"Całun z Oviedo"

Leonard Foglia, David Richards Amerykańscy autorzy relacjonują próbę sklonowania Chrystusa poprzez wykorzystanie DNA z cennej relikwii. Osiemdziesięcioletni ksiądz, strażnik całunu w katedrze w Oviedo, który okrywał głowę umierającego Chrystusa, zostaje odnaleziony martwy. Śmierć wygląda na naturalną, więc nikt nie zauważa, że relikwia została sprofanowana.
/ 21.03.2008 13:26
Leonard Foglia, David Richards Amerykańscy autorzy relacjonują próbę sklonowania Chrystusa poprzez wykorzystanie DNA z cennej relikwii. Osiemdziesięcioletni ksiądz, strażnik całunu w katedrze w Oviedo, który okrywał głowę umierającego Chrystusa, zostaje odnaleziony martwy. Śmierć wygląda na naturalną, więc nikt nie zauważa, że relikwia została sprofanowana.

Osiem lat później w Bostonie, Hanna, dziewiętnastoletnia kelnerka, decyduje się zostać zastępczą matką. Akceptuje warunki pośredniczącej agencji i poznaje jej klientów – przyszłych rodziców. Hanna przechodzi pomyślnie zapłodnienie in vitro i okres ciąży spędza w charyzmatycznym domu Whitfieldów. Jednak różne zdarzenia i sytuacje budzą jej podejrzenia. Wspólnie z nowym przyjacielem z przerażeniem odkrywa, że stała się ofiarą strasznego eksperymentu, związanego z zabójstwem księdza z Oviedo i profanacją całunu.

Znakomity współczesny thriller trzymający w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, a jednocześnie świetne psychologiczne studium młodej dziewczyny i budzącego się w niej silnego uczucia macierzyńskiej miłości.
Dla miłośników Dziecka Rosemary i Kodu Leonarda da Vinci.

Philip Wilson – premiera wydawnicza: maj 2008 r.
format: 135 × 205, str. 376,
cena 29,90 zł
ISBN 978-83-7236-227-8
ISBN 978-83-60697-11-5

ROZDZIAŁ 1
(siedem lat wcześniej)
Jakimż był dotąd szczęściarzem!
Ostatnie czterdzieści lat swego kapłaństwa spędził przy katedrze, wśród złoconych rzeźbień, strzelistych łuków i monumentalnych masonwerków, którym czas nadał fakturę szarego aksamitu. Tak wiele piękna nieodmiennie go poruszało. Ale to właśnie w tym jednym dniu, co roku, don Miguel Alvarez nieodmiennie przypominał sobie, iż zaprawdę los mu pobłogosławił. Był to dzień, w którym wydobywano na światło dzienne bezcenną relikwię, aby ukazać ją oczom wiernych. Na jedną, jedyną minutę arcybiskup unosił ją wysoko nad ołtarzem, aby tłum, który wypełniał szczelnie
centralną nawę, mógł ujrzeć ją na własne oczy, nadziwić się jej boskiemu pochodzeniu i ukorzyć się przed jej świętością. Zazwyczaj w czasie mszy czternastowieczną budowlę wypełniały odgłosy pokasływań, echo kroków i szuranie przyklękających lub powstających z klęczek wiernych. Jednak na tę jedną, coroczną minutę, zapadała w niej wszechogarniająca cisza. Już na samą myśl o tym poczuł, jak dreszcz przebiega mu po krzyżu. Kiedy msza dobiegała końca, biskup całował srebrną ramę, na której rozpięta była relikwia, po czym oddawał ją don Miguelowi, który odnosił ją w bezpieczne zacisze zakrystii. Pełnienie przy niej straży, dopóki wierni nie opuścili świątyni, było dla kapłana zarówno obowiązkiem, jak i nie lada zaszczytem. Lecz to jeszcze nic w porównaniu z zaszczytem, który czekał go, kiedy zgromadzenie wiernych rozeszło się do domów, wrota kościoła
zamknięto, a światła, zalewające ołtarz płynnym, żółtawym światłem, pogasły. Albowiem wówczas don Miguel zabierał relikwię do miejsca jej stałego spoczynku, w Camara Santa – świętej
komnacie – „jednym z najświętszych miejsc całej wspólnoty chrześcijańskiej”, jak z lubością informował zwiedzających. Czasem nawet ponosiła go pycha i mówił wtedy o „najświętszym miejscu”. Już od czterdziestu lat odbywał swoją doroczną wędrówkę niosąc najszacowniejszą z relikwii. Mógłby ją odbyć nawet z zamkniętymi oczyma, tak dobrze jego stopy znały układ płyt posadzki w przykościelnych krużgankach. Chłodny powiew o zapachu ziemi wystarczył, by go poinformować, iż za chwilę zbliży się do kutych w żelazie wrót, które strzegły wstępu do Camara Santa. Widząc, iż się zbliża, stojący przed wrotami odźwierny ruszał odmykać rygle i pozwalał don Miguelowi wejść do środka. W środku wznosiła się klatka schodowa; skręcał w lewo, potem jeszcze raz w lewo, aż wreszcie schodził do izby, która była kresem i celem jego podróży. Miliony pielgrzymów, nie wspominając już o królach i papieżach, przechodziło tędy w ciągu długich wieków, żeby choć zerknąć na szafkę, w której kryło się to, co on trzymał właśnie w rękach.
