podzieliłam się tymi fantazjami z Darcy i wtedy odkryłyśmy, że jej trzydzieste urodziny wypadają w poniedziałek. Co za porażka! Patrzyłam, jak zaciska usta, trawiąc tę informację.
– Wiesz co, Rachel, kogo obchodzi, w jaki dzień wypadną nasze trzydzieste urodziny? – powiedziała, wzruszając gładkimi oliwkowymi ramionami. – Wtedy będziemy już stare. W takim wieku urodziny nie mają żadnego znaczenia.

Pomyślałam o moich rodzicach, którzy mieli wtedy po trzydzieści kilka lat, oraz o ich obojętnym podejściu do własnych urodzin. Niedawno tato podarował mamie z tej okazji toster, gdyż stary zepsuł się tydzień wcześniej. Nowy opiekał na raz cztery kromki zamiast dwóch. Był to raczej kiepski prezent. Jednak moja mama wydawała się całkiem zadowolona z nowego urządzenia. Nie dostrzegłam u niej ani odrobiny rozczarowania, które poczułam, kiedy mój bożonarodzeniowy prezent nie sprostał oczekiwaniom. Zatem Darcy prawdopodobnie miała rację. W wieku trzydziestu lat takie wydarzenia jak urodziny przestają mieć wielkie znaczenie.

Po raz drugi pomyślałam o moich trzydziestych urodzinach w ostatniej klasie liceum, kiedy razem z Darcy zaczęłyśmy oglądać serial "Trzydziestolatki". Nie był to nasz faworyt – wolałyśmy wesołe sitcomy w stylu "Who’s the Boss?" czy "Dzieciaki, kłopoty i my" – lecz mimo to go oglądałyśmy. W "Trzydziestolatkach" bardzo nie podobały mi się marudne postacie i przygnębiające sytuacje, w które same się pakowały. Pamiętam, jak myślałam wtedy, że powinny wreszcie dorosnąć, stawić czoło rzeczywistości. Przestać dumać nad istotą życia i zacząć robić listy zakupów. To było w czasach, kiedy młodzieńcze lata wlekły się niemiłosiernie i myślałam, że zanim dobiję do trzydziestki, miną całe wieki.

Potem stuknęła mi dwudziestka. I kolejne lata rzeczywiście wydawały się całą wiecznością. Kiedy słuchałam, jak nieco starsi znajomi opłakują koniec swojej młodości, byłam zadowolona z siebie i cieszyłam się, że sama nie znalazłam się jeszcze w tej niebezpiecznej strefie. Miałam mnóstwo czasu. Aż do mniej więcej dwudziestego siódmego roku życia, kiedy już dawno przestano pytać mnie o dowód i zaskoczyło mnie nagłe przyspieszenie czasu (nasuwające na myśl coroczny monolog mojej matki wygłaszany podczas wyciągania bożonarodzeniowych dekoracji) oraz towarzyszące mu zmarszczki i pojedyncze siwe włosy. W wieku dwudziestu dziewięciu lat ogarnęło mnie prawdziwe przerażenie i zdałam sobie sprawę, że pod wieloma względami mogę już uchodzić za trzydziestolatkę. Ale niezupełnie. Nadal mogłam mówić, że mam dwadzieścia kilka lat. Nadal miałam coś wspólnego z ludźmi kończącymi college.

Myślę, że trzydziestka jest tylko liczbą, a człowiek ma tyle lat, na ile się czuje i tak dalej. Myślę również, że w ogólnym rozrachunku trzydziestolatki nadal są młode. Tyle, że nie aż tak. Na przykład, mają za sobą najbardziej odpowiednie i najlepsze lata na rodzenie dzieci. Jest już zbyt późno, żeby, powiedzmy, rozpocząć treningi z myślą o medalu olimpijskim. Nawet biorąc pod uwagę najlepszy scenariusz przewidujący śmierć ze starości, należy uznać, że pokonały około jedną trzecią drogi do linii mety. Zatem siedząc na wyściełanej rdzawoczerwonej kanapie w ciemnym barze na Upper West Side podczas urodzinowego przyjęcia-niespodzianki zorganizowanego przez Darcy, która nadal jest moją najlepszą przyjaciółką, nie mogę pozbyć się uczucia niepokoju.
Jutro jest ta niedziela, o której po raz pierwszy rozmyślałam w piątej klasie podstawówki, bawiąc się książką telefoniczną. Po dzisiejszym wieczorze przestanę być dwudziestolatką i ten rozdział zamknie się na zawsze. To uczucie nasuwa mi na myśl sylwestrowy wieczór, kiedy rozpoczyna się odliczanie i nie jestem pewna, czy powinnam chwycić aparat, czy po prostu cieszyć się chwilą. Zazwyczaj chwytam aparat, a potem tego żałuję, bo zdjęcie nie wychodzi. Wtedy czuję się strasznie zawiedziona i myślę sobie, że wieczór byłby bardziej zabawny, gdyby nie był aż tak ważny i gdybym nie musiała analizować tego, co dokonałam i dokąd zmierzam.

Podobnie jak sylwestrowy wieczór, dzisiejsza noc jest zarówno początkiem, jak i końcem. Nie lubię początków i końców. Wolałabym wiecznie dryfować gdzieś pośrodku. Najgorsze w tym konkretnym końcu (mojej młodości) i początku (wieku średniego) jest to, że po raz pierwszy w życiu nie mam pojęcia, dokąd zmierzam. Moje pragnienia są proste: praca, którą lubię i facet, którego kocham. A w przeddzień trzydziestych urodzin jestem zmuszona przyznać, że pod tymi względami przegrywam 0:2.
(...)

Fragment pochodzi z książki Emily Giffin, "Coś pożyczonego", przeł. Anna Gralak, Wydawnictwo Otwarte, data wydania w Polsce: 20 sierpnia 2007 r.




SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)