Ekshibicjonizm gwiazd

Kiedyś, by zaistnieć w przestrzeni publicznej, trzeba było się wykazać czymś konkretnym: inteligencją, kulturą, oczytaniem lub po prostu talentem artystycznym wysokich lotów, który poruszał ludzi w subtelnie estetyczny sposób. Dzisiaj wystarczy pokazać pierś na okładce "Faktu" - i też się jest na językach. Tylko inaczej niż kiedyś.
Kiedyś, by zaistnieć w przestrzeni publicznej, trzeba było się wykazać czymś konkretnym: inteligencją, kulturą, oczytaniem lub po prostu talentem artystycznym wysokich lotów, który poruszał ludzi w subtelnie estetyczny sposób. Dzisiaj wystarczy pokazać pierś na okładce "Faktu" - i też się jest na językach. Tylko inaczej niż kiedyś.

Tak znienawidzone przez gwiazdy tabloidy, które - według naszych sław - "robią z ich prywatnego życia koszmar", co rusz pokazują znaną twarz albo z rozmazanym makijażem (tytuł: "X się rozwodzi!") albo w objęciach przedstawiciela tej samej płci ("Y jest gejem!"), albo z dzieckiem na ręku ("Szczęśliwe życie X to prawda!"). Można sobie zadać pytanie, jak bardzo przypadkowe i niepożądane przez fotografowane osoby są te zdjęcia?

Ekshibicjonizm gwiazd

Mała, wielka popularność

Pewna para z Zielonej Góry zamontowała w swojej kawalerce 4 kamery, które rejestrują wszystkie aspekty toczącego się w mieszkaniu życia. Chodzi tylko o jedno: o kasę. I w dalszej kolejności o mini sławę, namiastkę tej, jakiej doświadczają "gwiazdy większego formatu". Vicky, która wpadła na pomysł zamontowania w swym domu kamer, twierdzi, że taka popularność jej nie przeszkadza, dziewczyna wręcz cieszy się z masy smsów, jakie dostaje dziennie od swych "fanów", jest rozpoznawalna na ulicy, słowem - jest już gwiazdą. Co prawda lokalnego formatu i dosłownie przez przysłowiowe 5 minut będzie "na tapecie", ale ktoś ją zauważy. Konsekwencje mniej już ją obchodzą.

Edyta Górniak narzekała swego czasu na wtrącanie się mediów w jej prywatność, przekręcanie jej wypowiedzi, faktów z życia czy zwykłego "polowania" paparazzich z aparatem w ręku na nią pod jej domem, studio nagraniowym lub gdziekolwiek indziej. Poczuła się tak "zaszczuta", że wystosowała list odpowiedniej treści do "reporterskich sępów", by raz na zawsze zostawili ją i jej rodzinę w spokoju. Oświadczenie trafiło do mediów - tabloidów także, w końcu do nich miało trafić przede wszystkim. Ale zamiast wszystkich uciszyć, list Górniak jeszcze bardziej podgrzał atmosferę wokół jej osoby, ku ostentacyjnej rozpaczy piosenkarki. I nadal słyszymy, że się rozwodzi lub wstrzykuje sobie botoks w twarz.

Teoretycznie i zgodnie z prawem każda gwiazdka, której zrobiono zdjęcie w sytuacji prywatnej i znajdzie się ono bez jej pozwolenia na publicznym portalu lub w gazecie, może wytoczyć proces. Jednak o takich sprawach jest cicho - gwizdy tłumaczą, że gdyby musiały wszystkich, którzy zamieszczają bezprawnie ich zdjęcia w takich miejscach, pozywać, to nie wychodziłyby z sądów przez 24 godziny na dobę. Ale czy to cała prawda? Jeden czy dwa wygrane procesy, kary pieniężne dla redakcji i zakaz zbliżania się paparazzich do gwiazdy mogłyby powodować tylko jedno - śmierć medialną znanej osoby. Więc nikt się nie sądzi, nie z powodu lenistwa - po prostu dlatego, bo te zdjęcia w "Fakcie" dla kogoś, kto jest znany tylko z tego, że jest znany, to jedyna forma popularyzowania swojej osoby. Można dementować - i to bezpieczne, i spełniające zasadę pokazywania się nadal na łamach gazety.