Don Miguel dobiegał osiemdziesiątki, a jego członki stale trapił artretyzm. Lecz nigdy w tym miejscu
– nigdy, kiedy trzymał w dłoniach relikwię. Ogarniał go dziwny, wniebowzięty zachwyt i kapłan niemalże płynął w powietrzu nad wydeptanymi schodami. Podszedł do kolejnej kraty, zza której wyzierały różne skrzynie i kasetki, kryjące większość katedralnych skarbów. Odźwierny otwierał i tę furtę, potem wycofywał się na górę schodów, aby ksiądz mógł dopełnić swych obowiązków w samotności i spokoju. Tak jak to bywało już wiele razy wcześniej, don Miguel umieścił relikwię na okutej srebrem skrzyni przed sobą i ukląkł do modlitwy. Tak naprawdę miała spocząć w złoconej szafce na ścianie, lecz księdzu niełatwo było tak prędko się z nią rozstać. Chwile, jakie spędzał przy tej najświętszej z relikwii rozważając jej cudowną obietnicę, należały do najbardziej wzniosłych momentów jego życia. Przez pusty, bezdrzewny plac przed katedrą przeleciał ciepły podmuch wiatru. Ostatni wierni rozchodzili się w stronę własnych domów i ulubionej filiżanki kawy, gwarząc między sobą hałaśliwie. Jednak święta komnata, cicha i chłodna, pozostawała poza zasięgiem czasu oraz niepokojów. Tutaj otaczały don Miguela wszystkie symbole jego wiary. Uświęcony „Krzyż z aniołami” – przepiękny złoty krucyfiks, kwadratowy, wysadzany klejnotami i wspierany przez postacie dwóch klęczących aniołów – był nie tylko symbolem katedry, lecz i całej krainy, w której się urodził i spędził długie życie. W skrzyni po prawej kryły się kości apostołów – a właściwie ich uczniów – ukryte w aksamitnych woreczkach. W szafce przechowywano sześć cierni, które pochodzić miały z korony cierniowej Chrystusa. Podobnie jak podeszwę z sandała świętego Piotra. Lecz wszystkie one blakły w obliczu wagi tego, co powierzono jego pieczy. Czymże sobie zasłużył, on, prosty ksiądz, nawet nie uczony, a teraz jeszcze i stary, na taki uśmiech losu?
Przymknął oczy. Nagle jego usta otoczyła czyjaś dłoń w rękawicy. Próbował się odwrócić, żeby zobaczyć, kto to, lecz dłoń trzymała go w uścisku jak imadło. Poczuł zapach skóry, a po chwili w nozdrza uderzył mu jakiś ostry smród. Kiedy z trudem łapał oddech, jakaś inna para rąk sięgnęła przez niego do relikwi.
– No, no, lo toques! – starał się krzyczeć. – Estás loco? Cómo se te ocurre que puedas tocarlo.
Dotknąć relikwii? Czy ten ktoś oszalał?! Dłoń w rękawiczce zdusiła wszelkie krzyki. Ciało księdza nie
mogło stawiać napastnikom zbyt wielkiego oporu, a od ostrego zapachu zakręciło mu się w głowie. Mógł tylko patrzeć w niemym przerażeniu, jak drugi intruz wyciąga z kieszeni kurtki nieduży skalpel. Don Miguel przygotował się w duchu na ostry błysk bólu, który będzie oznaczał, że ostrze przejechało mu po gardle. Jednak ten ktoś przysunął się tylko bliżej okutej srebrem skrzyni i pochylił się nad nią, aby się przyjrzeć relikwi. Ksiądz przeklął się w duchu. Powinien był jak najszybciej wykonać zadanie i natychmiast wracać do katedry. To przez jego samolubne pragnienie, aby pozostać samotnie w Camera Sancta, dokonało się to okropne świętokradztwo. Wydawało mu się, że „Krzyż z aniołami” topnieje mu przed oczyma, a zielone i czerwone klejnoty zmieniły się w śluz, który spływał teraz po skrzydłach klęczących u podstawy aniołów. Uświadomił sobie, iż
pozbawiony tlenu zaczyna mieć halucynacje. Teraz mógł myśleć już tylko o tym, jak straszliwie zawiódł. Na to, co Bóg powierzył jego opiece, żaden człowiek nie powinien spoglądać inaczej, jak tylko z nabożną czcią. A teraz, z jego winy, święta relikwię zbezczeszczono. Serce płonęło mu wstydem. Bóg mu nigdy nie wybaczy.

ROZDZIAŁ DRUGI
Hannah Manning czekała na znak. Na coś, co by jej powiedziało, co powinna zrobić ze swym
życiem, co by nią pokierowało. Czekała już tak od miesięcy.
Gapiła się na złotą gwiazdę na szczycie choinki i myślała o Trzech Królach, którzy podążyli
za nią dawno, dawno temu. Nie była na tyle głupia, aby przypuszczać, że znak dla niej będzie tak
samo spektakularny, a jej los równie doniosły. Kimże niby jest? Zwykłą kelnerką. Przynajmniej na
razie, ale nie na stałe. Dopóki nie otrzyma swego znaku. Pomyślała teraz, że to nawet nie musi być
znak. Wystarczy mały kuksaniec lub lekkie popchnięcie. Tak jak Trzej Królowie, wiedziałaby instynktownie, co ono oznacza.
Już dostatecznie długo unosiła się bezwładnie na fali życia.
– Dasz wiarę? Siedem nędznych dolarów, dwadzieścia trzy centy i kanadyjski dwudziestak
– w małej kabince na zapleczu jadłodajni Teri Zito robiła bilans napiwków z tego wieczora. – Wszyscy wrócili już do zwyczajowego sknerstwa.
– Mnie też nie poszło najlepiej – odparła Hannah.
– Ech, bo czego się tu spodziewać w tej mieścinie pełnej kutw? – Teri wepchnęła pieniądze
do prawej kieszeni obszytego falbanką fartuszka w biało-brązową kratkę, jaki stanowił część ubioru
służbowego kelnerki w jadłodajni Błękitny Świt. – Tylko w święta zdarza się, że człowiek dostanie
tutaj przyzwoity napiwek. A te nędzne siedem dolarów i dwadzieścia trzy centy to jak oficjalne obwieszczenie, że święta są już za nami.
