POLECAMY

„Dziewiętnaście minut" Jodi Picoult - link do recenzji

Być sobą i narazić się na wykluczenie ze społeczności? Czy udawać, że jest się kimś innym? Przed takim dylematem stają młodzi bohaterowie „Dziewiętnastu minut”. Jodi Picoult, specjalistka w pisaniu książek na kontrowersyjne tematy, w najnowszej powieści kreśli niepokojący portret rodziny, społeczności i szkoły, gdzie przemoc wciąż stanowi poważny problem…
Być sobą i narazić się na wykluczenie ze społeczności? Czy udawać, że jest się kimś innym? Przed takim dylematem stają młodzi bohaterowie „Dziewiętnastu minut”. Jodi Picoult, specjalistka w pisaniu książek na kontrowersyjne tematy, w najnowszej powieści kreśli niepokojący portret rodziny, społeczności i szkoły, gdzie przemoc wciąż stanowi poważny problem…

To poruszająca i pełna emocji opowieść o tym, jak trudno poznać kogoś do końca i jak bolesna bywa utrata niewinności. „Dziewiętnaście minut

Siedemnastoletni Peter Houghton, od lat poniżany psychicznie i fizycznie przez szkolnych kolegów, zostaje doprowadzony do ostateczności. Feralnego ranka wyrusza do szkoły z plecakiem wypchanym bronią. Dziewiętnaście minut – tyle wystarczy, żeby dopełnić zemsty i na zawsze zmienić życie mieszkańców Sterling.

Alexandra Cormier, sędzia przypisana do sprawy Petera, a prywatnie matka Josie, jego najlepszej przyjaciółki i świadka dramatycznych zdarzeń, znajduje się w dość trudnej sytuacji – czy udziałem w tej najpoważniejszej sprawie w swojej karierze zburzy i tak kruche relacje z córką? Tymczasem Josie zeznaje, że nie pamięta, co się tak naprawdę stało, a rodzice Petera bezustannie badają przeszłość, by dociec, czy w jakikolwiek sposób natchnęli syna do zbrodni.

FRAGMENT:

„Zoe Patterson od dłuższej chwili roztrząsała w duchu, jak by to było, gdyby się całowała z chłopakiem noszącym aparat korekcyjny na zębach. Co prawda, nie podejrzewała, że coś podobnego jej się przytrafi w najbliższym czasie, ale chciała być przygotowana na podobną ewentualność, żeby w razie czego sytuacja kompletnie jej nie zaskoczyła. W zasadzie ciekawiło ją, jak by to było, gdyby się całowała z jakimkolwiek facetem - niekoniecznie stojącym przed takimi samymi wyzwaniami ortodontycznymi, jakie jej przypadły w udziale. No i, pomijając wszystko inne, cóż lepszego można robić na głupiej lekcji matematyki, niż puszczać wodze fantazji?
Pan McCabe, któremu się zdawało, że jest Chrisem Rockiem algebry, odstawiał swój codzienny numer komediowy, sypiąc na prawo i lewo matematycznymi kalamburami. Zoe wbiła wzrok we wskazówki zegara. Niecierpliwie odliczała minuty, a równo o 9:50 poderwała się z miejsca i wręczyła panu McCabe zwolnienie.
- A, ortodonta - przeczytał na głos nauczyciel. - Panno Patterson, proszę uważać, żeby nie zadrutował pani ust na amen.
Zoe zarzuciła ciężki plecak na ramię i wyszła z klasy. Miała się spotkać z mamą przed szkołą o dziesiątej, a ponieważ zaparkowanie samochodu o tej porze graniczyło z cudem, umówiły się, że mama zgarnie ją w przelocie. Podczas zajęć hol był pusty i każdy, nawet najlżejszy odgłos niósł się po nim głuchym echem - niczym w przepastnym brzuchu wieloryba. Zoe weszła do sekretariatu, gdzie się wpisała na stosowną listę, a potem z takim pośpiechem wypadła za drzwi szkoły, że niemal stratowała jakiegoś dzieciaka.
Na dworze zrobiło się na tyle ciepło, że można było rozpiąć kurtkę, pomyśleć o lecie, o obozie treningowym żeńskiej drużyny piłki nożnej i o tym, jak się zmieni życie Zoe, kiedy wreszcie przestanie nosić swój podniebienny ekspander. Jeżeli teraz całowałaby się z chłopakiem, który nie nosi aparatu, i zbyt zachłannie wpiła w niego ustami, czy poraniłaby mu dziąsła? Jakiś cichy głos podpowiadał Zoe, że gdyby pokaleczyła faceta do krwi, to najprawdopodobniej już więcej nie miałby ochoty się z nią spotkać. A co by było, jeżeli on także nosiłby aparat, jak ten blondyn, który się przeniósł z Chicago i siedzi przed nią na angielskim? (Co nie znaczy, że on jej się podobał, nic z tych rzeczy, chociaż kiedy się pewnego dnia odwrócił, żeby jej podać poprawioną pracę domową, przytrzymał kartki w palcach odrobinę za długo...). Czy by się zaklinowali jak uszkodzone tryby maszynerii? Czy, żeby je rozczepić, trzeba by ich przewieźć na oddział ratunkowy szpitala? Aż strach myśleć o takim upokorzeniu.
Zoe przejechała językiem po metalowych sztachetach, przytwierdzonych do zębów. Może tymczasowo przyjmą ją do klasztoru.
Westchnęła głęboko i wyjrzała na ulicę w nadziei, że w wijącym się sznurze przejeżdżających samochodów wypatrzy zielonego explorera matki. I właśnie w tym momencie powietrzem wstrząsnął wybuch.