Licytacja popularności

Najpopularniejsze ekshibicjonizmy ostatnich miesięcy to wyłączność na sesję ze ślubu i pierwszego przewijania w pieluchy nowo narodzonego dziecka znanej pary, a także "studium umierania", jakie zaoferowała gwiazda brytyjskiego Big Brothera Jane Goody - śmiertelnie chora na raka pozwoliła, by kamery towarzyszyły do końca jej dni, przy czym samej śmierci nie pokazano na wizji. U nas te dwa pierwsze zjawiska to hity: para udostępnia zdjęcia ze ślubu na wyłączność jakiejś gazecie (która zresztą za taki przywilej musi zapłacić odpowiednią kwotę), żeby uniknąć masy tłumów paparazzich innych redakcji, a zarobione z sesji pieniądze - rzadko - przeznaczyć na cele charytatywne. Czysty, sprawiedliwy biznes - nikt nie zarzuci przecież, że gwiazdy sprzedały swoją prywatność tak zwyczajnie, pomogły przecież komuś dzięki pokazaniu, jak dziecko pierwszy raz uśmiecha się do obiektywu aparatu czy dzięki ujęciu panny młodej rzucającej za siebie ślubny bukiet i patrzącej głęboko w oczy swemu wybrankowi. Do worka "pokazówek" można jeszcze dorzucić sesje na grobach bliskich osób - w przypadku Justyny Steczkowskiej na pomniku nagrobnym jej ojca.

Wszyscy "to" robią

Skąd u ludzi ten pęd do obnażania się i podglądania?
Podglądać lubimy od zawsze. Według Zygmunta Freuda, gdyby nie chęć uszczknięcia fragmentów z czyjegoś życia, nie bylibyśmy tymi, kim jesteśmy: ciekawymi świata i potrzebującymi się rozwijać poprzez obserwację ludźmi. Wzrokowy kontakt z tym, co zakazane i na co jednocześnie jest przyzwolenie podglądanego, ma nam pomóc w określeniu, co jest dla nas niebezpieczne, co jest warte zainteresowania i przede wszystkim gdzie istnieje granica, której w podglądaniu nie można przekroczyć. Ta granica dzisiaj mocno się jednak zaciera.

To już nie jest jednak to "zdrowe", ograniczone konwenansami i zakazami przyzwoite podpatrywanie rzeczywistości, którą ma się potrzebę poznać także po to, by móc się uchronić przed niektórymi jej aspektami - to, co się dzisiaj dzieje na ekranach telewizorów i na okładach tabloidów, jest już "naszym" drugim światem, bardziej namacalnym i wyrazistszym niż to nasze szare, zwykłe życie i życie sąsiadów, których możemy zobaczyć przez okno i którzy robią wciąż to samo - zwyczajnie żyją. A my potrzebujemy czegoś mocniejszego, właśnie przyłapanej na sprzeczce z mężem X, pijanego w sztok Y czy wyznań gwałconej w dzieciństwie przez kuzyna X. Im tego więcej, tym nasz głód podglądania wzrasta. Pragniemy więcej i coraz częściej akceptujemy to, co widzimy, to, co jest najbardziej intymne dla innych, jako coś normalnego, zwyczajnego i oswojonego. Przyzwalamy na to, bo uznajemy to za fragment naszego życia.

Czym się jednak jeszcze różni dzisiejsze obnażanie od tego wczorajszego? Dzisiaj nie trzeba być szanowanym reprezentantem szanowanej idei - to jest nudne, to, o czym mówią filozofowie, trzeba zgłębić od podstaw, cały ten słownik trudnych wyrazów i poglądów, które tworzyły się przez wieki. Dzisiaj wystarczy zaistnieć, zjawić się w panteonie - pojawić się w jakikolwiek sposób we wszędobylskich mediach, atakujących nas obrazkami życia innych, pseudo- lub po prostu sław. Każdy może stać się dzisiaj kimś, ale nie autorytetem w starym tego słowa znaczeniu. Trzeba powiedzieć o czymś kontrowersyjnym, o detalach ze swego sławnego życia, wymyślonych lub nie, byle o tym mówiono. A zwykli odbiorcy czytając wywiady, czują, że są bliżej gwiazd, że uczestniczą w ich życiu, tych spowiedziach, a tak naprawdę biorą udział w kolejnej, wykreowanej przez popkulturę rozrywce. Koniunktura napędzają więc obie strony - pytanie tylko, jak długo jeszcze, bo wyznania te są coraz mniej - o ile była kiedykolwiek - wartościowe, a coraz bardziej błahe i nic niewnoszące do życia.

Może warto wrócić do dziurki od klucza, która zdrowo ogranicza to, co zobaczymy po drugiej stronie. Pod warunkiem, że dla własnego dobra nie będziemy chcieli widzieć i wiedzieć więcej, bo po prostu nie warto.

Magdalena Mania
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)