Stojąc na drewnianym stołku, Hannah ostrożnie zdejmowała ozdoby z wysokiego, niezbyt
bujnego drzewka, które stało w jadłodajni, a które bez wypełniających dziury między gałęziami
światełek i bombek wyglądało jeszcze marniej. Sięgnęła do złotej gwiazdy i jednym szarpnięciem
zdjęła ją z czubka. Jaskrawe światła, odbite od metalicznej folii, zasypały sufit plamkami brokatu.
Dwa zdarzenia zmówiły się, by wyrwać Hannę z letargu, w jakim tkwiła. Jesienią większość
z jej szkolnych kolegów i koleżanek wyjechała z Fall River, aby studiować lub pracować w Providence albo w Bostonie. Z każdym mijającym miesiącem poczucie, że pozostała w tyle, stawało się coraz bardziej dokuczliwe. Uświadomiła sobie, że przez cały czas trwania nauki w średniej szkole tamci przygotowywali się do swego przyszłego życia, a ona – nie. Potem, w grudniu, przyszła rocznica śmierci rodziców, co oznaczało, że nie ma ich przy niej już od siedmiu lat. Ku własnemu przerażeniu uświadomiła sobie, że nie potrafi już przywołać w myślach ich twarzy. Rzecz jasna, przechowywała w pamięci ich obraz, lecz pochodził on już tylko z fotografii. Żadne ze wspomnień nie było już z pierwszej ręki. Pamiętała tylko zdjęcia roześmianej mamy i ojca wygłupiającego się na podwórku za domem. Nie słyszała już śmiechu matki ani nie czuła dotknięcia ojcowskiej ręki, kiedy tato poderwał ją gwałtownie z ziemi i dla zabawy wyrzucił wysoko w powietrze.
Nie może już do końca życia być dziewczyną, która straciła rodziców. Teraz jest już dorosła.
Tak naprawdę Hannah Manning dopiero niedawno skończyła dziewiętnaście lat, a wyglądała
o kilka lat młodziej. Miała ładną twarz, wciąż jeszcze wyglądała trochę dziecinnie z tym zadartym
nosem i idealnym łukiem brwi nad jasnobłękitnymi oczyma. Trzeba było uważnie się przyjrzeć, aby
dostrzec bliznę, która rozdzielała na pół lewą brew, skutek upadku z roweru w wieku lat dziewięciu.
Miała długie włosy koloru pszenicy, które ku nieustannej irytacji Teri, skrecały się w naturalne
pukle.
Wzrost Hanny – metr sześćdziesiąt osiem – oraz jej wysmukła sylwetka także stanowiły
przedmiot zawiści Teri, która po urodzeniu dwójki synów nigdy już nie odzyskała swej bojowej
formy, jak to określała. Teri ważyła teraz dobre dziesięć kilo więcej, niż dla jej niedużej postury
wyznaczał ideał Jenny Craig, lecz pocieszała się myślą, że jest też o dobre dziesięć lat starsza od Hanny, która w wieku dwudziestu dziewięciu lat najpewniej nie będzie wcale taka wiotka. „Gdyby ta dziewczyna pacnęła na twarz trochę makijażu, byłaby z niej prawdziwa laska” – rozważała w duchu Teri. Jednak Hanny jakoś nie interesowali chłopcy. Jeśli nawet jakiś jej amant pojawił się kiedykolwiek w jadłodajni, to Teri go nie zauważyła, a zwykle ma dobre oko do mężczyzn.
– Przypomnij sobie, jak to było, kiedy Boże Narodzenie oznaczało coś więcej niż pieniądze! – westchnęła Hannah, zawijając gwiazdę w bibułkę i odkładając starannie do kartonowego pudełka.
– Człowiek nie był w stanie w nocy zmrużyć oka, bo się bał, że Mikołaj przegapi jego dom. A potem
budził się o szóstej i widział te wszystkie paczki pod choinką, a na dworze padał śnieg. Ludzie
śpiewali kolędy, urządzali bitwy na śnieżki i w ogóle. Było cudownie.
– To tylko reklama, którą widziałaś w telewizji – odrzekła Teri, która przeszukiwała właśnie
prawą kieszeń na mało prawdopodobną okoliczność, iż przeoczyła tam jakiś rachunek albo dwa.
– Święta nigdy tak nie wyglądały. Może w twoim wyimaginowanym dzieciństwie, ale u mnie nie!
Och, przepraszam. Nie chciałam...
– Nic się nie stało.
„To także powinno się już skończyć” – pomyślała Hannah. Każdy obchodzi się z nią jak z jajkiem,
bo nie miała rodziców, każdy starannie uważa na to, co mówi, żeby nie zranić jej uczuć.
– Myślę, że nie powinno być choinek – oznajmiła głośno, schodząc ze stołka, potem przyglądała
się przez chwilę kruchemu, wysuszonemu okazowi, odartemu już z papierowych łańcuchów
i plastikowych aniołków. – Ścinamy drzewko, które jest już i tak wystarczająco piękne, tylko po to
żeby na te parę tygodni obwiesić je śmieciami, a potem, kiedy wszystko się skończy, wyrzucamy je
na śmietnik. To takie marnotrawstwo.
Nigdy nie przyznałaby się do tego przed Teri, lecz odczuwała coś w rodzaju empatii dla nieszczęsnego świerczka, który ucięto przy korzeniu i ustawiono przy wejściu do jadłodajni Blady Świt, gdzie stało ignorowane przez większość bywalców, z wyjątkiem tych krótkich chwil, kiedy jakieś dziecko próbowało ściągnąć którąś z ozdób i dostawało za to od rodziców po łapie. Wyglądał tak żałośnie, tak samotnie, ze czasem wprost miała ochotę się nad nim rozpłakać.
