Życie na podsłuchu

Florian Donnersmarck patrzy na komunistyczną przeszłość NRD bez nostalgii (czy też – jak mówią Niemcy – Ostalgii).
Widzimy kraj pozbawiony kolorów i opleciony siatką agentów, przerażający i absurdalny jednocześnie, dziwnie wyjałowiony i sprowadzony do rytuałów.

Tak wygląda również życie oficera bezpieki Wieslera (Ulrich Mühe), który uczy w szkole Stasi, jak łamać podczas przesłuchań (gdy jeden ze studentów mówi: „to nieludzkie”, Wiesler zakreśla sobie jego nazwisko), i dostaje zlecenie, by szpiegować popularnego dramaturga Dreymana (Sebastian Koch). Tu zaczyna się poniekąd inne, bardziej efektowne kino – Wiesler zaczyna żyć cudzym życiem (takie znaczenie ma oryginalny tytuł), wchodzi w świat ograniczanych i inwigilowanych, ale jednak mających względną wolność artystów. To już krok do wewnętrznej przemiany oprawcy w cichego – i nieznanego Dreymanowi – sprzymierzeńca, bezdusznego funkcjonariusza w człowieka.
Donnersmarck wybiera drogę ryzykowną, dramaturgicznie zagęszcza fabułę, wprowadza wątek melodramatyczny i sceny mocno symboliczne. Te niepotrzebne chwilami zabiegi z kina popularnego łączy jednak z ascetycznym rysem samego Wieslera, niemal do końca nie wiemy o nim (i jego dość nieprawdopodobnej przemianie) nic na pewno. Wiemy za to, że tylko naiwni osądzać mogą przeszłość prostym „winny – niewinny”. Losy zwykłych ludzi bywają często mniej efektowne, ale nie mniej skomplikowane.

Paweł T. Felis/ Przekrój

„Życie na podsłuchu”, reż. Florian Henckel Donnersmarck, Niemcy 2006, Monolith, premiera 26 stycznia
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)