Karolina Cwalina w akcji #wpełnidlasiebie fot. mat. prasowe

"Mnie się albo kocha, albo nienawidzi!", mówi Karolina Cwalina-Stępniak, coach i ambasadorka akcji #wpełnidlasiebie

Latami walczyła z ciężką chorobą, nie lubiła siebie, tkwiła w toksycznym związku. Dziś jest jedną z najlepiej rozpoznawalnych coachów w Polsce, a jej konto na Instagramie „Sexy zaczyna się w głowie” ma tysiące fanów. Jako ambasadorka akcji #wpełnidlasiebie mówi o zmianach w życiu, dzięki którym dzisiaj cieszy się sobą.
Sylwia Niemczyk / 06.08.2019 21:50
Karolina Cwalina w akcji #wpełnidlasiebie fot. mat. prasowe
Miała być prawniczką i chodzić w garsonce do szklanego wieżowca w centrum Warszawy. Ale zmieniła zdanie. Dzisiaj zamiast garsonki zakłada sukienki z falbankami, zamiast spraw sądowych prowadzi procesy coachingowe, a zamiast siedzieć nad kodeksami wrzuca kolejne Instastories na swoje konto „Sexy zaczyna się w głowie” i organizuje wyprawy rozwojowe na Bali. Właśnie wydaje trzecią książkę i już kończy plan czwartej, a jej fani mówią jednym głosem, że gdyby Karolina Cwalina-Stępniak nie istniała – to trzeba byłoby ją wymyślić. 
 

Wypełnij ankietę #wpełnidlasiebie i wygraj wodę toaletową i książkę Agnieszki Maciąg „Miłość. Ścieżki do wolności”! Kliknij:

 

Sylwia Niemczyk, „Uroda Życia”: Karolina, na swoim Insta w lipcu wyliczyłaś, za co się lubisz, no i trochę tego było! A jest coś, czego w sobie nie lubisz?

Karolina Cwalina-Stępniak: Gdybyś mnie o to zapytała 10 lat temu, to bym wyliczyła całą listę, ale dziś powiem tylko tyle, że czasem wkurza mnie moja naiwność i łatwowierność. Bo chociaż sobie powtarzam: "Cwalina, uważaj", to i tak dalej nieraz udaje się komuś mnie zwieść i ląduję tyłkiem na lodzie. 

 

A jak myślisz, za co inni cię lubią albo nie lubią?

Jeśli chodzi o innych, to raczej rzadko ludzie mówią o mnie w kategoriach: lubi-nie lubi. Raczej mocniejszych słów używają –zarówno na plus, jak i na minus. Zresztą zawsze tak było: albo ktoś mnie uwielbiał, albo nienawidził. Nigdy nie byłam komuś obojętna, nigdy nie byłam po prostu "fajna" i "spoko", tylko: albo rewelacyjna, albo beznadziejna. A za co? Jedni i drudzy prawie za to samo. Niektórzy krytykują mnie, bo przeklinam, jestem wredna i jęczę, i narzekam, a inni mnie uwielbiają, ponieważ: przeklinam, jestem wredna, jęczę i narzekam, ale jestem tez bardzo pracowita I sprawcza. Piszą mi, że mam się nie zmieniać, bo oni już mają dosyć słodkopierdzącego świata. W moich książkach, na moim Insta jestem cała ja, jest mój sarkazm, moje emocje, moje słowa, których używam na co dzień. Jeśli komuś się to nie podoba, to po prostu może przestać obserwować moje konto, odlajkować mnie na Facebooku albo odłożyć moją książkę. Zresztą – kto nie jęczy i nie narzeka? Każdy to robi – może tylko nie każdy to nagra i nie puści na Insta. A ja puszczę. 
 

A z jakiego powodu konkretnie jęczysz i na co narzekasz?

Na siebie – na te wady, o których przed chwilą powiedziałam. Na swoje zdrowie, bo znowu coś się z nim dzieje. Ale też nieraz narzekam na ludzi: na ludzkie lenistwo, bierność życiową. I jako coach nieraz pomagam moim klientom to u siebie zmienić. 
 

No to z drugiej strony: na co nigdy nie narzekasz? 

Na rodzinę, bo trafiła mi się super. To, jak mnie wychowali moi dziadkowie i rodzice, jak mnie wspierali i wspierają, jak we mnie wierzą – to jest wielkie szczęście. Mam fajnego męża, mam dużo przyjaciół, życzliwych ludzi wokół siebie. Na pewno też nie narzekam na swoje życie, bo robię to, co lubię, mogę z tego żyć i ludzie mnie chcą. 
 

Zanim zostałaś coachem, studiowałaś prawo. 