Święta to był bardzo ciężki okres – wielka gra w udawanki z ciotką i wujem: musiała udawać,
że jej zależy, kiedy jej nie zależało, udawać, że czuje się szczęśliwa, kiedy się nie czuła, musiała udawać, że jest z nimi w bliskim związku, w którym nigdy nie była. Te wszystkie mistyfikacje sprawiały, że czuła się potem jeszcze bardziej smutna i samotna niż kiedykolwiek. Temu też należało położyć kres. Jeśli ma zamiar kiedykolwiek dojść do ładu z własnym życiem, będzie musiała się wyprowadzić z domu wuja i ciotki.
– No daj spokój – rzuciła Teri. – Nie mam zamiaru stać i patrzeć, jak się użalasz nad jakimś
głupim drzewkiem. Zróbmy mu pogrzeb jak należy.
Uchwyciła świerczek za pieniek, Hannah złapała za drugi koniec i obie zaczęły niezdarnie manewrować drzewkiem w stronę tylnego wyjścia, pozostawiając za sobą istną ulewę zbrązowiałych igiełek. Drzwi były zamknięte na klucz. Teri krzyknęła w stronę kuchni, gdzie Bobby – kucharz i szef drugiej zmiany – korzystając z chwilowego niedostatku klientów, pochłaniał właśnie hamburgera.
– Dasz radę znaleźć chwilkę, żeby otworzyć nam te drzwi?
Bobby ostentacyjnie odgryzł kolejny kęs hamburgera.
– Słyszałeś, leniwy pierdoło?
Otarł usta z tłuszczu papierową serwetką.
– Tylko nie za szybko, bo jeszcze ci pikawa stanie.
– Taaa? Pogłaszcz tutaj, to co innego mi stanie – odparł, obleśnie wypinając ku niej biodra.
Teri cofnęła się w udanym przerażeniu.
– Czekaj, tylko poszukam pincetki.
Kobiety wytaszczyły drzewko na pusty parking, otoczony zaspami brudnego śniegu. Powietrze
było tak zimne, że aż szczypało w policzki. Hannah widziała swój własny oddech.
– Nie wiem, jak wy możecie codziennie tak do siebie gadać – odezwała się.
– Skarbie, to jest właśnie sens mojego życia: świadomość, że kiedy codziennie wstaję, mogę
tu przyjść i powiedzieć temu gnojkowi, co o nim myślę. Nie potrzebuję porannej gimnastyki, żeby
podnieść sobie ciśnienie, starczy mi widok tych rzednących włosków, podwójnego podbródka i tej
włochatej gąsienicy nad wargą, którą nazywa wąsami.
Wbrew sobie Hannah wybuchnęła śmiechem. Słownik Teri czasem ją szokował, lecz podziwiała
fertyczność (?) starszej od siebie kobiety, najpewniej dlatego, że sama miała jej tak niewiele.
Teri nikt nie będzie rządził.
Przy śmietniku na chwilę złożyły drzewko na ziemi, żeby odzyskać oddech.
– No, to na raz-dwa-trzy – instruowała Teri. – Gotowa? Raz, dwa, trzyyyyy... – Drzewko śmignęło
w powietrzu, zawadziło o krawędź kontenera i wylądowało w środku. Teri energicznie klasnęła
w dłonie na rozgrzewkę. – Zimno jak w psiarni.
Kiedy wracały po własnych śladach przez pusty parking, Hannah podniosła wzrok na kobaltowo-
niebieski neon z napisem „Jadłodajnia Blady Świt”. Za literami rozchodziły się promieniście
migające, niegdyś żółte, teraz ziemiście szare rurki, które miały imitować wschód słońca. Szyld zdawał się obwieszczać świt na jakiejś odległej planecie, a w jego niebieskawej poświacie śnieg wyglądał jak radioaktywny opad.
Czy to właśnie ten jej znak, wschodzące słońce i migoczące promienie, które powiedzą, że
zaczął się dla niej nowy dzień, że istnieje jakiś inny świat poza tym tutaj, coś innego niż długie godziny pracy w jadłodajni, gburowaci klienci przy stolikach z czerwonego vinylu, nędzne napiwki
oraz Teri i Bobby, skaczący sobie do oczu jak dwa dzikie koty?
Zaraz przywołała się do porządku. Nie, to tylko wiekowy neon z łuszczącą się farbą, który widywała
już tysiąc i jeden raz.
Teri trzęsła się z zimna na progu jadłodajni.
– Pakuj się do środka, skarbie. Przeziębisz się na śmierć.
Hannah wśliznęła się za stolik przy zapleczu, który nieoficjalnie zarezerwowany był dla pracowników
i ustępowany klientom tylko w niedzielne poranki, tuż po mszy, kiedy w Bladym Świcie
interes kręcił się najżwawiej. Teri zwykle rozwiązywała tutaj krzyżówki i choć nie powinna, ukradkiem popalała papierosy, kiedy nikogo nie było w pobliżu – co tłumaczyło obecność brudnej popielniczki.
Było to dość przytulne miejsce, w którym można się było wygodnie rozsiąść po długiej
i męczącej zmianie. Hannah próbowała odprężyć ciało i oczyścić myśli.
Zerknęła na dzisiejszą krzyżówkę, zobaczyła, że jest do połowy rozwiązana i przez chwilę zastanawiała się w duchu, czyby nie spróbować dokończyć. Teri nigdy nie miała nic przeciwko temu,
by ktoś jej pomagał. Potem jednak jej wzrok powędrował ku płynnym literom napisu pod spodem.
Czy jesteś kimś wyjatkowym i odpowiedzialnym?
Zaciekawiona, przechyliła gazetę w stronę światła.
Możesz doznać prawdziwego spełnienia! Podaruj dar prosto z serca.
