Anna Gavalda "Po prostu razem" <br>- fragment 1

Camille Fauque kłamała. Oszukiwała, zwodziła, zmuszała się do reakcji, żeby nikt się nie zorientował.
 
Camille była zaproszona na kolację do Pierre’a i Mathilde. Zadzwoniła, żeby to odwołać, i odczuła ulgę, gdy włączyła się poczta głosowa.
Leciutka jak piórko Camille Fauque oddaliła się więc. Trzymała jeszcze stopy na bruku tylko dzięki ciężarowi plecaka oraz czemuś znacznie trudniejszemu do opisania - jakby kamieniom, które zbierały się wewnątrz niej. Oto co powinna wtedy powiedzieć lekarzowi medycyny pracy. Gdyby miała ochotę... Lub siłę? Może czas? Z pewnością czas - pocieszyła się myślach, sama w to nie wierząc. Czas był pojęciem, którego nie mogła już ogarnąć. Za dużo tygodni i miesięcy upłynęło bez jej najmniejszego udziału i ten wywód, ten absurdalny monolog, który wygłosiła, aby się przekonać, że jest równie waleczna jak inni, okazał się tylko kłamstwem.
Jakiego to słowa użyła? „Żywa”, tak? Żałosne, Camille Fauque nie była żywa.
Camille Fauąue była duchem, który pracował każdej nocy, a w dzień gromadził kamienie. Który wolno przemieszczał się, mało mówił i wymykał się z gracją.
Camille Fauąue była młodą kobietą widzianą zawsze od tyłu, kruchą i nieuchwytną.
Nie należało dać się zwieść pozorom. Poprzednia scena nie była wcale tak naturalna, tak błaha i prosta. Camille Fauąue kłamała. Oszukiwała, zwodziła, zmuszała się do reakcji, żeby nikt się nie zorientował.
Wracała jednak myślami do tego lekarza... Miała gdzieś numer jego komórki, ale zastanawiała się, czy nie przegapiła szansy... Wydawał się cierpliwy i bardziej uważny niż inni faceci... Może powinna... Przez chwilę, o mały włos... Była zmęczona, a powinna także oprzeć łokcie na biurku i wyznać mu prawdę. Powiedzieć, że nic lub prawie nic nie jadała z powodu tych zajmujących całą przestrzeń kamieni w brzuchu. Codziennie budziła się z wrażeniem, że żuje żwir. Nim otworzyła oczy, już się dusiła. Otaczający ją świat nie miał dla niej najmniejszego znaczenia, a każdy nowy dzień stawał się niemożliwym do uniesienia ciężarem. I wtedy płakała. Nie z powodu przykrości, lecz aby to wszystko minęło. Łzy to w końcu płyn. Pomagały jej strawić te kamienie i pozwalały ponownie oddychać.