I nawet je skończyłam, bo jestem z tych, którzy jak zaczynają, to kończą. I nie żałuję, bo chociaż może to zabrzmi górnolotnie, ale naprawdę wierzę, że z wszystkiego można wyciągnąć naukę. Wszystko, co się działo, jakoś mnie ukształtowało. Nie jestem prawniczką i nigdy nie będę, ale na studiach prawniczych poznałam świetnych ludzi, z którymi przyjaźnię się do dziś, a poza tym pojechałam na genialną wymianę studencką, na której właśnie odkryłam, co chcę w życiu robić, czyli wejść w coaching.  

Zachorowałam tuż przed studiami, zaczęłam tyć, włosy wychodziły mi garściami. Lekarze nie wiedzieli, co się dzieje. W końcu w wieku 20 lat ważyłam ponad 140 kilo, byłam prawie łysa i czerwona na twarzy. Wtedy na pewno się nie lubiłam – i to bardzo.

Ci, którzy cię krytykują, nieraz mówią, że nie zachowujesz się jak coach, bo co to za choach, który tyle przeklina, chodzi w kolorowych sukienkach i na Instagramie za dużo opowiada o sobie. 

A przepraszam bardzo: coach to niby kto? Przecież też człowiek! Rzeczywiście nie chodzę w  garsonkach, tylko lubię kolorowe sukienki, ale ktoś, kto mnie ogląda na Instagramie, to wie, że strasznie wkurzają mnie tzw. samozwańcy, czyli osoby, które nie mają żadnej wiedzy, żadnych podstaw merytorycznych, żeby wypowiadać się na temat coachingu I ogólnie rozwoju osobistego, ale fakt: mają sesję zdjęciową w marynarce i białej bluzce i dla ludzi wyglądają wiarygodnie. 
Ja przeklinam, chodzę w kwiatkach, ale na sesji coachingowej korzystam ze swojej wiedzy, umiejętności i doświadczenia, które mam poświadczone certyfikatami za ukończone szkoły, czy szkolenia. Tak to jest jakoś dziwnie, że ludzi bardziej interesuje, czy ktoś chodzi w garniturze niż to, jakie osiągnięcia za nim stoją. Jeśli ktoś chce coachingu i merytorycznej wiedzy, a nie moich osobistych wynurzeń, to zapraszam na mojego fanpage’a i na moją grupę na Facebooku, a nie na mojego Instagrama, bo tutaj nie jest coachingowo i ładnie, ale osobiście – tak, jak ja chcę. 

 

W swoich Instastories nieraz mówisz o problemach ze zdrowiem. 

Zachorowałam tuż przed studiami, zaczęłam tyć, włosy wychodziły mi garściami. Lekarze nie wiedzieli, co się dzieje. W końcu w wieku 20 lat ważyłam ponad 140 kilo, byłam prawie łysa i czerwona na twarzy. Wtedy na pewno się nie lubiłam – i to bardzo.
W końcu okazało się, że powodem mojej choroby są dwa wielkie guzy na nadnerczach – jeśli ktoś nie wie, to jest narząd, który odpowiada za metabolizm i gospodarkę hormonalną. Przez dwa lata studiów więcej czasu spędziłam w szpitalu niż na uczelni, miałam kolejne operacje, kolejne lekarstwa. 
Wszyscy radzili mi, żebym wzięła dziekankę, ale już mówiłam, że jestem zawzięta. Więc wtedy też uparłam się, że dam radę. I dałam, chociaż przez chorobę mój hipokamp, czyli ta część mózgu, która odpowiada np. za zapamiętywanie, praktycznie się wyłączył – leżałam na swoim szpitalnym łóżku i po cztery godziny czytałam jedną stronę z podręcznika, żeby cokolwiek zapamiętać. 
Kiedy już poczułam się lepiej, wzięłam się za siebie, zmieniłam dietę, ciężką pracą, powoli, zmieniałam swój wygląd. Na czwartym roku wyjechałam na Erasmusa i tam, w Marsylii, odkryłam, że istnieje coś takiego jak coaching i że to jest coś dla mnie, bo to, czego mi brakowało to planu na samą siebie. A potem pojawiło się moje hasło "Sexy zaczyna się w głowie", które do dzisiaj mi jakoś towarzyszy w mojej pracy i w moich książkach. 
 

No właśnie, skąd ono się wzięło?

To może zabrzmi znowu niepoważnie, ale z imprezy z przyjaciółmi. Kiedy już skończyłam studia coachingowe na Akademii Leona Koźmińskiego oraz Szkołę Coachów ( The Art and Science of Coaching) na Wszechnicy UJ, przeszłam własny proces coachingowy. Podczas niego odkryłam, czego chcę i w którą stronę chciałabym iść. Porzuciłam definitywnie jakiekolwiek pomysły związane z prawem, postawiłam wszystko na jedną kartę, zapisałam się na kolejne szkolenia uzupełniające moje umiejętności coachingowe, zakończyłam toksyczny związek. Jednocześnie byłam wtedy bardzo dobrze ustawiona hormonalnie, więc to, że ćwiczyłam i zdrowo jadłam, dawało efekty. A po procesie coachingowym, po rozstaniu czułam się fantastycznie sama ze sobą, i z tego poczucia brałam też energię do dalszej pracy nad moim zdrowiem, wyglądem czy rozwojem. I kiedy na jednej imprezie, opowiadałam o tym, że poczułam się w końcu seksy i ruszyłam do przodu, kumpel skwitował: "Widzisz, Cwalina, sexy zaczyna się w głowie". I tak od kilku lat to hasło ze mną jest. 
 