Przypominało to reklamę walentynkową, z serduszkiem w każdym rogu i radośnie gulgoczącym
anielskim niemowlakiem na środku. Ale Walentynki były półtora miesiąca temu. Hannah czytała dalej. Z Twoją pomocą może powstać szczęśliwa rodzina. Zostań zastępczą matką.
Po bliższe informacje dzwoń do „Partnerstwo w rodzicielstwie”, Inc. 617 923 0546
– Popatrz na to – odezwała się, kiedy Teri postawiła przed nimi dwa kubki okropnie gorącej
czekolady i wśliznęła się za stolik naprzeciwko niej.
– Na co?
– To ogłoszenie w dzisiejszym „Globe”.
– A, to. Dostaje się za to sporo pieniędzy.
– Kto dostaje?
– No, te kobiety. Zastępcze matki. Widziałam kiedyś coś o tym w telewizji. Jak dla mnie, to
to jest trochę dziwne. Jak już człowiek zada sobie tyle trudu, żeby przez dziewięć miesięcy nosić bachora we własnym brzuchu, to potem chyba powinien móc go sobie zatrzymać. Nie wyobrażam sobie, jak mogłabym go komuś oddać. To tak jakby się było piekarzem. Albo właściwie piecem. Ty
pieczesz, a ktoś zabiera sobie ten chleb do domu.
– Jak myślisz, ile one mogą dostawać?
– W talk show Oprah Winfrey była taka, co dostała siedemdziesiąt pięć tysięcy. Ludzie dziś
zrobią wszystko, żeby mieć dzieciaka. Co bogatsi są gotowi zapłacić fortunę. Choć gdyby wiedzieli
jak to naprawdę jest mieć dzieci, nie byliby tacy skorzy. Czekaj, niech no się tylko przekonają, że
już nigdy więcej nie będą mieli w domu czystego pokoju.
– Starczy już tego paplania, dziewczyny – dobiegł głos z kuchni. Światła pogasły.
– Mogę sobie wziąć twoją gazetę?
– A bierz sobie. I tak nigdy nie wpadnę na to, co to jest 26 pionowo.
W drzwiach Hannah pożegnała koleżankę szybkim cmoknięciem w policzek i pognała przez
parking do swego sfatygowanego chevy nova. Kiedy znalazła się w środku, Bobby wyłączył neon
przed wejściem. Chmury zakrywały księżyc, a bez niebieskawego światła neonu miejsce wydało jej
się jeszcze bardziej opuszczone niż zwykle.
Kierując się w stronę wyjazdu, zatrąbiła krótko. Teri odtrąbiła ze swego samochodu, a Bobby,
który zamykał właśnie frontowe drzwi, zdobył się na to, by nieznacznie pomachać jej ręką.
Przez całą drogę do domu gazeta spoczywała na przednim siedzeniu obok Hanny. Choć
drogi były świeżo obsypane piaskiem i raczej pustawe, prowadziła ostrożnie. Zobaczyła, że daleko
w przedzie światło zmieniło się na czerwone, więc ostrożnie wcisnęła hamulec, by uchronić samochód przed poślizgiem.
Czekając na zmianę świateł, rzuciła okiem na gazetę. W ciemności nie dało się odczytać druku,
lecz dokładnie pamiętała treść ogłoszenia. Kiedy zjeżdżała ze skrzyżowania, nieomal słyszała
w głowie głos, który szeptał: „Możesz doznać prawdziwego spełnienia”.

ROZDZIAŁ TRZECI
Stojąc na straży wrót, odźwierny przestąpił leniwie z nogi na nogę. Katedra zostanie otwarta ponownie dopiero późnym popołudniem, więc jego myśli skłoniły się już w stronę zimnego piwa, jakim się za parę minut uraczy.
Zdawało mu się, że kątem oka dostrzega w cieniach bocznej nawy jakiś nagły ruch. Jednak nie spieszyło mu się bynajmniej, by to zbadać. Długoletnie doświadczenie nauczyło go, że błyski światła wpadającego przez witraże lubią płatać figle jego zmęczonym oczom. Dawno także przywykł już do pomruków i pojękiwań, jakie dobywały się z kamieni i drewna, kiedy kościół pustoszał. Jego żona mawiała, że to rozmawiają ze sobą święci i że dom Boży nigdy nie bywa całkiem pusty, lecz on sam doszedł do wniosku, że to po prostu odgłosy starzenia się budowli. Czyż jego własne kości nie strzelają od czasu do czasu? Tyle że dźwięk, jaki dobiegł go w tej chwili, był nieco inny. Był to szelest szeptanych słów, pospiesznie składanej suplikacji. Po chwili dostrzegł kolejny nagły ruch, więc odsunął się od bramy, żeby mieć lepszy widok. Rzeczywiście, przed ołtarzem de la Immaculada – który należał do świetniejszych ozdób tej świątyni i przedstawiał
nadnaturalnych rozmiarów postać Maryi, otoczoną wieńcem złocistych promieni, które świadczyły o jej świętości – modliła się na klęczkach jakaś kobieta.
Kobieta utkwiła wzrok w delikatnie rzeźbionej twarzy, która z niewyczerpaną wyrozumiałością spoglądała w dół, na szukających jej łaski wyznawców. W swoim uniesieniu kobieta najwyraźniej nie zauważyła, że katedrę zamknięto. To nie pierwszy taki przypadek, pomyślał sobie odźwierny, ani też nie ostatni. Wielka ilość bocznych kapliczek sprawiała, iż w czasie zamykania nietrudno było przeoczyć jakąś nieszczęsną duszyczkę. Zazwyczaj obchodził je wszystkie dwukrotnie i podobnie uczyniłby dzisiaj, gdyby nie miał obowiązku towarzyszyć księdzu do Camara Sancta.