Czy wysłuchałby jej? Czy zrozumiałby? Oczywiście. Dlatego właśnie milczała.
Nie chciała skończyć tak jak jej matka. Nie chciała się poddać. Gdyby teraz zaczęła, nie wiadomo, dokąd by ją to zaprowadziło. Za daleko, o wiele za daleko, tam gdzie jest głęboko i zbyt ciemno. Na razie nie miała odwagi, aby z tym walczyć.
Udawać - tak, ale nie walczyć.
Weszła do sklepu Franprix obok domu i zmusiła się do zakupu czegoś do jedzenia. Uczyniła to w hołdzie dla życzliwości tego młodego lekarza i dla śmiechu Mamadou. Rubaszny śmiech tej kobiety, debilna praca w Touclean, Bredart, niezwykłe historie Carine, pyskówki, wymieniane papierosy, fizyczne zmęczenie, dzikie wybuchy śmiechu i czasem złe humory - wszystko to trzymało ją przy życiu. Tak, trzymało ją przy życiu.
Pokręciła się trochę po alejkach, nim się w końcu zdecydowała. Kupiła banany, cztery jogurty i dwie butelki wody.
Dostrzegła mieszkającego w jej budynku odmieńca. Dziwny, wysoki chłopak z okularami pozlepianymi plastrem, wytartymi spodniami i manierami z kosmosu. Ledwo wziął jakiś towar, natychmiast go odnosił, a po kilku krokach zmieniał zdanie i wracał, kręcił głową i w końcu, gdy powinien wyłożyć go na ladę, opuszczał nagle kolejkę i odkładał na półkę. Kiedyś widziała nawet, jak wyszedł ze sklepu, a następnie wrócił, żeby kupić ten sam słoik majonezu, który dopiero co odłożył na miejsce. Cudak, który śmieszył ludzi i jąkał się przed sprzedawczyniami, aż serce się krajało.
Czasami spotykała go na ulicy lub przed ich portiernią. Wszystko było dla niego skomplikowane i stanowiło źródło stresu. Tym razem również. Lamentował przy domofonie.
- Co się stało? - spytała.
- Ach! Och! Eeee! Przepraszam! - wykręcał palce na wszystkie strony. - Dobry wieczór, panienko, proszą o wybaczenie, że hm... przeszkadzam, ja... Przeszkadzam pani, nieprawdaż?
To było straszne. Nigdy nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy litować. Ta chorobliwa nieśmiałość, ten zbyt wyszukany sposób mówienia, te wyrażenia, których używał, i przesadna gestykulacja zawsze wprawiały ją w straszne zakłopotanie.
- Nie, nie, nie ma sprawy! Zapomniał pan kodu?
- Do diaska, nie. przynajmniej nie wydaje mi się... cóż, nie rozpatrywałem sprawy pod tym kątem... Mój Boże, ja...
- Może go zmieniono?
- Naprawdę pani tak sądzi? - spytał, zupełnie jakby obwieściła mu koniec świata.
- Zaraz sprawdzimy... trzy, cztery, dwa, b, siedem... Odezwał się mechanizm drzwi.
- Och, czuję się tak skonfundowany... czuję się tak skonfundowany... Ha... Przecież ja też go wstukałem... Nie rozumiem...
- Nie ma sprawy - odparła, napierając na drzwi.
Uczynił gwałtowny ruch, aby otworzyć przed Camille, i chcąc przełożyć ramię ponad nią, nie wcelował w drzwi, lecz uderzył z całą siłą w tył jej głowy.
- Matko! Mam nadzieję, że nie uczyniłem pani krzywdy! Jakiż ja jestem niezdarny, naprawdę, proszę mi wybaczyć... Ja...
- Nie ma sprawy - powtórzyła po raz trzeci. Nie drgnął.
- No cóż... - rzekła w końcu. - Czy może pan zabrać nogę? Przyciska pan mi kostkę i bardzo boli...
Śmiała się. To był nerwowy śmiech.
Gdy weszli do holu, rzucił się do przeszklonych drzwi, żeby mogła przejść bez przeszkód:
- Niestety, nie idę tędy - powiedziała strapiona, wskazując podwórze.
- Mieszka pani od strony podwórza?
- Hm... nie do końca... raczej na poddaszu...
- Ach! Doskonale... - próbował uwolnić rączkę torby, która zaczepiła się na mosiężnej klamce. - To... To musi być bardzo przyjemne...
- No cóż... tak - skrzywiła się, oddalając pospiesznie. - Można to tak ująć...
- Życzę dobrej nocy, panienko! - krzyknął. - I proszę pozdrowić ode mnie rodziców!
Rodziców... ten koleś jest kopnięty... Pamiętała, jak pewnej nocy - zawsze wracała w środku nocy - przyłapała go na korytarzu, w piżamie i w oficerkach, z pudełkiem kociej karmy w ręku. Był zaaferowany i zapytał, czy nie widziała kota. Odpowiedziała, że nie. Przeszła z nim kilka kroków po podwórzu w poszukiwaniu zwierzęcia. „Jak on wygląda?” - dopytywała się, „Niestety, nie mam pojęcia...”. „Nie wie pan, jak wygląda pański kot?” Stanął jak wryty: „Dlaczegóż miałbym to wiedzieć, nigdy nie miałem kota!” Oniemiała i kręcąc głową, zostawiła go samego. Ten facet był zdecydowanie zbyt zwariowany.
Tagi: powieść
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)