Patrick, rozparty na fotelu nieoznakowanego samochodu policyjnego, stał na światłach przed zjazdem na autostradę. Obok, na siedzeniu pasażera, leżała papierowa torba na dowody, a w niej fiolka z kokainą. Dealer, którego zwinęli na terenie liceum, przyznał od razu, że to koks, a mimo to Patrick musiał tracić pół dnia na wyprawę do laboratorium stanowego, by ktoś ubrany w biały kitel mógł potwierdzić to, o czym on już doskonale wiedział. Pokręcił gałką policyjnego radia i usłyszał, jak dyspozytor wysyła jednostkę straży pożarnej do liceum, gdzie nastąpił jakiś wybuch. Najprawdopodobniej eksplozja bojlera. Szkoła była już na tyle stara, że infrastruktura powoli się sypała. Patrick próbował sobie uprzytomnić, gdzie w Sterling High jest usytuowana kotłownia. Miał nadzieję, że wszystkim dopisze szczęście i nikt nie zostanie poszkodowany w wypadku.
"Oddano strzały..."
Światła się zmieniły na zielone, ale Patrick nie ruszył z miejsca. Użycie broni palnej w Sterling było tak rzadkie, że całą uwagę skupił na policyjnym radiu, czekając na dalsze wyjaśnienia.
"Strzały w liceum... strzały w Sterling High..."
Głos dyspozytora nabrał przyśpieszenia, w jego ton się wkradło napięcie. Patrick gwałtownie zawrócił, włączył czerwono-niebieskie policyjne światła i skierował się w stronę szkoły. W radiu przez elektrostatyczne trzaski przebijały głosy innych policjantów, podających swoją aktualną pozycję w mieście. Dyżurny oficer próbował koordynować ich działania, wzywał także posiłki z Hanover i Lebanon. Słowa się plątały, zagłuszały i blokowały nawzajem, tak że w końcu nikt niczego nie był w stanie zrozumieć.
"Kod tysiąc - zarządził dyspozytor. - Kod tysiąc".
W całej swojej karierze detektywa Patrick usłyszał wywołanie tego kodu jedynie dwukrotnie. Raz, jeszcze w Maine, kiedy ścigany za niepłacenie alimentów, zdesperowany ojciec wziął policjanta na zakładnika. „Dziewiętnaście minutPo raz drugi już w Sterling, podczas domniemanego napadu na bank, który się szczęśliwie okazał fałszywym alarmem. Kod 1000 oznaczał, że każdy ma natychmiast zwolnić radio do wyłącznej dyspozycji koordynatora akcji. Że nie jest to codzienna, policyjna rutyna, ale sprawa życia i śmierci.”

Jodi Picoult - amerykańska pisarka, autorka wielu bestsellerów, specjalistka w pisaniu książek na kontrowersyjne tematy. W 2003 roku otrzymała nagrodę New England Book Award za całokształt twórczości. Jest autorką kilkunastu powieści, m.in.: „Bez mojej zgody”, „Zagubiona przeszłość”, „Świadectwo prawdy”, „Jesień cudów”, „Dziesiąty krąg”, „Czarownice z Salem Fallus”, „W imię miłości”, „Jak z obrazka”. Łączny nakład jej książek na świecie (w ponad 40 krajach) to ponad 7 milionów egzemplarzy. Powieści Jodi Picoult przetłumaczono dotychczas na 30 języków. Mieszka z rodziną w Hanover, w stanie New Hampshire.
Strona internetowa autorki: www.jodipicoult.com

Nasza recenzja wcześniejszej powieści Jodi Picoult, „W imię miłości”

źródło: proszyński.pl

(a.)
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)