Zbliżył się do kobiety powoli, nie chcąc jej przestraszyć. Miał nadzieję, że odgłos jego kroków na kamiennej posadzce wystarczy, aby zwrócić jej uwagę. Kiedy podszedł bliżej, zorientował się, że nie była Hiszpanką. Słomiana torba u boku i stylowa, skórzana kurtka świadczyły o tym, że była turystką, choć turyści robili zwykle kilka zdjęć i znikali. A ta kobieta modliła się równie gorliwie, co niektóre starsze wiekiem chłopki z okolicznych parafii.
– Seńora – szepnął.
Kobieta modliła się jeszcze gorliwiej.
– …wszyscyśmy jeno Twoimi sługami. Bądź wola Twoja…
Odźwierny zorientował się, że modlitwa jest po angielsku. Obejrzał się przez ramię w stronę Camara
Santa. Nie chciał, aby stary ksiądz zszedł po schodach i przekonał się, że wrota są niestrzeżone, lecz kobietę należało wyprowadzić ze świątyni.
Dotknął leciutko jej ramienia.
– Seńora, la catedral está cerrada.
Odwróciła się i spojrzała na niego bez zrozumienia. Nie był nawet pewien, czy go widzi. Powoli pokręciła głową.
Przepraszam, co?
– Seńora, la catedral está... – przez chwilę szukał w myślach właściwego słowa. – Zamknięty, seńora.
Kościół jest zamknięty.
Twarz kobiety oblała się nagle szkarłatem zażenowania.
– Zamknięty? Och, nie zdawałam sobie sprawy. Musiałam... stracić poczucie czasu... Perdón... Perdón, por favor.
Odźwierny pomógł jej wstać, podniósł jej słomkową torbę i odprowadził kobietę do wyjścia. Kiedy szli wzdłuż głównej nawy, nieustannie się oglądała, jakby chciała raz jeszcze zobaczyć Najświętszą Panienkę.
– To naprawdę jedno z najświętszych miejsc na ziemi – odezwała się, kiedy odźwierny otwierał główne drzwi. Oczy kobiety znów zapłonęły blaskiem, a jej dłoń zacisnęła się mocniej na jego przedramieniu. – Tak właśnie się tutaj poczułam, więc to musi być prawda. Powiadają przecież, że to święta ziemia, prawda?
Nie mając pojęcia, o czym ona mówi, odźwierny przytaknął energicznym skinieniem głowy, po czym zamknął za nią drzwi na klucz. Zerknął na swój zegarek kieszonkowy. Czy mu się tylko wydaje, czy don Miguel modli się dłużej niż zazwyczaj? Jak najszybciej ruszył w stronę Camara Santa, gotów wyjaśnić, co sprawiło, że zszedł z posterunku. Lecz już w połowie drogi dojrzał leżącego na ziemi księdza. Staruszek leżał na plecach, z nogami wykręconymi na bok; rozrzucone ręce przypominały zwiniętą na kamiennej posadzce linę. Wyglądał tak, jakby zasnął w trakcie modłów.
Mężczyznę zalała panika. Relikwia! Co się stało z relikwią?!
Nic! Leży sobie na okutej srebrem skrzyni, nietknięta. Podniósł ją ostrożnie i zamknął starannie w szafce w głębi krypty. Dopiero wtedy, przeniósłszy uwagę na don Miguela, zorientował się, że stary ksiądz nie żyje.
Odźwierny przeżegnał znakiem krzyża skurczone ze starości ciało. Jeśli serce staruszka musiało stanąć, to jakże stosownie się stało, że stanęło akurat tutaj. Stary ksiądz niezmiernie kochał to miejsce. Był mu bezgranicznie oddany. A teraz wygląda tak spokojnie. Z pewnością odbiera już swoją nagrodę w Niebie. Co za szczęściarz!

ROZDZIAŁ CZWARTY
– Ranny ptaszek się z ciebie zrobił – mruknęła Ruth Weller, kiedy powłócząc nogami wtoczyła
się do kuchni. – Już trzeci raz w tym tygodniu wstajesz wcześniej ode mnie. Co ci się dzieje?
Hannah podniosła wzrok znad okrytego ceratą stołu, przy którym kontemplowała właśnie
jajko na miękko na grzance.
– Chyba nie jesteś chora, co?
Ruth obrzuciła siostrzenicę spojrzeniem z ukosa. Zawsze chełpiła się zdolnością odczytywania
ludzkich uczuć. Była spostrzegawcza, a drobne kłamstewko potrafiła wyczuć na milę.
– To ostatnia rzecz, jakiej nam tu potrzeba – żeby cię coś rozłożyło! – oznajmiła. – Jeden chory
w zupełności wystarczy. Wujkowi znów dokuczają wrzody.
Matka Hanny mawiała, że kiedy dorastały, to Ruth była tą ładniejszą z sióstr Nadler, tą
bardziej żywiołową, otoczoną wielbicielami. Teraz trudno było w to uwierzyć. Hannah nie potrafiła
sobie wyobrazić ciotki inaczej, jak tylko w postaci tej krępej, wiecznie niezadowolonej kury domowej
w dzierganej podomce, która zmierza teraz w stronę ekspresu do kawy po zastrzyk kofeiny,
który pozwoli zacząć kolejny, pełen rozczarowań dzień.
– Już zrobiłaś kawę? – spytała zaskoczona Ruth.
– Wcześnie wstałam.
– Jesteś pewna, że nic ci nie jest?
Dlaczego zawsze musi być taki zgrzyt, zastanawiała się Hannah. W świecie Ruth nie istniało
coś takiego jak „dziękuję” albo „jak to miło z twojej strony”. Każdemu uczynkowi towarzyszył jakiś
ukryty motyw. Ludzie albo próbowali wziąć ją na litość, albo zamydlić jej oczy. Nikt nic nie robił ot,
tak po prostu. Wszyscy mieli swoje określone powody.
Ruth uniosła filiżankę do warg i siorbnęła głośno.
– O której wróciłaś wczoraj z jadłodajni?