Podobno w twoim życiu dużo ważnych rzeczy zaczęło się na imprezie. 

Tak, już na innej, u innych znajomych – weszłam, spojrzałam w prawo, zobaczyłam Łukasza, mojego dzisiaj już męża i powiedziałam do siebie, że on jest mój. Po tygodniu był moim chłopakiem, po dwóch ze mną mieszkał, po trzech powiedziałam mu, że ma dwa lata, żeby się oświadczyć, bo już kiedyś byłam w przechodzonym związku i to nie dla mnie. I na miesiąc przed upływem tych dwóch lat pokazałam mu pierścionek, jaki chciałabym od niego dostać. I był ślub. 

A on umie czasem ci się sprzeciwić?!

Oczywiście! To człowiek, który nie zrobiłby niczego wbrew sobie. A ze ślubem było tak, że rzeczywiście dużo koleżanek, które od dziesięciu lat czekają, aż im się ich chłopak oświadczy, mówiły mi: „Zmusiłaś go, to nie było romantyczne”, a tymczasem ja dzisiaj bardzo się cieszę, że wtedy go do tego zmusiłam, bo dzięki temu np. obie moje babcie i obaj moi dziadkowie zdążyli jeszcze być na naszym weselu. A to dla mnie było bardzo ważne. Dodatkowo Łukasz dobrze to wszystko skwitował „Bardzo kocham Karolinę i chcę z nią być na zawsze, a wiem jak ważny jest dla niej ślub, więc cieszę się razem z nią, że to po prostu przypieczętowaliśmy”. Poza tym, dla mnie jako osoby wierzącej małżeństwo to rodzina. Mam bardzo dobry przykład z domu I chciałam stworzyć prawdziwą rodzinę z osobą, którą bardzo kocham, a nie czekać, skoro byłam i jestem pewna, że to ten jedyny.
 

Po tygodniu był moim chłopakiem, po dwóch ze mną mieszkał, po trzech powiedziałam mu, że ma dwa lata, żeby się oświadczyć, bo już kiedyś byłam w przechodzonym związku i to nie dla mnie. I na miesiąc przed upływem tych dwóch lat pokazałam mu pierścionek, jaki chciałabym od niego dostać. I był ślub.

 

Jesteś jedną z pięciu twórczyń internetowych, które razem z "Urodą Życia" i Polki.pl tworzą akcję #wpełnidlasiebie. Ty sama masz poczucie, że żyjesz w pełni dla siebie?

Dla mnie hasło: bycie w pełni dla siebie ma kilka znaczeń. Jedno z nich to po prostu troska o siebie i tu powiem szczerze, że akurat w tym znaczeniu nie: jestem, ale: bywam w pełni dla siebie –  dopiero wtedy, kiedy przesadzę w drugą stronę: za dużo wezmę na siebie i w którymś momencie poczuję, że dalej już nie dam rady. Wtedy się zatrzymuję. Planuję, że np. jutro idę na włosy, pojutrze na paznokcie, włączam program minimum w pracy, świadomie odpuszczam. 
Jeżeli jednak powiemy, że być w pełni dla siebie znaczy: żyć po swojemu, to tak – to jestem cała ja. Mam swój plan na życie, mam swoje projekty, układam sobie życie po swojemu. Nie udaję. Jestem taka, jaka jestem. W pełni dla siebie. Oczywiście patrzę na swoje życie realnie: no, miss świata nie będę, na olimpiadę nie pojadę, bo sportowiec też ze mnie słaby. Ale ja też o tych rzeczach nie marzę, bo ja mam bardzo realne marzenia, które, jak już mam – to je spełniam. 
 
 
 

Karolina Cwalina-Stępniak – certyfikowana coach PCC ICF , autorka książek "Wszystko zaczyna się w głowie. Planuj/Działaj/ Nie marudź", "Girls talk. Dziewczyny/ Rozmowy/Życie" (wyd. Sensus), w październiku 2019 wyjdzie jej trzecia książka oraz kalendarz. Prowadzi konto na Instagramie @sexyzaczynasiewglowie. Absolwentka Wydziału Prawa i Studiów Podyplomowych "Coaching Profesjonalny" na Akademii L. Koźmińskiego a także "The Art and Science of Coaching" na Erickson International College akredytowanego w Polsce przez Wszechnicę Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pracuje indywidualnie z ludźmi, szkoli i nie poprzestaje w realizacji swoich marzeń.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)