– O tej, co zwykle. Jakiś kwadrans po północy.
– I wstałaś o pierwszym brzasku? – Znów spojrzenie z ukosa. – Czemu mi nie powiesz, o co
chodzi?
– O nic, ciociu Ruth, słowo!
O nic – po za tym, że tydzień temu zadzwoniła do „Partnerstwa w rodzicielstwie”. Pani, która
odebrała telefon, powiedziała, że wyśle jej kilka broszur informacyjnych, a Hannah bez zastanowienia podała jej adres Ritterów. Dopiero później uświadomiła sobie, że powinna była podać adres jadłodajni.
– Jak długo mieszkasz w tym domu i korzystasz z naszej gościnności – nie omieszkała przypomnieć
jej Ruth – nie ma mowy o żadnych sekretach.
Jeśli firmowa koperta z „Partnerstwa w rodzicielstwie” ma na sobie takie same serduszka
i niemowlęta jak ogłoszenie, Hannah musiałaby się gęsto tłumaczyć. Tak więc co ranka przez
cały tydzień wstawała wcześnie, aby w porę przejąc pocztę. Jak dotąd jednak nie dostała żadnego
listu. Dziewczęta w jej wieku powinny raczej myśleć o chłopaku i o tym, że pewnego dnia wyjdą
za mąż i założą własną rodzinę. Zatem dlaczego pomysł, by urodzić dziecko dla bezdzietnej pary,
tak bardzo przemówił jej do wyobraźni? Hannie przyszło do głowy jedynie tyle, że musi to mieć coś
wspólnego z jej matką. Matka należała do tych, co to dzielą się ostatnią koszulą, i wierzyła, że pomoc ludziom, którym powiodło się gorzej, należy do podstawowych obowiązków człowieka. „Ilekroć zaczynasz tonąć we własnych problemach – mawiała – to znak, iż najwyższy czas pomyśleć
o kimś innym.” Ta lekcja wyryła się bardzo wyraźnie w pamięci Hanny, choć niestety łagodny głos
matki słyszała w myślach słabiej niż kiedyś. Ruth wyjęła z piekarnika talerz gorących cynamonowych bułeczek i przyjrzała im się badawczo, aby wybrać tę, która najmniej ją rozczaruje.
– Zdawało mi się, że w tym tygodniu miałaś pracować na rano – rzuciła.
– To prawda, ale mamy za mały ruch. Po świętach chyba wszyscy siedzą w domu.
– Nie daj się tej Teri wyrolować ze wszystkich najlepszych zmian.
Ruth popiła bułeczkę resztką kawy, po czym sięgnęła do lodówki po karton z jajkami.
– Mam nadzieję, że ten twój wujek nie ma zamiaru przespać całego ranka. Idź, powiedz mu,
że śniadanie na stole.
Skwapliwie korzystając z okazji, by wyrwać się z kuchni, Hannah zawołała u podestu:
– Wujku Herb? Ciocia Ruth mówi, że śniadanie gotowe.
W odpowiedzi usłyszała jakiś niewyraźny pomruk.
– Już idzie – przekazała odpowiedź ciotce i wyjrzała przez okno w pokoju dziennym. Zgodnie
ze spodziewaniem, ulicą szedł teraz listonosz. Przygotowała się w duchu na ziąb i wymknęła się
przez frontowe drzwi, aby spotkać go w połowie ścieżki do domu.
– Chciałaś oszczędzić mi tych kilku kroków, co? – zawołał listonosz wesoło. Sięgnął do torby
i podał jej luźno związany sznurkiem pakiecik.
Szybki rzut oka wystarczył, aby się przekonać, że był to zwykły zestaw rachunków, gazet i reklam.
Kiedy dochodziła do ganku, dostrzegła kopertę z nadrukiem „Partnerstwo w rodzicielstwie”
i już miała schować ją do kieszeni, kiedy dobiegł ją rozzłoszczony głos.
– A ty co wyprawiasz? Ogrzewasz całą okolicę? Czy ty masz pojęcie, ile kosztuje ogrzewanie
domu? – W otwartych drzwiach stał Herb Ritter, w piżamie i szlafroku, z rzednącymi, siwymi włosami
wciąż jeszcze potarganymi od snu.
– Przepraszam. Wyskoczyłam tylko na sekundkę.
– Wezmę to. – Herb wyrwał jej z rąk pakiecik i szurając nogami ruszył do kuchni, gdzie zajął
zwyczajowe miejsce u szczytu stołu.
Hannah postawiła przed nim filiżankę kawy i czekała, aż przejrzy pocztę, która to czynność
w najmniejszym stopniu nie przyczyniała się do poprawy jego humoru. List do niej znajdował się
na samym spodzie. Róg koperty sterczał spośród innych na tyle, że dało się wyczytać słowo „partnerstwo” w adresie zwrotnym. Sięgnęła mu przez ramię i wyciągnęła list ze sterty.
– Hej, co robisz?
– Wydaje mi się, że to do mnie. Na kopercie jest moje nazwisko.
– Kto do ciebie pisze? – zainteresowała się Ruth.
– Nikt.
– List sam się napisał?
– To prywatna sprawa, ciociu Ruth, jeśli pozwolisz.
Oburzony głos ciotki gonił za nią po schodach.
– Ile razy mam ci powtarzać, moja panno? W tym domu nie będzie żadnych sekretów.
Hannah zamknęła za sobą drzwi swego pokoju, odczekała, aż odzyska oddech, potem
ostrożnie rozerwała kopertę.

ROZDZIAŁ PIĄTY
Ksiądz nie żył już od dwóch dni, kiedy odźwierny otrzymał rozkazy z biura arcybiskupa.
Jego Eminencja, wraz z „kilkorgiem gości” zamierzał dziś wieczorem odwiedzić Camera Santa. Odźwiernego poinstruowano, aby po zamknięciu kościoła zajął stanowisko przy wejściu do kapliczki, w odpowiedniej chwili otworzył kluczem bramę i pozostał na straży przez cały czas trwania tej wizyty. Jedyne, co mogło mu w tej sytuacji przyjść do głowy, to myśl, iż wizyta musi mieć coś wspólnego ze śmiercią starego księdza, tyle że policja z Oviedo obejrzała już miejsce zdarzenia i nie znalazła tam nic podejrzanego. Zrobiono zdjęcia ciała księdza, zanim zostało zabrane. Wszystkie relikwie w Camara Santa pieczołowicie zbadano i odnotowano, wykluczając możliwość kradzieży.
Odźwierny już kilkakrotnie opowiadał władzom zwierzchnim o całym zdarzeniu. Nie było tam zresztą wiele do opowiadania. Tego dnia ksiądz nie wykazywał żadnych oznak choroby, nie miał też najmniejszych trudności z wchodzeniem po schodach. Przypomniał sobie, że wymienili ze sobą jakieś uprzejmości, lecz nic szczególnie znaczącego. Potem, odczekawszy jakieś dwadzieścia minut – tak, był raczej pewien, że to było dwadzieścia minut – odźwierny wyruszył na poszukiwanie księdza. Znalazł go martwego. I to już było mniej więcej wszystko.
Szelest sutann i szemranie cichych głosów ostrzegły go, że zbliża się arcybiskup ze swymi towarzyszami. Z całej trójki gości pomocnik rozpoznawał tylko tego najwyższego – przyjechał z Madrytu i chyba także był arcybiskupem, o ile go pamięć nie zawodzi. Pozostała dwójka emanowała jednak taką samą aurą powagi. Ściągnięte surowo twarze mówiły wyraźnie, że zjawili się tutaj w bardzo istotnym celu. Szczególne odwiedziny w Camara Sancta planowano zawsze z kilkutygodniowym wyprzedzeniem, zawsze też informowano go wcześniej, kim są zaproszeni goście, aby mógł zaplanować jakieś szczególne środki ostrożności, jeśli okazałyby się konieczne. Ta wizyta jednak przebiegała w ścisłej tajemnicy.
Wsunął w dziurkę masywny klucz, potem rozwarł ciężkie wrota i pomknął w dół po schodach, wyprzedzając czwórkę mężczyzn. Grzebał przy tym po kieszeniach w poszukiwaniu drugiego pęku kluczy, którym otworzy kratę strzegącą samej Camara Sancta. Poczuł, że w okolicach krzyża zbiera mu się wilgotny pot.
– Déjanos – wymamrotał arcybiskup, kiedy wkroczył do sanktuarium. – Proszę nas teraz zostawić.
W geście ponaglenia jeden z „gości” składał i rozkładał ręce, jakby lepiły się od smoły (?). Czy oni zdają sobie sprawę, zastanawiał się w duchu odźwierny, że stoją dokładnie w tym samym miejscu, w którym upadło ciało księdza?
Ścigały go odgłosy ich ożywionej rozmowy, lecz kiedy dotarł do głównego wyjścia, nie dało się już rozróżnić brzmienia słów. Wydawało mu się jednak, że słyszał kilkakrotnie powtórzone słowo „falta... falta”. Brakuje? Czego tam może brakować? Wszystko w Camara Sancta sprawdzono i odnotowano. Minuty upływały tak powoli, że w pewnej chwili potrząsnął energicznie zegarkiem w przekonaniu, iż stanął. Odźwierny nie widział przedtem powodu, aby wspominać o tym, że opuścił na kuilka minut stanowisko, aby odprowadzić do wyjścia samotną kobietę. Zastanawiał się teraz, czy może to jego niedomówienie nie zostało w jakiś sposób odkryte. Im dłużej czekał, tym silniej odczuwał w żołądku ucisk niepokoju. Minęło półtora godziny, zanim usłyszał, że wołają go po imieniu, a wtedy pospieszył, by odemknąć kluczem kratę przy kaplicy. Arcybiskup i jego goście w milczeniu pokonywali schody, a twarze mieli jeszcze poważniejsze niż przedtem. Kiedy znaleźli się przy wejściu, pomocnik zatrzasnął za nimi potężne wrota i przekręcił klucz w zamku, lecz kiedy się odwrócił, spostrzegł, że stoi za nim arcybiskup.
– Klucze – rozkazał, wyciągając przed siebie prawą dłoń.
Odźwierny poczuł na sercu ołowiany ciężar. Pozbawiają go stanowiska. Z czego teraz utrzyma rodzinę?
Wiedział, że w tych okolicznościach to bardzo samolubna myśl, ale do tego to się wszystko sprowadzało. Przekazał biskupowi oba pęki kluczy.
– Nie nie, tylko te do Camara Sancta – sprostował dostojnik. – Obawiam się, że będzie musiała pozostać zamknięta aż do odwołania. Prasę poinformujemy, że konieczne są pewne prace renowacyjne. Tyle też wolno panu przekazywać turystom.
Wetknąwszy klucze za sutannę, arcybiskup rzucił krótkie „Buenos noches”, po czym ruszył w ślad za swymi gośćmi. W poczuciu gwałtownej ulgi pod odźwiernym ugięły się nagle kolana. Jednak utrzymanie ma nadal zapewnione. Rzecz jasna, przypilnowanie starego księdza należało do jego obowiązków, lecz przecież należało do nich także strzeżenie katedry i jej skarbów przed zwiedzającymi, którzy pozostawali w niej poza wyznaczonymi godzinami. Zresztą, oddalił się tylko na momencik. Uświadomił sobie, że o ile będzie milczał, nikt nie musi się dowiedzieć o tamtej kobiecie. Tak jak stary ksiądz, zabierze ze sobą do grobu tych kilka ostatnich minut.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)